Strona główna KMF
        

Precz z idealizmem. Dosyć złudzeń. Musisz zrozumieć, że ludzie nie rządzą się szlachetnymi pobudkami, a przepełniające świat pokłady podłości, świństwa, manipulacji i podstępu, zamienione, dajmy na to, w surowce naturalne na zawsze rozwiązałyby problem głodu. Swoją drogą, dość może z udawaniem, że kogoś z nas naprawdę obchodzi los takiego przykładowo Nduga Zaruty z Etiopii - mało mamy własnych problemów? Drugie założenie, jakie koniecznie musisz poczynić, to takie, że nikt cię nigdy nie zrozumie. O nie, nie, mój panie. Przyszliśmy na ten świat samotni i tak właśnie pędzimy nasze życie - w samotności. Na końcu, równie samotnie, umrzemy. I nawet jeśli porodziliśmy się geniuszem i staniemy się tak STRASZNIE WAŻNI jak na przykład William Szekspir, to kogo za pięćdziesiąt lat będzie obchodzić, że kuzynka Jola miała oczy jak chabry i że lubiliśmy podroby? No nikogo. Czyli, nic się nie zmieni. Bo i teraz wszyscy to mają w poważaniu. Mało luksusów oferuje nam ten świat, zdecydowanie mało. Jeśli kochamy, to jak dwa razy dwa będziemy cierpieć. Jeśli nienawidzimy, to nie ma co pozwalać sobie na zemstę, bo energia krąży w przyrodzie i jeszcze nam się za to dostanie. Jeśli popełnimy błąd, wszyscy natychmiast to zauważą i z rozkoszą wytkną, bo człowiek jest istotą zawistną. Jeśli odniesiemy sukces, zawsze się znajdzie ktoś, kto uzna, że nasze osiągnięcie wiąże się z układami, zakulisowymi działaniami lub "jakimś cholernym fartem". Jasne. Nigdy nie należy wierzyć ludziom, którzy głoszą światłe zasady moralnego postępowania i nieustającą gloryfikację miłości, przyjaźni, lojalności itd. Po pierwsze, mało kto stosuje się do tego, co sam głosi i w co chciałby wierzyć. Po drugie, czas wreszcie zrozumieć, że bycie porządnym człowiekiem i dawanie z siebie wszystkiego nie gwarantuje ani szczęścia, ani tego, że dostaniemy cokolwiek w zamian. Natomiast wybitnie zmyślne i dowcipne jest to, że bycie podlecem i kanalią prędzej czy później się na nas zemści. Nie ma opcji osiągnięcia absolutnego szczęścia na tym padole, przynajmniej takiego, które byłoby w miarę trwałe. Prędzej czy później zawsze ktoś dmuchnie i ci ten domek z kart rozwali...najpewniej z rozkoszą. Nie pozwalaj sobie na uczucia. Nie pozwalaj sobie na słabość. Uważaj z dobrocią. Uważaj z zaufaniem. Najmocniej zranią cię ci, których kochasz. Nikt nie założy, że twoje pobudki są szczere. Nikt nie pomoże ci bezinteresownie. Jeśli ktoś chce ci pomóc i jest dla ciebie podejrzanie miły, z całą pewnością czegoś chce, a w wielu przypadkach szuka twoich słabych stron, żeby ci zaszkodzić. I nie myśl, że się zawaha, bo jesteś dobrym człowiekiem! Błędne koło, prawda? Zapewne wiele osób, które przeczytały powyższy wstęp, gotuje się już z oburzenia na takie uogólnione herezje. Zgoda, powyższy obraz jest nieco przerysowany. Ale jedno jest absolutnie pewne. Jeśli, mówiąc dosadnie, jeszcze nie dostałeś w tyłek, z całą pewnością prędzej czy później się to zdarzy. Z najmniej spodziewanej strony. Tak, żeby bardziej bolało.



NIEWIERNA

("Unfaithful", reżyseria - Adrian Lyne)


  


Kobieta po trzydziestce, zawikłana w rutynę swojego życia, lekko znudzona, angażuje się w przygodę, która ma na celu umocnienie jej nadwątlonej wiary we własną atrakcyjność. Początkowo traktuje świeżo nawiązany romans jako odskocznię od codzienności, sama się usprawiedliwia, z czasem coraz bardziej się angażuje, aż znajdzie się na drodze do nieuchronnej tragedii. Można ją rozumieć, a można potępiać, można szukać pobudek jej czynów, analizować zachowanie, rozgrzeszać, znajdować w niej echa własnych pragnień. Stop! Pytam, a co z mężem? Miał żonę, którą kochał i której ufał. Rodzinę, dla której pracował. Miał swoje spokojne, zadowolone szczęście spełnionego człowieka, syna, dom. I nagle to wszystko wali mu się w gruzy, z niedowierzaniem patrzy na absolutną ruinę własnego życia i nie umie uchwycić momentu, gdy postąpił źle, nie wie, jaki błąd popełnił. Jest oszukany, zdradzony, wykorzystany. O wszystkim dowiaduje się na końcu z trzeciej ręki. Ukochana kobieta nie zaszczyciła go rozmową, nie zaufała mu, odwróciła się od niego. Pytanie, czym sobie na to zasłużył? Czy był złym człowiekiem, czy nie dbał o świat swojej żony i dziecka? Nie. Więcej, jego niewierna żona doskonale wie o tym. Jeszcze więcej, tak naprawdę - kocha go. Jednak dręczy go z premedytacją, z rozmysłem czyni mu na złość, dąży do tego, by go zranić - epizod ze szklaną kulą - i nawet kiedy zasłania się przed kochankiem troską o własną rodzinę, czy chociaż przez moment tę troskę wykazuje? Wszystkie jej czyny świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. Rujnuje to, co najpiękniejsze i najbardziej trwałe w jej życiu, i pal sześć, gdyby szkodziła tylko sobie. Ale pociąga za sobą drugiego człowieka, który płaci najwyższą cenę za to, że ją kochał. Cały ciężar jej błędów spocznie w końcu na nim, bo to on, wiedziony zazdrością, rozczarowaniem, szaleństwem, zagra ostatnią kartą. Gdzie jest wina tego człowieka, czym zgrzeszył? Czym sobie zasłużył na ten akt przedziwnej, pokrętnej zemsty ze strony żony?

Przeczytaj recenzję filmu (autor: Ofirka) - kliknij tutaj
Przeczytaj recenzję filmu (autor: Solo) - kliknij tutaj



EDI

(reżyseria - Piotr Trzaskalski)


  


Edi, który zbiera i sprzedaje złom, bezdomny biedak z zacięciem filozofa, dobry człowiek wyzbyty egoizmu, który do nikogo nie chowa żalu, a swój los przyjmuje z godnością i spokojem. Nigdy nikomu nie uczynił nic złego, wręcz przeciwnie, wielu osobom pomagał, bezinteresownie, ze szlachetności serca. Bla bla bla. To wspaniałe, że Edi był osobą, która z podniesionym czołem znosiła wszystkie zakręty na drodze życiowej. Jego stoicyzm i umiłowanie życia i świata, jakiekolwiek by nie były, można tylko podziwiać. No dobrze, i co z tego? Dlaczego taki wspaniały człowiek jak Edi najpierw zostaje wypchnięty z domu przez brata, który zabiera mu kobietę i ziemię, następnie dziewczyna oskarża go o gwałt, podczas kiedy on chciał jej pomóc, uczył ją, powtarzał z nią materiał, żeby zdała maturę, znosił od niej złe słowa i upokorzenia. Potem zostaje brutalnie pobity przez braci tejże dziewczyny, zmuszony do przejęcia opieki nad dzieckiem, którego ojcem nie jest, a na domiar wszystkiego, kiedy już wydaje się, że jest szczęśliwy, kocha, ma kogoś, kim się zajmuje i opiekuje, czyni pogodne plany na przyszłość, to wtedy ponownie wszystko zostaje mu odebrane. On się nie buntuje. Ja tak. W sumie, co za różnica, mógł sobie równie dobrze być łajdakiem i żyłoby mu się wygodniej, bo co zyskał na własnej godnej szacunku i podziwu postawie? Jakiś moralista mógłby zakrzyknąć "godność własną, możliwość, by patrzeć sobie w oczy w lustrze bez wstrętu". No tak. To duża satysfakcja, niewątpliwie. Ale dlaczego tylko to? Czy to jest słuszne, czy to jest sprawiedliwe? Oczywiście, że nie. Bo sprawiedliwości nie ma. Słuszności też nie. Bycie dobrym, szlachetnym, porządnym, moralnym nie daje gwarancji szczęścia. A czy Edi nie zasłużył na szczęście?

Przeczytaj recenzję filmu (autor: Kelley) - kliknij tutaj
Przeczytaj recenzję filmu (autor: Solo) - kliknij tutaj



PRZEMINĘŁO Z WIATREM

("Gone With The Wind", reżyseria - Victor Fleming)


  


Melania Hamilton Wilkes, tak, to była cudowna osoba. Wspaniała wręcz, wszyscy, którzy ją znali, twierdzili tak zgodnym chórem. Łącznie z mężem, tym cherlawym, słabym, niezdecydowanym pożal się Boże dżentelmenem Ashley'em. Ten to celował w wychwalaniu swojej żony. Oto kilka próbek jego retoryki "Melania jest jedynym moim marzeniem, które żyło, oddychało i nie zginęło w starciu z rzeczywistością" albo jeszcze lepsze "Melania jest moim najsłodszym snem" albo "Melania podobna jest do mnie, rozumiemy się dobrze" (dlatego spryciarz ją poślubia). Mnóstwo gadania, które ma ukryć prawdę, jaką błogo hoduje w sercu ten błędny rycerz idealista - nie kocham Melanii, żenię się z nią z rozsądku, bo ją lubię, bo się rozumiemy, bo nasze rodziny tak postanowiły, bo to cudowna kobieta, ale i tak kocham tak naprawdę Scarlett, ale jestem rozsądny i wiem, że to małżeństwo nie dałoby szczęścia nam obojgu... Oczywiście wszyscy widzowie wiedzą, że się myli i najogólniej rzecz ujmując, że zachowuje się jak smętny kretyn. Sam dochodzi do tego wniosku, że popełnił głupotę, zmarnował kupę lat, że Scarlett jedynie pożądał, a to Melania była jego prawdziwą miłością. Tak, panie i panowie, Ashley doznaje tego oświecenia, kiedy duszyczka jego nieodżałowanej żony właśnie przenosi się do wieczności. Nie spieszył się specjalnie. Ile Melania straciła z tego, co jej się słusznie należało, bo jej mąż bujał w obłokach, żył złudzeniami i to jeszcze w pełnym przekonaniu, że ma świętą rację? Całe szczęście przynajmniej, że ona o tym nie wiedziała, chociaż tyle zostało jej oszczędzone, cieszyła się tym, co miała, nie żądała więcej. A gdyby nawet wiedziała, to co z tego? Stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie zmieniłoby to ani jej uczuć, ani lojalności w stosunku do męża. Zresztą, są w filmie (jak i w książce zresztą) elementy które podsuwają nam przekonanie, że Melania domyślała się prawdy. Miłość rządzi się swoimi prawami, zupełnie niezgodnymi z rozumem, już święty Paweł to wiedział. Niemniej, czy Melania nie miała prawa do pełnego oddania Ashley'a? Taka była wspaniała, jedyna w swoim rodzaju, i co jej dawał? Namiastki. Bo był ślepy, bo stale utwierdzał się w błędnych przekonaniach, na których zbudował całe swoje życie, na siłę, dla zasady, kto wie, dlaczego jeszcze...

Przeczytaj recenzję filmu (autor: Dejna) - kliknij tutaj



MALENA

(reżyseria - Giuseppe Tornatore)




Historia Maleny to kolejny przykład na to, jacy ludzie są mili, szlachetni, wybaczający, jakimi moralnymi pobudkami się kierują... Dwa straszne i niewybaczalne grzechy Maleny - po pierwsze, była piękna. Po drugie, tkwiła w izolacji, czekając na męża przebywającego na froncie. Malena jest swoistym zjawiskiem w małej włoskiej mieścinie. Kiedy idzie ulicą, wokół niej aż wrą namiętności. Kobiety najchętniej spopieliłyby ją wzrokiem, bo jest tak zjawiskowo urodziwa, samotna, stwarza zagrożenie, należy do zupełnie innego świata, do którego one nigdy nie będą miały wstępu. Mężczyźni wręcz dyszą z pożądania, oblepiają ją obleśnymi spojrzeniami, ścigają wzrokiem. Kiedy ta kobieta znajdzie się w tarapatach, nikt nie wyciągnie do niej ręki! Kobiety będą się upajać możliwością zemsty, cieszyć, że mogą dać ujście trawiącej je od tak długiego czasu nienawiści, mogą Malenę upokorzyć, zdeptać, ukrzyżować, napaść na nią, pod pozorami legalności, całą siłą kobiecej zawiści, niechęci i wściekłości. Mężczyźni z zadowoleniem korzystają z jej wdzięków, dumni, że mogli posiąść ten odległy lodowiec, niezdobytą górę, że płaszczy się przed nimi, że jest od nich zależna, ta sama, która kiedyś nie zaszczyciłaby ich nawet spojrzeniem. Nienawiść, nienawiść, nienawiść. Zazdrość o piękno, pretensja o szczęście, niepewność, strach. Wszystko to runie na Malenę z siłą wodospadu, bo dobry Bóg nie poskąpił jej urody i tak długo żyła otoczona aurą tajemniczości i wyobcowania (gardziła nami! wynosiła się! to teraz ma, przyszła koza do woza). Nieszczęsna kobieta musi walczyć o przeżycie, kompletnie samotna, wyrzucona poza nawias, pogardzana przez wszystkich tak, jak niegdyś była zazdrośnie podziwiana. Mało jest sił równie okrutnych i niszczących jak ludzka zawiść. Zrobili z niej ikonę - strącili ją z piedestału, a przecież Malena to zwykły człowiek, zwyczajna kobieta, która cierpi i kocha nie inaczej, niż inne kobiety w miasteczku. Ale takich rzeczy się nie dostrzega, nie myśli się o tym, kiedy darzy się kogoś taką nienawiścią. Jest niewinna. I jaką cenę za to płaci?

Przeczytaj recenzję filmu (autor: Desjudi) - kliknij tutaj



Seneka Starszy twierdził, że nagroda za cnoty znajduje się w nich samych. Arystoteles zauważył, że większość ludzi woli doznawać uczuć niż się nimi wypłacać. Oscar Wilde złośliwie ocenia, że czasami mu się wydaje, iż Bóg stwarzając człowieka przecenił swoje możliwości... Człowiek miarą wszechrzeczy? Oby nie!



e-mail
 Autor tekstu: Karolina Chymkowska - DEJNA