Kilka dni temu dostałem od Piwona SMS z pytaniem, czy oglądałem "Kieł", bo po pierwsze brakuje ocen, aby wszedł on do lipcowego notowania Ocenarium KMF, a po drugie to znakomity film. Odpisałem klubowemu koledze, że "Kła" jeszcze nie widziałem, ale skoro tak ostro i zdecydowanie go poleca, to obejrzę i podeślę swoją ocenę. Gdyby Piwon wiedział, że ocenię (i moja żona też) ów "Kieł" na miażdżące 3/10, pewnie nigdy nie wysłałby do mnie, jak się miało okazać, feralnego SMS-a.
Zacznę od tego, że dzieło greckiego twórcy Giorgosa Lanthimosa zewsząd zbiera dobre lub bardzo dobre oceny, a na koncie ma nominację do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. 12 Gniewnych ludzi w FILMie dało mu prawie najwyższe noty, użytkownicy FILMWEBu ocenili go na 7,3, wysokie 7,2 znajdziemy na IMDb, zaś w naszym OCENARIUM otrzymał od Piwona 8, a od Keddiego 7/10, więc za swoją krytykę ja z pewnością zbiorę solidne baty. Rozumiem, że "Kieł" to film odważny, że poważny, że podejmujący bardzo trudną tematykę., ale nie mam przez to zamiaru wtórować tłumowi i udawać, że ta grecka tragedia mnie poruszyła, czy choćby zaciekawiła. Przez zwolenników filmu zostanę prawdopodobnie posądzony o niezrozumienie założeń reżysera, tudzież brak dojrzałości, ewentualnie niewyrobiony filmowy gust. Przykro mi, ale nic nie poradzę na to, że zdecydowanie bardziej przejąłem się ostatnio tym, czy Bumblebee dostanie kulę w łeb podczas egzekucji w "Transformers 3", niż losami całej pokręconej rodzinki z "Kła".
|
 |
 |
|
Tym, co najbardziej razi mnie w tym filmie, jest główny motyw, motor napędowy opowieści - czyli dzieci wychowane w izolacji i uczone przez rodziców postrzegania świata na opak. Różne są zboczenia, zwyrodnienia i choroby psychiczne, znane są przypadki dzieci więzionych w celach seksualnych (kłania się niesławny i jak najbardziej realny pan Joseph Fritz), torturowania (przejmujący obraz "American Crime"), lub, jak pokazuje "Kieł", uchronienia (?) ich przed światem zewnętrznym. Ale cóż to za dziwne zwichrowanie umysłu, które każe rodzicom uczyć swoje dzieci, że "droga" to tak naprawdę "bułka", a "samolot" to "keczup"? O ile w pierwszych minutach nawet mnie ten motyw zaintrygował, tak im dalej w opowieść, tym gorzej, bo reżyser zamiast cokolwiek, choćby powoli, stopniowo, wyjaśniać, mnoży tylko chore pomysły rodziców, ocierając się coraz bardziej o niezamierzoną komedię - dzieciom wmawia się, że w okolicy grasuje kot-morderca (ojciec tapla się w keczupie imitując rany), i że staną się wolne, kiedy wypadnie im tytułowy kieł. Dlaczego rodzice robią to, co robią, sprowadzając swoich potomków do roli społecznych inwalidów, nieznających życia za płotem, a dojrzałością emocjonalną stojących w jednym rzędzie z odbiorcami Teletubisiów? Czy to jakiś wynaturzony, nieludzki "das experiment"? A może metaforyczne ukazanie... Korei Północnej, odciętej od świata i egzystującej według własnych, nieżyciowych, chorych zasad? Pewnie fabuła jest parafrazą czegoś głębszego, ale reżyser obrazuje to coś tak nieudolnie, że nie ma się ochoty dociekać, co poeta miał na myśli.
|
 |
 |
|
Lanthimos nie raczy nas odpowiedziami, a co gorsza, nie podrzuca żadnych tropów interpretacyjnych. Pokazanie bez słowa wyjaśnienia, że wyżej wymienione zwyrodnienia mogą zaistnieć bez żadnego motywu, być może miało na celu wywołać tym większe przerażenie i konsternację wśród widzów. Istnieje, owszem, wąska grupa filmów, które wciągają mimo tego, że twórcy nie zdradzają, o co tak naprawdę w nich chodzi, ale "Kieł" się do niej nie zalicza. Obraz ten jest po prostu nudny, bo po kilku minutach seansu ma się dość oglądania kolejnych chorych jazd, jakie urządzają rodzice swoim dzieciom, a które nie wnoszą nic nowego do historii. Ta uniwersalna i przerażająca w założeniu opowieść jest przy tej całej szokującej otoczce, wyprana z emocji, a reżyser w to puste miejsce nie daje nic w zamian.
Wyobraźcie sobie ekranizację wstrząsających wydarzeń, których autorem był wspomniany wyżej Fritz, latami trzymający córkę w piwnicy. Co byłoby ciekawsze, oglądanie przez 90 minut, jak ów gentleman (co kobiet o wiek nie pyta) na różne sposoby dręczy i gwałci swoje dziecko, czy też to, co działo się po ujawnieniu tego procederu? W "Zagadce Kaspara Hausera" nie pokazano przecież jego pobytu w piwnicy, lecz jak po wyjściu z niej odnajdywał się w świecie, o którego istnieniu nie miał pojęcia. W "Kle" przez cały seans oglądamy "pobyt w piwnicy" i niekończący się gwałt, dla urozmaicenia seansu pokazywany na różne sposoby.
|
 |
 |
|
Mnie, prostego człowieka, interesowało jednak to, co się stanie, gdy dzieci wydostaną się na zewnątrz. Chciałem zobaczyć, jak na twarzach chorych psychicznie rodziców zacznie malować się strach, gdy weźmie się za nich prokuratura, psychiatrzy i opinia publiczna. Byłem ciekaw ucieczki dzieci z chorego domu, ich ciekawości świata za bramą, zderzenia ich zwichrowanych umysłów z rzeczywistością. Wielka szkoda, że film kończy się wówczas, gdy emocje miały wreszcie szansę rozwinąć skrzydła, eksplodować. Reżyser nie miał sensownego pomysłu na dalszy ciąg, czy też chciał zostawić widzów z myślą: "Co się stanie po wyjściu dziewczyny z bagażnika"?. Jeżeli do tej sceny "Kieł" angażowałby emocje i napinał nerwy niczym struny, nie miałbym nic przeciwko takiemu mnożącemu domysły, otwartemu zakończeniu. Jeżeli jednak twórcy urywają historię w jedynym wzbudzającym we mnie ciekawość momencie, choć przez wcześniejsze półtorej godziny nie mieli do pokazania nic ponad kolejne "skrzywienia" społeczne, to takiemu rozwiązaniu mówię stanowcze nie.
OCENA 3/10
PS. Po napisaniu tej recenzji wysłałem SMS do klubowego kolegi Ciuńka, z pytaniem, czy obrobiłby w html moją recenzję nowości kinowej pod tytułem "Kieł". Ciuniek odpisał mi pytaniem: "Czy to ten grecki film, którego oglądanie przerwałem po 20 minutach?" - po lekturze tego SMS-a odzyskałem wiarę w ludzi i zdrowy rozsądek.