"Nagle usłyszałem chrobot...
jakby ktoś pukał do moich drzwi"

Bywa, że na planie filmu kaskader złamie nogę, zginie w wypadku ktoś z obsługi technicznej, ktoś zetrze sobie kolano, ktoś inny wybije ząb.
Takie rzeczy przechodzą bez echa, wspominane gdzieś w plotkarskich pismach,
w dodatku małym drukiem. Raz jednak na sto lat, dzięki wypadkowi lub tragedii na planie filmowym, rodzi się legenda, film
kultowy już w momencie wejścia na ekrany, film niekoniecznie rewelacyjny pod
każdym względem, czy mający ambicje bycia dziełem wybitnym. Brandon Lee,
grający w "Kruku" postać Erica Dravena, zginął na planie filmowym, mając
zaledwie 28 lat. Jak już wspomniałem, "Kruk" nie jest ani dziełem wybitnym,
ani filmem doskonałym; jego siła tkwi w śmierci, tej fikcyjnej - gdy Eric Draven zostaje zabity i wraca zza grobu, by dokonać zemsty, i tej prawdziwej - gdy Brandon Lee postrzelony na planie z ostrej amunicji... umiera
naprawdę.

Nie mogło stać się inaczej, film z miejsca stał się wydarzeniem, czymś więcej niż film, czymś więcej niż opowieścią, więcej niż obrazami i muzyką. Stał się czymś metafizycznym, pomostem łączącym filmową opowieść z realnością śmierci. Może dlatego, tak silnie oddziaływuje na widza scena, gdy Eric Draven powrócony z martwych, w rytm niezwykle klimatycznej piosenki "Burn" (zespołu THE CURE) maluje na swojej twarzy niezapomniany makijaż i zakłada na siebie obcisły, czarny sweter - genialne ujęcie, gdy z rękawa wysuwa się w majestatycznym ruchu, dłoń Erica. Po chwili widzimy, jak Eric podchodzi do okna, na jego ramieniu siedzi kruk... zemsta zza grobu ma się rozpocząć.

Przyznać muszę w tym momencie, że film "Kruk" to dla mnie właśnie zaledwie kilka (za to) niezapomnianych sekwencji, z których pierwszą była właśnie opisana powyżej. Cała krwawa gehenna, jaką serwuje Eric swoim byłym oprawcom i zabójcom (zamordowali również jego dziewczynę Shelly) posiada kilka niesamowicie jasnych punktów - reszta jest już niestety dość średnia. Skupię się więc na wykazaniu najlepszych (moim zdaniem) momentów w filmie. Pierwsze starcie z wrogiem; gdy Eric spotyka Tin Tina (nożownik), tu jedno jedyne ujęcie wbija mnie w fotel. Gdy Eric rzuca Tin Tinem o ścianę, po czym ten uderza Erica z pięści w twarz. Przez 2 sekundy, gdy Eric potrząsa głową otrząsając się po ciosie, widać na jego twarzy uśmiech; teraz jest jego chwila, chwila zemsty, czas zabijania zabójców - czerpie z tego potężną satysfakcję i siłę do działania. Kolejną sekwencją z tak zwanym kopem emocjonalnym, jest wizyta Erica w Lombardzie, gdzie szuka pierścionka podarowanego Shelly, a zrabowanego im przed rokiem przez Tin Tina i jego kolegów. Kiedy Eric wsypuje kilka innych pierścionków do lufy Shotguna i strzałem wysadza Lombard w powietrze, wiadomo już, że rozpęta piekło na ziemi, aby tylko pomścić śmierć Shelly i... swoją.

W tym momencie dochodzimy do momentu, którego nigdy nie zapomnę; strzelaniny w siedzibie gangu, gdzie Eric przychodzi po Skank'a. Takiej orgii przemocy i słodkiego zapachu zemsty nie znajdziemy w żadnym innym filmie. Eric Draven "kosi" wszystkich w rytm utworu "After the Flash", przeplatanego błyskami lamp stroboskopowych; wszystko dzieje się szybko; kule świszczą w powietrzu, kilkunastuosobowa grupa oprychów strzela ze wszystkich stron; tłuczone szkło, tynk odpadający ze ścian, kurz i błysk wystrzałów na przemian... a w środku tego piekła on - Eric Draven, spokojnie odnajdujący się w tym chaosie i wymierzający agresorom zasłużoną karę: śmierć z jego ręki. Eric używa początkowo dwóch pistoletów do położenia kilku przeciwników, później nożem podrzyna gardło kolejnemu, by w końcu sięgnąć po wiszący na ścianie samurajski miecz... a wszystko to robi z niezwykłym opanowaniem i pietyzmem; w końcu wyrzuca jednego ze "złych ludzi" przez okno. Cichnie muzyka, Eric Draven używając jednego już pistoletu wykonuje jeszcze genialny ruch, gdy podczas strzelania zmienia pozycję ręki, by wykończyć dwóch ostatnich bandytów - w końcu zwalnia, idąc triumfalnym krokiem po stole, na końcu którego odnajdzie kolejny fragment zemsty który ukoi jego duszę. To musi być wspaniałe uczucie dokonywać zemsty w zapalczywym gniewie; czy tak właśnie czuł się Eric Draven? Tego się nie dowiemy, tak samo jak Brandon Lee nie dowie się, że film z jego udziałem na długi czas pozostanie czymś na swój sposób niepowtarzalnym, filmem który był początkiem i końcem jego prawdziwej, aktorskiej kariery, obrazem który stał się kultowy i nieśmiertelny, choć przyczynił się do śmierci i oglądany przez jej pryzmat staje się niezwykłym, filmowym doświadczeniem...
SZYBKA OCENA +/-
- Brandon Lee
- Charakteryzacja!
- Muzyka
- Chwilami słabe efekty specjalne
- Mało ciekawe czarne charaktery
AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX