...chciałabym napisać, że to film bardzo zły i znakomicie się na nim bawiłam. Zachęcona trzycyfrowym wynikiem weekendowego box-office'u, półnagimi
chłopcami na plakatach, a także wizerunkiem najbardziej przereklamowanej dziecięcej gwiazdy dziesięciolecia, Dakoty Fanning, nad warszawskim kinem Atlantic -
pośpieszyłam na "Księżyc w nowiu" z zaróżowionymi z podniecenia uszami. Kupiłam cieplutki popcorn i przebierając niecierpliwie nóżkami, spędziłam kwadrans
reklam, zastanawiając się nad naturą miłości i tym, czy należy bać się śmierci. Dlaczego kochamy wampiry (jeśli kochamy), jak to jest doświadczać świata
jako wampir, czy bycie wegetarianinem jest zobowiązaniem moralnym i czy wampiry, które zabijają tylko zwierzęta mogą czuć się rozgrzeszone.
(Inspiracją tych rozmyślań była właśnie wydana przez Prószyńskiego książka "Zmierzch i filozofia. Wampiry, wegetarianie i pogoń za nieśmiertelnością".
Dobrze, przyznaję się - nie tyle książka, co jej reklama. O książce możecie poczytać
TUTAJ).
|
 |
 |
|
Film się zaczął, usta zaczęły boleć od przesolonego popcornu. Zostałam wrzucona w wir akcji, a moje refleksje zostały ograniczone do tych najmniej abstrakcyjnych,
ale być może najważniejszych: "czy Edward jest bohaterem romantycznym, czy tylko natrętem" i "czy Jacob byłby lepszym chłopakiem dla Belli niż Edward?".
I wkrótce dopadło mnie uczucie zawodu. No bo co, kurcze blade, takie plakaty, takie poruszenie, takie pieniądze - a na ekranie ani rewelacja, ani żenada,
ani kino dobre, ani "tak złe, że aż dobre". Kino może nawet i kiepskie, ale jeśli już, to nie dlatego, że przesadzone, tylko nijakie po prostu. A szkoda -
wszak fenomen "Zmierzchu" to kopalnia tematów dla czytelnika-widza-szydercy. Do katastrofistki mi daleko, o pogrzebaniu Nosferatu Klausa Kinskiego w
odmętach niepamięci wieszczyć nie będę (chociażby zeszłoroczne "Pozwól mi wejść" udowodniło, że kino wampiryczne jest równie wytrzymałe jak same wampiry),
jednak panująca ostatnimi czasy moda na krwiopijców może bawić - i bawi. Bolesne rozterki pop-wampira Edwarda Cullena mają się tak do wspomnianego Kinskiego
czy Draculi-Oldmana jak kura do kostki rosołowej, czyli znakomicie nadają się dla nastolatek i nastolatków stawiających swoje pierwsze kroki w miłości i w
kuchni (wystarczy zagotować wodę...). Dużo tu nadętych komunałów i melodramatycznych wyznań. Dręczona samotnością Bella wyje w nocy jak dręczony mały wilkołak.
To jednak za mało, by seans uznać za udany - "Księżyc w nowiu", chociaż zabawniejszy od "Zmierzchu", nudzi, rozczarowuje.
Tylko niech mi nikt nie mówi, że się nie starałam, bo to nieprawda - przez bite dwie godziny gorączkowo poszukiwałam dróg ambitniejszej
"Księżyca..." interpretacji i nawet kilka przyszło mi do głowy. No więc rozterki młodego wampira, niby banalne, ale czy fakt, iż Edward nie ma woskowej
skóry, gołej czaszki i wstrętnych rąk Kinskiego, musi go tak okrutnie dyskryminować? Uwięziony w ciele siedemnastolatka Cullen mimo swojego ponad stuletniego
doświadczenia wciąż czuje i przeżywa jak egzaltowany dzieciak: w tym właśnie tkwi sedno sprawy, Edek dorosnąć po prostu nie może, jeśli nie dorasta ciało,
nie dorastają umysł i dusza, zachowanie, cierpiętnictwo i krótkowzroczność chłopaka to metafora odwiecznego sprzężenia materii i ducha. A jeśli już jesteśmy
przy biologii, to warto byłoby zauważyć występujące w filmie dwa podstawowe typy męskości - Edward i Jacob, chociaż wiele ich łączy, fizycznie są tak skrajnie
różni, że chyba już bardziej nie można. Edek kryje swą nadludzką siłę, wydaje się kruchy, delikatny; klatkę ma wątłą (chociaż owłosioną!), ruchy oszczędne,
arystokratyczne (biografia Roberta Pattisona już w salonach Empik!). Jacob (Taylor Lautner, grał w "Rekinie i Lavie" Rodrigueza) to chłopak z sąsiedztwa, ze
wsi, śniady, doskonale umięśniony. Przezroczysta zjawa Edwarda przemawia do rozumu Belli, gdy ta kroczy ku niebezpieczeństwu. Jake udziela pomocy jak najbardziej
fizycznej - zdejmuje własny podkoszulek, chcąc otrzeć krew z czoła dziewczyny. To nie przypadek, że akurat w tej scenie po raz pierwszy widzimy jego muskularny tors.
|
 |
 |
|
No i w końcu autodestrukcyjna natura Belli, podkreślana przez grającą z widocznym wysiłkiem Kristen Stewart (aktorkę młodą, ale przecież bardzo już doświadczoną).
Bella nie potrafi nawiązać kontaktu ze swoimi rówieśnikami z ogólniaka, jeśli już się z kimś zaprzyjaźnia to, zupełnie nieświadomie, jej wybór pada na wampira
lub wilkołaka. Nazwana "adrenalino-ćpunką" Bella zamyka się w zaklętym kole nieustającego ryzyka: zawsze ratowana przez któregoś z ukochanych, nie potrzebowałaby
ich pomocy, gdyby po prostu się z nimi nie zadawała. Bella działa na potwory jak magnes - pociąga je, przywołuje. Tajemnica Jacoba, chłopaka z plemienia Quileute,
zostaje z resztą ujawniona w niemal dokładnie taki sam sposób jak ta Edwarda w pierwszej części cyklu - liczne paralele scenariuszowe wręcz popychają mnie do
stwierdzenia, iż mamy do czynienia z tą samą historią, Bella, chociaż zobaczyła już wiele, wciąż spragniona jest wrażeń, ciekawa mroku, ekstremalnej, fantastycznej
przemocy. Klubowy kolega Karol, któremu, podobnie jak mi, obce są książki Stephenie Meyer, zasugerował z resztą, że być może cyklem okaże się rządzić zasada
"co część, to nowe monstrum" - według jego mizoginicznego wywodu klub kochanków Belli miałby powiększyć się w trzeciej części o siostrę Edwarda, Alice (Ashley Greene),
gdyż "kobieta - też potwór", a tropów w postaci krótkich zmierzwionych włosów i podejrzanych deklaracji "jesteśmy jak siostry" bagatelizować nie wolno. Niestety,
obawiam się, iż z takiego obrotu spraw nici i nawet dziedzictwo Carmilli nie pomoże - autorka powieści jest Mormonką, a, jak dobrze wiemy z "Aniołów w Ameryce",
Mormoni w homoseksualistów nie wierzą (i vice versa, swoją drogą). Tak czy inaczej, psychoanalityczny potencjał w "Zmierzchu" drzemie i tylko czeka na swego Slavoja.
Nie odrzucajmy kultury pop - nawet tej bardzo, bardzo pop - wszak to w niej najpełniej objawiają się nasze ukryte pragnienia i fantazje. Jak te o świecącym w słońcu
kochanku-wampirze...
Dość! Zaczynam się nieźle bawić - a przecież w czasie filmu nie bawiłam się wcale. Edward wzdychał, Bella wzdychała, jedno szeptało do drugiego:
"jesteś jedynym powodem, dla którego oddycham". Tyle że na oddychaniu się kończyło: scenarzystce Melissie Rosenberg zabrakło weny, nie uświadczyliśmy
deklaracji związanych z "biciem serca w mej piersi" tudzież "sprawną pracą nerek". Sztywniactwo i brak poczucia humoru. Dakota Fanning (nie, ja wcale
nie uważam jej za złą aktorkę!) wypowiedziała zaledwie kilka kwestii. Bezpłciowy akompaniament Alexandre'a Desplat był... a właściwie mogło wcale go nie być.
Było dużo drzew i chyba podświadome nawiązania do kubrickowskiego "Lśnienia". Były smętne monologi zza kadru i jakieś dziury logiczne, ale co to kogo obchodzi?
|
 |
 |
|
Grzechem "Księżyca w nowiu" nie jest bycie filmem słabym. To film idealnie skrojony pod pewną określoną publiczność (czyli młodzież zainteresowaną płcią męską),
blady jak Edward Cullen i równie jak on nijaki. Nie polecam - lepiej podbudować więzi rodzinne i obejrzeć z babcią "Modę na sukces".
I bohaterowie bardziej wyraziści, i psychoanaliza ciekawsza.
Do zobaczenia na "Zaćmieniu", o naiwni...