LAUDANUM
- nalewka alkoholowa na bazie
opium, dawniej powszechnie stosowana jako środek na uśmierzenie bólu.
Przez Paracelsusa zwana "eliksirem życia"...
William Wordsworth i Samuel
Taylor Coleridge - zwani poetami jezior, wraz z Novalisem, Scottem,
Keatsem i Shelleyem należeli do pierwszego pokolenia europejskich
romantyków. Wspólne dzieło Williama i Samuela - "Ballady liryczne",
wydane anonimowo w 1798 roku, uważa się obecnie za początek romantyzmu w
literaturze angielskiej (dla porównania, w polskiej literaturze tym
początkiem stał się debiut Mickiewicza - "Ballady i romanse" wydane
dopiero w 1822 roku - gdy tworzyli wcześni romantycy brytyjscy, u nas na
fali był Koźmian. Tysiąc wierszy o sadzeniu grochu).
Film "Królestwo demonów" (Pandaemonium) stanowi zapis dziwnej i
destrukcyjnej przyjaźni łączącej Wordswortha i Coleridge'a. Próżno
szukać tutaj, podobnie jak w "Amadeuszu" Formana, biograficznej
dokładności (wszystko zostało celowo wyjaskrawione - i rzekoma
destrukcyjność ich przyjaźni, i okoliczności jej zerwania, i forma, jaką
przyjęło uzależnienie Coleridge'a od opium, jak również dwulicowość
polityczna Wordswortha). To raczej próba odpowiedzi na pytanie o
uniwersalność języka poezji - jej prawdy - jej dostępności dla ludzkiego
umysłu.
Poznajemy Coleridge'a, kiedy jest ludzkim wrakiem, dręczonym
uzależnieniem od opium. Przez osiem lat nie opuszczał mieszkania swojego
lekarza. Boi się przestrzeni, prześladują go upiorne majaki. Próbuje
przełamać ten lęk, by zjawić się na przyjęciu wydanym z okazji
uhonorowania Wordswortha królewskim wyróżnieniem "poety laureata". Już
pierwsze sceny sugerują, że nie mamy do czynienia z obrazem mocno
umieszczonym w ramach realności, a raczej z artystyczną wizją. Poznajemy
zblazowanego Byrona, który pyta Coleridge'a o jego mityczne dzieło -
"Kubla Khan" - poemat, o którym wszyscy mówią, lecz którego nikt jeszcze
nie widział na oczy...
Następuje przeskok w czasie. Teraz po kolei będziemy śledzić dzieje tego
dziwnego związku dwóch poetów, który doprowadził Coleridge'a do ruiny, a
Wordswortha do zaszczytów i sławy. Po to, by znaleźć odpowiedź na
pytanie, czym jest prawda w poezji i jaką trzeba zapłacić cenę, by ją
osiągnąć.
"Szedłem sam, jak...krowa?
Nie lepiej będzie: obłok?"
Sam wędrowałem, jak obłoczek
Często sam płynie przez przestworza,
Gdy nagle widok mnie zaskoczył
Złotych żonkili tłumu, morza...
William Wordsworth "Żonkile"
Byron do Wordswortha: "Tak, a
ty pisz dalej o żonkilach. Jak to szło? Sam wędrowałem..."
"Wolisz jego metodę pisania od mojej?
Jego metodę? Nie. Jego metoda opiera się na samodestrukcji"
Raz obróciwszy się, już tylko
Przed siebie zwraca oczy,
Bo wie, że przeraźliwy diabeł
Tuż za nim stale kroczy...
Samuel Taylor Coleridge "Pieśń
o starym żeglarzu"
Skrajnie różne osobowości i skrajnie różne podejście do dzieła
tworzenia. Romantyzm to w literaturze (a konkretniej - w poezji) okres,
w którym ambicją artystów było stworzenie indywidualnego manifestu
twórczego. John Keats szukał dróg połączenia Miłości i Wszechpiękna.
Percy Shelley kreował wizję samotnego buntownika, rzucającego wyzwanie
wszelkiej tyranii w imię przyrodzonej człowiekowi i naturalnie mu
należnej wolności.
Co do Coleridge'a i Wordswortha, zasiadając do wspólnej pracy nad
"Balladami lirycznymi" postanowili podzielić się wedle klucza realności
i fantazji. Jak łatwo zgadnąć, wszystko co należało do sfery fantazji,
przypadło w udziale Coleridge'owi.
William Wordsworth był poetą krajobrazu. Zachwycał się kształtem chmur i
barwą żonkili, jednak patrząc na nie nigdy nie widział skłębionych
obłoków wibrujących zapowiedzią burzy, ani barwy wykraczającej poza
kształt. Był konkretnym realistą, wyważonym obserwatorem. Nawet na swój
styl pisania patrzył rozważając jego technikę, początek, koniec i
osadzenie w ramach. Zastanawiał się nad poetyką słowa tam, gdzie dla
Coleridge'a słowo było tylko jednym z koniecznych środków na uchwycenie
wrażenia. Innymi słowy, Coleridge wychodził z założenia, że słowo jest
medium wykorzystywanym przez człowieka z konieczności, by jego ułomny
umysł mógł znaleźć dla poezji, wykraczającej daleko poza ramy
postrzegania zmysłowego, jakiś akceptowalny kształt.
Samuel żyje na wsi z żoną i dzieckiem. W swoim prostym, codziennym życiu
znajduje zadowolenie, za które jest wdzięczny. Powie "to mój
najszczęśliwszy czas". To jak przeczucie. Zamyka na kartach swoich
wierszy proste portrety otoczenia, obejścia, dziecięcego śmiechu,
pochylonej głowy żony. Opisowa metoda, tak ceniona przez Wordswortha,
byłaby zbyt zwyczajna dla jego umiłowania impresji. Samuel we wszystkim
widzi akt tworzenia, we wszystkim celowe piękno. Ten naturalny dar,
który pozwala mu widzieć działanie woli w mrozie skuwającym szyby, to
jeszcze spokój, pewność i bezpieczeństwo. Tragedia zacznie się w
momencie, gdy pod wpływem wizyty Williama i jego siostry Dorothy zacznie
analizować. Zacznie się zastanawiać - co jest dalej? Co kryje się
głębiej? Jeśli piękno wokół jest aktem celowym - co łączy oko patrzącego
i zamierzenie sprawcze, co sprawia, że człowiek może poezję uchwycić -
gdzie jest jej początek? Gdzie tkwi samo jądro jej prawdy - i co nią
jest?
Dni mijają jałowo. Brakuje iskry. William i Samuel spędzają godziny na
wędrówkach bez celu, pierwszy znużony i wściekły na swoją twórczą
niemoc, drugi dręczony ekscytacją i wrażeniem, że właściwa chwila musi
wreszcie przyjść. Pragnie widzieć siebie jako twórcę wyzwolonego. Oddala
się od konkretnej rzeczywistości życia rodzinnego, od swojej
przyziemnej, zwyczajnej żony, daje się porwać fascynacji Dorothy
Wordsworth, która wydaje mu się duszą pokrewną. Rozumie jego rozterki,
kieruje go na właściwe tory. Podzielają przekonanie, którego William nie
akceptuje - że tworzenie życia jest dziedziną dostępną nie tylko bogom.
Wyrazem tego jest scena, w której całą grupą odwiedzają naukowca
przeprowadzającego eksperymenty z elektrycznością. Ponownie jednak ten
sam problem dręczy Samuela. Życie - może i zręcznie opisywał jego
kształt czy barwę, ale gdzie jest jego istota? Jego treść? Jak się rodzi
to zrozumienie?
I nagle - przełomowa wizyta w malutkiej osadzie rybackiej. Kilkunastu
ludzi, którzy dzień po dniu walczą z oporną naturą, wydzierając ze
szlamu skromne bogactwa, które im kapryśnie zechce odstąpić, ludzie
biedni i silni, wyniszczeni pracą - tak widzi to William. W końcu
realność to jego dziedzina. Samuel sięga dalej - i sen starego rybaka o
tajemniczej łodzi, łodzi widmie z martwą załogą na pokładzie, wskazuje
mu drogę, na którą powinien wstąpić. Coś jednak go ogranicza. Coś nie
pozwala mu dostrzec wszystkiego, co kryje się w tym śnie i składa się na
jego przesłanie. Trzyma pióro w dłoni, ale wizja nie chce nadejść - nie
chce przyjąć kształtu - zbyt jest od niej daleki, zbyt ograniczony swoim
postrzeganiem, kiepską gwarancją swoich niedoskonałych zmysłów.
I tu wchodzimy na niebezpieczne ścieżki. Samuel znajduje tę drogę.
Przypadkowo. Za sprawą nalewki z opium, laudanum, tak popularnego w tej
epoce. To jak objawienie. Otwierają się przed nim światy, które może
przemierzać, dotknąć, obrazy wszechrzeczy, które może uchwycić. Tak
powstaje "Pieśń o starym żeglarzu".
Tyrański nagle podmuch burzy
Runął na nasze głowy,
I jakby skrzydłem nas zagarnął
Pognał ku południowi...
Nasuwający się automatycznie wniosek sugeruje, że tą granicą do
przekroczenia jest granica bólu. Bólu i cierpienia, które stale wrą pod
powierzchnią, które trwale zaburzają duchową równowagę, i oddzielają
twórcę od rozpłynięcia się w całkowitej doskonałości. Może obecność bólu
jest niezbędna, by ją dostrzec, ale już stanowi nieprzekraczalną
przeszkodę we wtopieniu się w nią. Paradoksalne - i niebezpieczne.
Coleridge'owi wydaje się, że dostrzegł prawdę i sięgnął po nią, co
więcej, nadał jej kształt pojmowalny dla ludzkiego rozumu. Wszedł na
drogę wiodącą do Absolutu, przekroczył granice snu na jawie - słynne
pałace rozkoszy Kubla Khan - i znalazł najwłaściwszy z możliwych
manifest nie tylko poetycki, ale wręcz życiowy - powrót do Natury bez
obciążeń materialnych i cywilizacyjnych, chociażby drogą przesądu i
mitu. Faktem jest, że tworzy wizję porywające. Jednak...jaka jest
gwarancja ich uczciwości? Czy jest jakakolwiek pewność, że to objawienie
jest niczym więcej, jak samym Coleridgem, majakami jego udręczonego
umysłu, który pod wpływem destrukcyjnej używki wyrwał się na wolność? Bo
przecież nawet wyrwanie się z bólu jest złudne. Powraca silniejszy,
groźniejszy, potężniejszy niż wcześniej, gdy tylko minie odurzenie. A
wizje wykraczające poza granice zmysłów nie chcą odejść. Tyle tylko, że
świadomość nie potrafi sobie z nimi poradzić, bowiem nie potrafi ich
sklasyfikować. Skutkiem jest większa ilość bólu. I autodestrukcja,
bowiem nie można czerpać z siebie samego bez końca, jest jakiś kres
okradania własnego ducha, po którym już nie może się bronić. I być może
właśnie wtedy ucieka w szaleństwo.
Dojście do tego wniosku zajmuje
Coleridge'owi dużo czasu. Jednak ostatecznie odpowiada sobie na pytanie,
co jest godne przetrwania. Ta odpowiedź kryje się w komentarzu do
wierszyka dla dzieci, który napisał Southey, tego o trzech niedźwiadkach
- "my przepadniemy, a to przetrwa". Jednak nie szaleństwo uporczywych
wizji - jednak prosta historia mająca w sobie dość mocy, by rozpalić
wyobraźnię najbardziej niewinnego i nieskażonego odbiorcy: dziecka. Po
co wykraczać poza zmysły, by sięgnąć po ulotną "prawdę", skoro te same
zmysły ograniczają możliwość oceny, na ile jest ona prawdą właściwą? A
zatem może jednak odpowiedzią jest prostota, całkowita naturalność -
człowiek, który jest królem w świecie swojego postrzegania? Czy ma dla
niego znaczenie coś poza tym, co może uchwycić i czym w istocie może
żyć? Skoro abstrakcyjne poszukiwania przynoszą mu jedynie autodestrukcję
i nieuchronne poczucie niemocy?
Ostatecznie Coleridge dochodzi - po długiej i bolesnej wędrówce - do
etapu, w którym może mieć pewność siły własnego dzieła. Tak jak
wcześniej próbował je ukrywać i chować przed ludzkim wzrokiem - teraz
wychodzi z nim do ludzi i z przekonaniem firmuje własnym nazwiskiem.
Dopiero godząc się z tym dostrzega - i, w konsekwencji, osiąga -
wrażenie ponadczasowości, której wcześniej próbował nadawać wymiar
abstrakcyjny, nieuchwytny. Przestaje się skupiać na emocjach, z których
poezja się rodzi, a zaczyna na tych, które budzi. I to odkrycie,
wydawałoby się tak banalne, tak proste - wreszcie daje mu spokój. Co
więcej, jak sugerują ostatnie sceny filmu - również nieśmiertelność.
Prawdziwie wielcy
W jednym są wieku wszyscy, z widzialnego
Jednego miejsca promienieją mocą;
Ci w sile swojej i w czynach wytrwali
Są, a czas nie jest z nimi - oprócz tego,
Że on pracuje dla nich, a w nim oni...
Samuel Taylor Coleridge "Do
Williama Wordswortha"
Wiersz Williama Wordswortha w
przekładzie Macieja Frońskiego.
Wiersze Samuela Taylora Coleridge'a w przekładzie Zygmunta Kubiaka.
 |
KRÓLESTWO DEMONÓW (PANDAEMONIUM)
Wielka Brytania 2000
reżyseria - Julien Temple
scenariusz - Frank Cottrell Boyce
zdjęcia - John Lynch
muzyka - Dario Marianelli
występują:
Linus Roach
(jako Samuel Taylor Coleridge)
John Hannah
(jako William Wordsworth)
Samantha Morton
(jako Sara Coleridge)
Emily Woof
(jako Dorothy Wordsworth)
Samuel West
(jako Robert Southey) |
| Autor recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA |
Klub
Miłośników Filmu | 18 VI 2005 |
|