Wiadomo powszechnie, że czytanie
dzieciom nie jest w modzie. Rodzicom z reguły brakuje na to czasu i tym
samym pozbawiają się korzyści płynących ze stosowania niezwykle
skutecznego pedagogicznego narzędzia, jakim są baśnie. Współcześni
milusińscy nie boją się Baby Jagi. Starucha zżerająca dzieciaki i
okupująca domek z piernika? Litości... Harry Potter – no, ten to jeszcze
jakoś ujdzie. Śmiga na miotle i nie bawi się w jakieś dziecinne
entliczki pentliczki i inne stoliczki. Skoro do dzieci niezbyt trafiają
nauki zawarte choćby w dziełach braci Grimm, trzeba było wymyślić coś
nowego. Miejskie legendy, których Stany Zjednoczone są istną wylęgarnią.
Krótkie opowieści doskonale nadające się do tego, aby opowiedzieć je
przestraszonym kolegom na szkolnym korytarzu podczas przerwy. O tym, że
sąsiad to podobno seryjny morderca... Albo o tym, że w kanałach żyje
aligator - niegdyś był prezentem dla koleżki z 4D, który jednak szybko
znudził się zwierzęcym podarkiem... Można też, jak węgierski reżyser
Nimrod Antal, opowiedzieć o kontrolerach z metra, ludziach wyrzuconych
na margines, żyjących w swoim podziemnym świecie, czekających tylko na
to, żeby wyciągnąć brudną dłoń i wymamrotać „bileciki do kontroli”.
Główny bohater filmu „Kontrolerzy” nigdy
nie staje na stopniach ruchomych schodów, łączących podziemny świat z
głównym nurtem życia, jaki płynie na powierzchni. Gdy reflektory
ostatnich pociągów nikną w tunelach metra a na peronach gaśnie światło,
Bulcsu układa się na ławce bądź pod jakimś filarem i próbuje zasnąć,
przeczekać jakoś do następnego poranka, kiedy razem z czterema kolegami
założy na ramię opaskę i zacznie sprawdzać bilety pasażerów. Plątanina
tuneli, peronów i schodów z rozrzuconymi gdzieniegdzie pomieszczeniami
to uniwersum rządzące się własnymi prawami. W światku „kanarów” prestiż
mierzy się skutecznością wyłapywania gapowiczów i efektywnością w
ściąganiu od nich kar. Można też urządzić śmiertelnie niebezpieczny
bieg, będący w istocie ucieczką przed pędzącym pociągiem. Tu dzień
niczym nie różni się od nocy, a problemy przyniesione z powierzchni
wydają się szczególnie wyraźne w świetle jarzeniówek. Na nieco
groteskowy światek kontrolerów pada cień – coraz częściej oczekujący na
pociąg pasażerowie lądują pod jego kołami. Wygląda na to, że nie mamy tu
do czynienia z wypadkami. A zatem morderca – i jest nim najpewniej
któryś z „kanarów”. Ktoś, kto wie co do sekundy, kiedy z tunelu wychynie
pociąg.
Pełnometrażowy debiut Antala intryguje
mniej więcej przez pierwszą połowę. Reżyser na dłuższy czas pozostawia
wątek domniemanego mordercy na boku i koncentruje się na Bulcsu i jego
kompanach. Potem jednak wątek rodem z thrillera powraca na pierwszy
plan, a twórcy filmu najwyraźniej brakuje pomysłów i zaczyna się nieco
powtarzać. Weźmy choćby świetną scenę, w której ekipa głównego bohatera
sprawdza bilety w wagonie metra. Każdy z kontrolerów trafia na jakiegoś
dziwaka – następuje feeria błyskotliwych dialogów, podparta sprawną
pracą kamery i zręcznym montażem. Widz śledzi niemal jednocześnie pięć
osobliwych i nieco absurdalnych konwersacji, składających się na poły z
gróźb, na poły zaś z wymówek i usprawiedliwień przetykanych
lekceważeniem. Wyśmienita sekwencja zostaje jednak niemal toczka w
toczkę powtórzona w dalszej części filmu, tym razem na peronie.
Film Antala, co może oczywiście działać
na jego korzyść, zbudowany jest przede wszystkim z niedopowiedzeń i nie
do końca jasnych symboli, otwartych na wielorakie interpretacje. Im
dłużej jednak oglądałem „Kontrolerów”, tym bardziej byłem przekonany, że
to, co ma być symbolem, jest w gruncie rzeczy puste, znaczeniowo
przezroczyste, zaś na ekranie zostało umieszczone jedynie dlatego, że
fajnie wygląda. Wyjątek stanowią tu sceny końcowe, gdzie z kolei
symbolika jest tak oczywista, że aż prostacka. Za mało uwagi poświęcono
postaciom, szczególnie Bulcsu, którego motywacje do końca pozostają
niezbyt jasne, choć powodowany nimi skazał się przecież sam na swoisty
czyściec, jaki stanowią w filmie korytarze metra.
Opowieść o budapeszteńskim metrze (w
gruncie rzeczy, mogłoby to być metro w każdym mieście naszego globu) nie
jest jednak filmem złym czy całkowicie nieudanym. Jest ambitną próbą
pogodzenia kina rozrywkowego (wątek tajemniczego mordercy, liczne –
często udane - akcenty komediowe) z kinem artystycznym, posługującym się
alegorią i przekazującym osobistą wizję reżysera. Zamiar nie powiódł
się, głownie z racji niedostatku owej autorskiej wizji. Tym niemniej
Antal jest twórcą obiecującym i liczę, iż w następnym dziele pokaże nie
tylko, że sprawnie posługuje się rozmaitymi filmowymi technikami, ale i
ma coś niebanalnego do powiedzenia.
Ocena: 6/10
|
 |
KONTROLERZY
Występują:
Sandor Csanyi jako Bulcsu
Zoltan Mucsi jako Profesor
Csaba Pindroch jako Muki
Sandor Badar jako Lecso
Zsolt Nagy jako Tibi
Eszter Balla jako Sofie
Laszlo Nadasi jako Laci
Lajor Kovacs jako Bela
I inni
Reżyseria i scenariusz: Nimrod Antal
Zdjęcia: Gyula Pados
Muzyka: zespół Neo
Scenografia: Balazs Hujber
Producent: Tamas Hutlassa
Montaż: Istvan Kiraly
Czas trwania: 106 minut
Węgry 2003 |
| Autor recenzji:
Paweł Marczewski - SHANDOR |
|
Klub Miłośników Filmu | 15.1.2005
|