Na ekrany kin wchodzi właśnie ekranizacja bestsellerowej powieści Dana Browna, która sprzedała się w ponad czterdziestu milionach egzemplarzy! Wybierałem się do kina pełen obaw, nie tylko czy film sprosta wymaganiom książki, która przecież w głównej mierze opiera się na historycznych (czy jak niektórzy wolą pseudohistorycznych) rozważaniach, ale też mając w pamięci gwałtowne protesty wiernych, kiedy do kin wchodził "Ksiądz" i kilka lat później "Dogma". Na szczęście tym razem nikt mi nie wygrażał, kiedy wychodziłem po zakończeniu seansu, co może świadczyć, że w Polsce A.D. 2006, będącej już w Unii Europejskiej, ludzie dojrzeli i po prostu nie chce im się stać pod kinami, zwracając uwagę prasy i budząc śmiech przechodniów. Chyba, że odstraszyła ich paskudna pogoda i poranna godzina projekcji, co pewnie trochę zmartwiło dystrybutora, bo wiadomo, jaką reklamę moherowe grupy zrobiły "Księdzu", który nieoczekiwanie stał się sporym przebojem w naszym katolickim kraju. "Kod da Vinci" na sukces był jednak skazany od samego początku. Protesty też oczywiście były. Poczynając od Papieża Benedykta XVI, poprzez wielu biskupów, jakiegoś szaleńca w Indiach, który wyznaczył nagrodę za głowę pisarza, a kończąc na rodzimych strażnikach moralności z PiS i LPR, którzy zwrócili się do Ministra Sprawiedliwości o podjęcie kroków prawnych przeciwko rozpowszechnianiu filmu (!). Oczywiście żadna z tych osób wcześniej filmu nie widziała (bowiem pierwszy pokaz odbył się na MFF w Cannes zaledwie trzy dni przed światową premierą 19 maja), a i wątpię, by czytali książkę. Ale reklamę zrobili, dzisiaj i przez najbliższe dni zapewne w każdych wiadomościach będą obszerne relacje na ten temat.
Niektórych zbulwersowało, że Dan Brown w swojej najsłynniejszej powieści twierdzi, iż Chrystus i Maria Magdalena byli małżeństwem i mieli dzieci, których potomkowie żyją do dziś! Teoria wcale nie nowa, już na początku lat 80-tych trzech historyków i dziennikarzy w książce "Święty Graal, Święta Krew" wysunęło podobne hipotezy. Później jeszcze w "Templariuszach - Tajemnych Strażnikach Tożsamości Chrystusa" dopatrywano się związków z Leonardem da Vinci, twierdząc, że autor "Mony Lizy" i "Całunu Turyńskiego" (sic!) znał prawdę i poukrywał w swoich dziełach wskazówki mające doprowadzić potomnych do jej odnalezienia. Dziwne, że te dwie naukowe książki nie spotkały się z takimi protestami, na jakie narażony jest biedny Dan Brown, który sporą część materiału zwyczajnie z nich zaczerpnął. Ale nawet w IV RP każdy może bezpiecznie pójść do księgarni i kupić wspomniane wyżej wydawnictwa i nie zostanie spalony na stosie ;) Zresztą jeśli jakiś widz "Kodu da Vinci" zainteresuje się tematem i będzie chciał głębiej zbadać tę alternatywną historię, to poza wspomnianymi już książkami praktycznie nie znajdzie żadnej rozsądnej alternatywy. Bo wyrastające jak grzyby po deszczu tytuły odnoszące się do "Kodu da Vinci" z przymiotnikami "złamany", "rozkodowany" etc., w większości są napisane na bardzo niskim poziomie, powstały już po sukcesie powieści Browna i jedynym ich celem jest zwabić czytelników chwytliwym tytułem, by przynieść wydawcom (nierzadko katolickim) trochę mamony. Warto jeszcze wspomnieć o jednej z najlepszych gier przygodowych w historii gatunku, a mianowicie "Gabriel Knight 3", której akcja rozgrywa się w miasteczku Rennes-le-Chateau i która również sporo materiału czerpie z książki "Święty Graal, Święta Krew" (choć jakoś nie przypominam sobie, by ktokolwiek przeciwko temu protestował).

Ale jak było naprawdę?

Tego zapewne nikt nie wie, wierni automatycznie odrzucą wszelkie zapisy różniące się od "ich" Biblii. Miłośnicy teorii spiskowych zaś ślepo uwierzą w każde napisane przez Dana Browna słowo, mimo iż jest to beletrystyka, a nie książka naukowa, i nawet jeśli bardzo mi się podobała (ciekawy temat, trzymająca w napięciu i pełna zwrotów akcji fabuła) to przyznaję, że faktycznie zawiera wiele historycznych błędów i nadużyć. Tak więc trzeba mieć naprawdę bujną wyobraźnię, by zgodzić się, że potomkowie Jezusa żyją do dziś (nie mówiąc już o tym, że wiadomo kto nimi jest ;) Natomiast sprawa bliskiego związku Chrystusa z Marią Magdaleną jest znacznie bardziej poważna, ma ogromne rzesze krytyków, ale też całkiem pokaźne grono zwolenników - naukowców, którzy skłaniają się do tego, że w ewangeliach (tych oficjalnych oczywiście) nie wszystko zostało powiedziane. A przypominając sobie, jak na przestrzeni dziejów zmienił się Kościół Katolicki, który w 'mrocznych odległych czasach' brutalnie rozprawiał się ze wszystkimi przeciwnikami i to nie tylko podczas krucjat na Bliskim Wschodzie, ale też w chrześcijańskiej Europie (tortury setek tysięcy osób za czasów Świętej Inkwizycji czy też niesławne ludobójstwo Katarów), a także znacznie bardziej dbał o własne interesy i pozycję, niż wiernych, którzy mieli się go bać i być posłuszni, to nie zdziwiłbym się, gdyby jakieś zdarzenia zostały w którymś wieku zatajone czy też zafałszowane. Nie twierdzę od razu, że te o roli Marii Magdaleny, ale wystarczy przypomnieć np. datę 25 grudnia - wszyscy wiedzą, że tego dnia jest Boże Narodzenie (mimo iż jeszcze w IV wieku naszej ery obchodzono narodziny Chrystusa 6 stycznia), lecz o tym, że 25 grudnia był wcześniej dniem narodzin Niezwyciężonego Boga Słońca, już mało kto pamięta. Oczywiście rozważając historię Jezusa trzeba rozdzielić pierwiastek boski (żaden katolik nie zaneguje np. chodzenia po wodzie i zmartwychwstania) od ludzkiego, kiedy można dywagować o jego życiu w Palestynie, szczególnie w latach młodości, o których tak naprawdę bardzo mało wiemy.
Zresztą w filmie Tom Hanks wypowiada bardzo ważną kwestię. Wspomina, że historia mówi, iż Jezus był wielkim i wspaniałym człowiekiem, ale tylko człowiekiem. Nie przeszkodziło to jednak granemu przez aktora bohaterowi Robertowi Langdonowi modlić się do niego, kiedy wpadł w dzieciństwie do studni i myślał, że nie ma już ratunku i że zostanie tam na zawsze.

Przejdźmy więc teraz do samego filmu

Rozpoczyna się od zabójstwa kustosza Luwru. Przebywający na wykładach w Paryżu Robert Langdon, profesor symboliki religijnej z Harvardu, zostaje poproszony przez policję o zbadanie niecodziennych okoliczności śmierci Jacquesa Sauniere (to nazwisko Dan Brown wybrał nieprzypadkowo). Tajemnicę pomaga mu rozwikłać agentka Wydziału Kryptografii Sophie Neveu, jak się okazuje wnuczka zamordowanego kustosza. Akcja rozgrywa się w ciągu kilkunastu godzin, a bohaterowie uciekając przed policją i tajemniczym zabójcą dotrą aż do Wielkiej Brytanii, gdzie pewien kościół skrywa zapomniany sekret... Jest to dość wierna ekranizacja książki, choć czekam na wersję reżyserską na DVD (mam nadzieję, że co najmniej o pół godziny dłuższą, podobnie jak to było z "Władcą Pierścieni"). Widać bowiem, że niektóre wątki zostały niezręcznie skrócone, a niewykorzystanego materiału zostało producentom sporo. W filmie brak np. sceny, w której bohaterowie zasłaniają się przed strażnikiem Luwru obrazem "Madonna ze skał", a nakręcono ją na sto procent, co poświadczają zdjęcia z materiałów prasowych. Wprawdzie niektórych rzeczy zabrakło, a kilka zmieniono (Langdon zostaje zabrany przez policję prosto z wykładu o symbolach, który prowadził, podczas gdy w książce zostaje obudzony w nocy w hotelu Ritz... który na szczęście też się w filmie pojawi) ale podobnie jak w przypadku pierwszego "Harry'ego Pottera", filmowi bardzo blisko do książki i sporo dialogów brzmi tak samo jak w oryginale. Dodano też kilka nowych scen, jak ta z narkomanem w Lasku Bulońskim, czy pewna tajemnica, którą skrywa kapitan Bezu Fache. Widzowie, którzy znają książkę, nie powinni się nudzić, gdyż im bliżej końca, tym więcej jest niespodzianek, których nie było w powieści Browna. A poza tym mogą się na własne oczy przekonać, jak wyglądają niezwykłe miejsca, w których rozgrywa się akcja, takie jak kościół Temple w Londynie, czy przepiękna Rosslyn Chapel, o której zapewne przed "Kodem da Vinci" mało kto słyszał. Inna sprawa, że na popularności "Kodu" starają się zarobić prywatni właściciele tej kaplicy i wstęp kosztuje dzisiaj aż 7 funtów, podczas gdy 10 lat temu płaciło się zaledwie 75 pensów! Oczywiście zdjęcia kręcono również w Luwrze, niestety nie udało się producentom dostać pozwolenia na wstęp do Opactwa Westminsterskiego, które "zagrała" katedra w Lincoln (co niestety widać). Natomiast ci, którzy książki nie czytali, mogą się przygotować na fascynującą, pełną zwrotów akcji historię. Choć być może, przez pobieżne potraktowanie niektórych wątków, chwilami niezbyt jasną (ciekaw jestem ile osób z tych krótkich retrospekcji dowie się o pochodzeniu Sylasa) i przez to dla niektórych także miejscami nudnawą.
W główną rolę wcielił się Tom Hanks i choć gra poprawnie, to na trzeciego Oscara nie ma co liczyć. Audrey Tautou, która zagrała Sophie, ładnie wygląda z długimi włosami, ale nie wypada już tak przekonywująco (zazwyczaj ma ten sam wyraz twarzy) choć stara się ratować wprowadzając kilka komediowych sytuacji. Kapitana policji Bezu Fache zagrał Jean Reno i bardzo dobrze do tej roli pasuje, ale jak wiadomo, kiedy Dan Brown pisał "Kod", postać agenta wzorował właśnie na tym aktorze. Najlepiej wypada Ian McKellen jako Sir Leigh Teabing - cyniczny i nienawidzący Kościoła ekscentryczny milioner, a zarazem historyk poszukujący Świętego Graala. Również bardzo podobał mi się Paul Bettany w roli zabójczego mnicha z Opus Dei. Większość krytyków pamięta go z "Pięknego Umysłu" (zresztą też filmu Rona Howarda) z 2001 roku. A tymczasem moim zdaniem rolę życia zagrał rok wcześniej w "Gangster No. 1" Paula McGuigana (u którego wystąpił też w porównywanym do "Imienia Róży" historycznym kryminale "The Reckoning"). Na dalszym planie Alfred Molina jako biskup Aringarosa i Jurgen Prochnow jako szef nocnej zmiany w Banku Szwajcarskim, oraz kilku mniej lub bardziej znanych francuskich aktorów.

Film mi się dość podobał, ot, poprawna ekranizacja o wiele lepszej książki. Jest tajemniczy i mroczny, a miejscami dość brutalny (jak na PG-13 oczywiście, choć uważam, że gdyby to była jakaś skromna niezależna produkcja, za te kilka scen z udziałem mnicha Sylasa dostałaby zapewne kategorię R). Bardzo fajne są historyczne retrospekcje (krucjaty, Sobór Nicejski czy Palestyna za czasów Chrystusa), a w pamięci pozostaje wspaniała muzyka Hansa Zimmera, ale o tym szerzej napisze któryś z moich szacownych kolegów z Klubu w dziale Recenzje Soundtracków. Wprawdzie organizację Opus Dei pokazano w sposób jeszcze bardziej mroczny niż w książce, ale nie uważam, by film w jakiś szczególny sposób obrażał Kościół Katolicki. Ot jest to efektowne kino przygodowe, w przeciwieństwie do książki nie ma aż tak wielu 'niebezpiecznych' rozważań historycznych, bo szybka akcja po prostu na to nie pozwala (wszak to nie dokument rodem z Discovery, jak np. "Da Vinci Code Decoded"). Raczej nikt, kto wierzy, po obejrzeniu tego filmu wiary nie straci. A obrzucać autorów błotem, to tak jakby oburzać się, że kiedyś sam Indiana Jones znalazł biblijną Arkę Przymierza czy Świętego Graala. Plus jako mały bonus dla spostrzegawczych, w jednej ze scen (w autobusie) pojawia się na moment długowłosy mężczyzna i siedząca obok niego brunetka. To właśnie Clive Prince i Lynn Picknett, autorzy książki "Templariusze - Tajemni Strażnicy Tożsamości Chrystusa"!
KOD DA VINCI
(The Da Vinci Code)

wytwórnia - Columbia/Imagine Entertainment, 2006
czas projekcji - 149 minut
reżyseria - Ron Howard
scenariusz - Akiva Goldsman
wg powieści - Dana Browna
produkcja - Brian Grazer, John Calley, Dan Brown
zdjęcia - Salvatore Totino
muzyka - Hans Zimmer
montaż - Mike Hill, Dan Hanley
scenografia - Allan Cameron
efekty specjalne - Angus Bickerton, Mark Breakspear

wystąpili:

Tom Hanks
Audrey Tautou
Jean Reno
Ian McKellen
Paul Bettany
Alfred Molina
Jürgen Prochnow
Etienne Chicot
Jean-Yves Berteloot
Jean-Pierre Marielle

(Robert Langdon)
(Sophie Neveu)
(Bezu Fache)
(Sir Leigh Teabing)
(Sylas)
(biskup Aringarosa)
(André Vernet)
(por. Collet)
(Remy)
(Jacques Sauniere)

Autor recenzji: Michał Klimaszewski - GRAIL [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 22 maja 2006

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF