Za siedmioma górami, siedmioma lasami i siedmioma rzekami nadal znajdują się królestwa. Murowane zamki zastąpiono w nich kondygnacjami wzniesionymi dzięki ogromnej wytrzymałości żelaza i betonu, szklanymi domami wzmocnionymi szkieletem z aluminium i asfaltowymi ulicami, po których zamiast wiernych ogierów poruszają się blaszane puszki na gumowych obręczach. W dzisiejszych królestwach coraz więcej nikczemnych czarnoksiężników, a rycerze w lśniących zbrojach wyginęli prawie doszczętnie. Podobnego losu doczekali zresztą potężni królowie. I kto obroni księżniczki? Istoty "delikatne na tyle, by odczuwać skołowanie wywołane obrotami Ziemi"? Bezbronne stworzenia, które z każdym dniem wychodzą na spacer brudnymi ulicami smutnych królestw narażając się na ataki ze strony złoczyńców, ignorantów traktujących je bez należytego szacunku, posługujących się nimi jak żywym towarem, którego pozbywa się zaraz po użyciu.
Caye i Zulema to dwie księżniczki pojawiające się na ulicach królestwa Madrytu. Początkowo ta pierwsza deprecjonuje tę, która przybyła z jakże odległej Dominikany. Łączy je dopiero cierpienie, łączy je wspólny zawód, łączy je zły czar rzucony przez wyjątkowo niegodziwego maga. Przyjaźń łamie wszelkie konwenanse, bowiem miejscowe - hiszpańskie księżniczki nie akceptują tych obcych - dziewczyn, które przyciągają swoją egzotycznością i niską ceną zarazem. Walczą ze sobą, próbują zdominować ulice Madrytu i zaskarbić sobie względy królewiczów, rycerzy, a nawet czarnoksiężników - w końcu ci ostatni płacą tyle samo. Podświadomie jednak walczyć nie chcą. Przecież każda z nich pragnie tego samego i bynajmniej nie chodzi tu o kosztowną biżuterię czy bukiety krwistoczerwonych róż. Szczytem marzeń, największym ze skarbów jest mężczyzna, który zabierze je z ulicy nie płacąc im za to. Traktując je z należytym szacunkiem, całując w usta, szepcąc miłe słowa udowodni, że w księżniczce widzi coś więcej aniżeli zewnętrzną warstwę kobiecości, udowodni, że widzi w niej drugiego człowieka, który za każdym razem wychodzi na zakurzoną ulicę tylko po to, by przebrnąć kolejny ciężki dzień pracy pozwalający chociażby na utrzymanie synka mieszkającego na Dominikanie. I nieważne jest to, że sadystyczny przedstawiciel prawa bije do nieprzytomności, i nieważne, że młodzi mężczyźni w sportowych samochodach proponując marną zapłatę, nadają imię zaczerpnięte od jednej z inwektyw. To tylko praca, a one "są ulicą, a ona raz daje radość, raz cierpienie; one są ulicą, są z tego dumne, wiedzą, że ich dzień nadejdzie."
Bo przecież każdy poranek, każde popołudnie, każdy wieczór przynosi coś innego. Nie wszystkie dni składają w ofierze godność i marzenia, większość z nich wieje rutyną - bezlitosną, ale możliwą do zniesienia. Najgorsze nie jest wyjście na ulicę, najgorszy nie jest stosunek odbywany w jednym z kilkudziesięciu pokojów obskurnego motelu, najstraszniejszy jest niedzielny obiad w domu matki, spotkanie w restauracji, w której oprócz wymarzonego rycerza spotyka się jednego z notorycznych złoczyńców, śmiech i niedowierzanie wywołane wyjawieniem swej pozycji społecznej. I dlatego księżniczki umierają. Wytrzymawszy upokorzenie ze strony magów, nie mogą liczyć na wsparcie swoich najbliższych - tych, którzy o niczym nie wiedzą, bo i tak nie zrozumieją. W tym miejscu ważniejsza od rodziny staje się przyjaciółka w postaci koleżanki uwięzionej w tym samym koszmarze, czy prostej dziewczyny pracującej w salonie fryzjerskim. Osoba, która zrozumie, nie będzie zadawać zbędnych pytań. I właśnie o tym mówi film Fernanda Leona de Aranoa - o mocy przyjaźni, w tym przypadku przyjaźni między dwiema kobietami.
Hiszpan w bezpretensjonalny sposób patrzy na problem prostytucji. Rezygnując z toposu prostytutki - upadłej kobiety bez pragnień i ambicji. Jego księżniczki na swój magiczny sposób są piękne, bo marzą o rzeczach wydających się dla większości błahymi, potrafią ignorować prymitywne zaczepki beznadziejnych mężczyzn przechadzając się półnago w bladym blasku księżyca, nie poddają się i wiedzą, że kiedyś to wszystko się skończy.
Film pełen optymistycznych akcentów i wspaniałych zdjęć Ramiro Civita konfrontuje się ze smutną rzeczywistością, o jakiej opowiada. Z pojedynku wychodzi zwycięsko, bo dzięki temu na pozór nieodpowiedniemu zestawieniu wyrywa się z silnie zakorzenionej w naszej świadomości słownikowej prostytucji. Kobiety, które na co dzień obdarzylibyśmy posępnym spojrzeniem rzeczywiście ewoluują w tytułowe bohaterki, na których zaczyna nam zależeć. Zauważamy, że mimo wykonywanego zawodu są w pełni wartościowymi osobami o cechach całkowicie przeciwstawnych stereotypom.
"Księżniczki" to godne polecenia kino społeczno-psychologiczne okraszone hipnotyzującą muzyką Manu Chao i, w moim subiektywnym odczuciu, najlepsza z dotychczasowych premier grudnia 2007. Historia wzruszająca i w pewien sposób odkształcająca dotychczasowy sposób postrzegania prostytucji, jak również łamiąca bezpodstawne stereotypy osobowe. Momentami kontrowersyjna i wyzywająca jest grudniową pozycją obowiązkową.
 |
KSIĘŻNICZKI
Tytuł oryginalny: Princesas
Rok produkcji: 2005
Kraj: Hiszpania
Czas trwania: 109 minut
Reżyseria: Fernando Leon de Aranoa
Scenariusz: Fernando Leon de Aranoa
Zdjęcia: Ramiro Civita
Muzyka: Alfonso Vilallonga
Obsada: Candela Pena, Micaela Nevarez, Mariana Cordero, Llum Barrera, Violeta Perez, Monica Van Campen, Flora Alvarez, Maria Ballesteros, Alejandra Llorente i inni
|
 |
 |
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL |
Klub Miłośników Filmu 23.12.2007 |
|