Od ostatniego "Krzyku" minęło jedenaście lat. Seria miała zostać
trylogią, ale ostatecznie zapadła decyzja o nakręceniu kontynuacji.
Craven odgrażał się, że podejmie się reżyserii tylko w wypadku, gdy
scenariusz sequela będzie równie dobry, co scenariusz pierwszej
części. Do tego Williamson dostarczył pierwszą wersję scenariusza po
terminie, co mogło sugerować coś naprawdę wyjątkowego, więc
oczekiwania odnośnie filmu były w moim przypadku dość wysokie.
|
 |
 |
|
Film otwiera morderstwo dwóch nastolatek. Sprawą zajmuje się
aktualny szeryf Woodsboro, Dewey Riley. Jego żona, Gale Wheathers
usiłuje napisać książkę, ale brakuje jej natchnienia. Odzywa się w
niej reporterski instynkt, by gonić za sensacją, ale co zrobić, gdy
sensacji nie ma? Udręka bohaterki nie trwa długo, bo do rodzinnego
Woodsboro przyjeżdża Sidney Prescott by promować książkę
motywacyjną, w której opisuje jak udało jej się przetrwać wszystkie
dotychczasowe tragedie. Wystarczy dodać, że wszystko to odbywa się w
okolicy rocznicy wydarzeń z pierwszej części "Krzyku" i już wiadomo,
że Sidney będzie miała większe zmartwienia niż podpisywanie
egzemplarzy książki, a Gale znajdzie upragnioną sensację.
Fabuła jest skonstruowana dość niezdarnie, akcja przechodzi od
jednej sceny gonitwy/ zabójstwa do drugiej, i do następnej; bez
wytchnienia. I tak chwilę to trwa, aż nagle film na kilka minut
staje w miejscu i nic z kolei się nie dzieje. Bohaterowie próbują
rozprawić się emocjonalnie z tym, co przed chwilą miało miejsce, bo
przecież ktoś zginął. Twórcy starają się jakoś umiejscowić
poszczególnych bohaterów w tym całym zamieszaniu, ale jest to
rozpisane miałko, a dialogi są tak niezgrabne, że zamiast wywołać u
widza jakąś emocjonalną reakcję, zwyczajnie nudzą. Brakuje w tym
wszystkim równowagi. W którymś miejscu bohaterki naśmiewają się z
sequela "Piły", ale twórcy "Krzyku 4" wpadają w te same sidła. Co
prawda "Krzyk 4" nie jest tak brutalny i wizualnie dosadny, ale w
podobny sposób nie potrafi wykreować więzi między widzem a
bohaterami.
|
 |
 |
|
Reszta niestety też nie zachwyca, a scenom pogoni mordercy za
ofiarami i ich zabijania brakuje oryginalności. Każda poprzednia
część miała tu coś do zaoferowania. Najpierw mieliśmy bezbronną,
typową "blondynkę", która w pewnym momencie przestaje uciekać i
przechodzi do defensywy (np. Tatum rzucająca butelkami w
Ghostface'a, a następnie uderzająca go drzwiami lodówki). Z biegiem
akcji bohaterowie zdobywali doświadczenie, z każdym kolejnym filmem
relacje między mordercą a ofiarą ewoluowały, w pewnym sensie
osiągając kulminację w części trzeciej, gdy ofiara staje się łowcą.
Jednocześnie twórcy tworzyli coraz to nowe przeszkody, które
urozmaicały krwawą jatkę. W tej części wyraźnie tego brakuje. Młodzi
bohaterowie, wychowankowie internetu, Facebooka i iPhonów są w
sytuacji zagrożenia kompletnie bezradni, brakuje im pomysłowości,
sprytu. Zawodzą nawet podstawowe odruchy, bo czy instynkt
samozachowawczy ma się ograniczać do wykrzykiwania "NIE!!!"? Nawet
nie próbują się bronić, co jest o tyle dziwne, że kilkoro bohaterów
jest miłośnikami horrorów, należą do filmowego klubu dyskusyjnego,
można by się spodziewać, że mają choćby minimalną wiedzę, co robić w
takiej sytuacji. Nic z tego. Zapewne chodziło o stworzenie kontrastu
między nowym a starym. Sidney jest dużo bardziej zaradna w
konfrontacji z mordercą, również Gale go nie oszczędza i nie poddaje
się bez walki. Ale w wyniku tego zabiegu nowi bohaterowie są jakby
wycięci z kartonu, trudno komukolwiek dopingować.
Poprzednie części skupiały się na sequelach ("Krzyk 2") i trylogiach
("Krzyk 3") omawiając prawa dotyczące każdej z tych form, wytykając
najczęściej popełniane przez twórców błędy i wyśmiewając się z
konwencji. Tym razem Wes wziął na tapetę remake, zresztą bardzo
słusznie. Obserwujemy zalew przeróżnych produkcji usilnie
starających się poprawić oryginalne wersje i w większości przypadków
ponoszących sromotną klęskę. Rzecz jasna piszę o tym "poprawianiu" z
lekkim przymrużeniem oka, bo zakładamy, że remake ma być swego
rodzaju ulepszeniem albo odświeżeniem, jednak najczęściej to tylko
kwestia pieniędzy i odgrzewania starych kotletów. Twórcy zarzucają
remake'om brak oryginalności, ale sami nie są w stanie zaserwować
nic świeżego. Są w filmie momenty, przebłyski geniuszu, bardzo
dowcipne i błyskotliwe, niestety jest ich zdecydowanie za mało.
Dominują suchary pokroju "Pierdolę Bruce'a Willisa".
|
 |
 |
|
Film nie jest taki całkiem straszny jak mogłoby się wydawać. Po
piętnastu latach Neve Campbell staje przed kamerą, wciela się w rolę
Sidney Prescott po raz czwarty i robi to w taki sposób jakby niczym
innym się nie zajmowała. Gdy Sid odbiera telefon od mordercy i
słyszy jego groźby, wyraz jej twarzy mówi wszystko o utracie
najbliższych i ich tajemnicach, w jej oczach widać autentyczny
strach. Słowem - ogromny, trochę niedoceniony talent. Oglądanie jej
na ekranie to czysta przyjemność. Muszę pochwalić też Hayden
Panettiere, bo mimo wszystko potrafiła wykreować ciekawą postać,
zdecydowanie najlepszą z całej nowej ekipy.
Jako miłośnik serii jestem trochę rozczarowany nowym filmem Cravena.
Być może oczekiwałem zbyt wiele, ale z drugiej strony czas
najwyższy, żeby reżyser ten przypomniał wszystkim, kto rządzi w
kategorii horroru. Mimo wszystko fajnie było ponownie spotkać się z
bohaterami serii i po raz kolejny zabawić się w typowanie mordercy.
Pomysł z przerabianiem oryginału na nowo, tyle że w formie sequela,
jest świetny, ale nie najlepiej wyegzekwowany.
6/10