Strona główna KMF


SACRO-SONG O PIETRUSZKACH


Najważniejsza miała być pietruszka.

Brodaty ksiądz Jan postanowił zostać ogrodnikiem. W tym celu: odważnie wbił szpadel w ziemię, przekopał spory kawałek terenu, pomysłowo zrobił dołki na nasiona, nasiona następnie wsypał, obficie podlał wodą i począł cierpliwie wypatrywać najmniejszego strąka. Gdy zielone ździebełka pojawiły się wczesną wiosną - była to wręcz nagroda boska! Pietruszki rosły znakomicie, bo ksiądz Jan dbał o nie w dnie i w nocy. Owszem, zaniedbał wszelkie inne obowiązki - Bóg mu to jednak sowicie miał wynagrodzić. Szybko bowiem nadszedł dzień zbiorów - ziemia była na tyle płodna, że z małego poletka udało się zebrać kilkanaście skrzynek pietruszki. "Hurra! Cud! Cud! Takie małe roślinki były, a teraz takie duże!" - ćwierkały okoliczne ptaszki. Ksiądz Jan miał jednak markotną minę. Coś go dręczyło, coś podgryzało, nie dawało spokojnie spać i myśleć. "Skoro jest mi tak źle i niedobrze" - pomyślał ksiądz - "może warto spalić pietruszkę? Może wtedy mi ulży?" Jak pomyślał, tak i zrobił, więc po chwili zapłonął warzywny stos. Księdzu ulżyło. Najważniejsza była jednak pietruszka!



Tak, kpię. I śmieję się. Powód tego jest niebanalny, choć banalnym wydawać się może bajkowy wstęp do recenzji filmu o ze wszech miar poważnym tytule "Kto nigdy nie żył...". Debiut filmowy znanego i cenionego na świecie aktora zaczyna podbijać polskie ekrany, a ja - bezczelnie kpiąc - chciałbym Państwa namówić na wybranie się do kina. Zwykło się bowiem wybierać na dobre filmy, przynajmniej taki jest zamysł większości widzów stojących przed kasami. Tymczasem chciałbym polecić film kiepski, który warto zobaczyć z kilku powodów mogących zaciekawić polskich i niepolskich kinomanów.





Wspomniane spalenie pietruszki jest gestem oczywiście bezsensownym. W zamyśle twórców, szczególnie scenarzysty, Macieja Strzembosza - człowieka osławionego sukcesem "Miodowych lat" oraz artystycznego opiekuna "Kasi i Tomka" - warzywne marnotrawstwo jest uzasadnione. "Kto nigdy nie żył..." jest historią księdza, który dowiaduje się, że ma HIV niewiadomego pochodzenia. Z tego powodu musi porzucić dotychczasową parafię i podopiecznych, z których większość to dworcowi narkomani. Bóg wystawia go na próbę, niczym biblijnego Hioba, a on, pełen bólu i niemocy, drapie ściany, podcina żyły, wędruje samotnie w nocy i w deszczu i pali wreszcie pietruszkę, a wszystko to ma symbolizować nierówną walkę o boskie miłosierdzie - walkę oczywiście w końcu wygraną, bo Bóg ten buntowniczy dialog nagradza. "Kto nigdy nie żył..." miał być w pewnym stopniu moralitetem poruszającym kwestie niezasłużonego i niezrozumiałego cierpienia. Cierpienia, którego zignorować nie sposób, bo ono jest odpowiedzialne za kryzys wiary.


Niestety, nieporadny reżyser z najlepszego scenariusza nie utka nic dobrego. Andrzej Seweryn przyznaje w wywiadzie dla Stopklatki, że nie ogląda filmów - ani polskich, ani zagranicznych. Na festiwalu w Gdyni wolał pogadać z kolegami po fachu i dziennikarzami, na co dzień natomiast jest zbyt pochłonięty teatrem Comedie Francaise, aby dbać o celuloidowe doświadczenia. Szczerze trzeba przyznać, że widać tę bagatelizację filmowych standardów, czuć tu swąd ignorancji artystycznej. Doświadczony aktor zadebiutował pobożną telenowelą, ale czy mogło być inaczej? Bo jak może wyglądać powieść pisarza, który nie czyta książek? Jaką muzykę stworzy ktoś, kto na słuchanie nie ma czasu? Owszem, zdarzają się debiuty geniuszy czyli historie opowiedziane inaczej, nieschematycznie, odważnie. Lecz "Kto nigdy nie żył..." z pewnością do wyjątkowo udanych dzieł nie należy, pomimo bogatego filmowego - przed kamerą - doświadczenia Seweryna.


Panie Andrzeju, kino to nie teatr! Sceniczne monologi, nawet najciekawsze, w filmie drażnią, nachalna deklaratywność ("Żyję, po to, abyś ty żył", "Kto nigdy nie żył, nigdy nie umiera") niszczy powagę najlepszej historii. Dosłowność zabija najelegantsze tezy i mimowolnie staje się patetyczna, w końcu - trywialna. Słowo teatralne i chemia na scenie mają przecież inną siłę rażenia, bo z innego rodzaju materią ma do czynienia widz spektaklu. Współczesny widz kinowy oczekuje od dialogów, postaci i fabuły realizmu, który nie przeszkadza w budowaniu najbardziej odrealnionych, metafizycznych i umoralniających opowieści. A ten film przedstawia Polskę jako kraj, w którym największą gwiazdą jest piosenkarz katolicki śpiewający tandetne sacro-songi! Tutaj prężny facet z agencji reklamowej, rzucający wciąż "kurwami", jedzie dwa dni (!) do miasta Ojca Dyrektora na wyśniony od dawna koncert wspomnianego piosenkarza i gdy koncert zostaje odwołany - rzewnie płacze. Ktoś powie, że się niepotrzebnie czepiam nieistotnych szczegółów, ale muszę powiedzieć, że to właśnie tego typu tandetna inscenizacja i nieporadne konfrontowanie rzeczywistości i filmu powodują irytację i śmiech. Seweryn chciał zrobić cool historię dla młodych, starszych i moherowych, a wyszła opowiastka wprost z parafialnej zakrystii i to ze szlachetnym i radosnym happy endem, który przychodzi nagle i nie wiedzieć czemu.





Warto przyczepić się do Michała Żebrowskiego, który z największej gwiazdy rodzimego kina przeradza się powoli w aktora - odważę się powiedzieć - beznadziejnego. Nie wątpię, że na deskach teatralnych radzi sobie rewelacyjnie i że jest w posiadaniu nieprzeciętnego talentu. Widzę go jednak po raz kolejny (po "Pręgach"", "Kochankach Roku Tygrysa", a wcześniej "Starej Baśni" i "Wiedźminie") w kiepskim filmie we wciąż tej samej roli człowieka uciemiężonego, cierpiącego, płaczącego i boleśnie spoglądającego gdzieś w dal ze łzawym monologiem na ustach. Ile można wciąż grać na tej samej nucie?


Ten debiut pogrąża również hasło, które zdolni marketingowcy dystrybutora przyszpilili debiutowi Seweryna - "film Pokolenia JPII". Nie lada trudności przysparza socjologom precyzyjne określenie pokolenia, które partycypowało w... no właśnie, w czym? W odejściu i śmierci papieża? Czy jest to Pokolenie świadome Jego nauki? Pokolenie będące rówieśnikiem papieskiego pontyfikatu? Gdyby obrać wszelkie możliwe i rozsądne wskaźniki, za Pokolenie JPII należałoby uznać wszystkich żyjących Polaków, którzy kojarzą postać Karola Wojtyły. Niemniej, nośne i dość bezczelne hasło reklamowe filmu "Kto nigdy nie żył..." ma za zadanie przyciągnąć do kin osoby identyfikujące się ze wspomnianym Pokoleniem. Piątkowy wieczór w kinie (premiera!) zapragnęło spędzić 5 osób, włącznie z podpisanym poniżej, co w czytelny sposób weryfikuje sensowność tworzenia wymyślnych haseł wyłącznie na potrzeby chwili.


Nie dajcie się jednak zwieść poglądom autora tej recenzji. Kto żyw, niech biegnie do kina, na polski film zawsze warto, chociażby po to, aby zobaczyć jak się robi pretensjonalne kino zaangażowane. Za kilkanaście złotych możecie kupić namiastkę duchowości i odnowić się moralnie słuchając hitów oazowych. Tylko pietruszek żal...


Ocena: 3/10




Rok produkcji: 2005
Kraj: Polska
Czas trwania: 106 minut

Reżyseria: Andrzej Seweryn
Scenariusz: Maciej Strzembosz
Zdjęcia: Piotr Wojtowicz
Muzyka: Jan A. P. Kaczmarek

Obsada:
Michał Żebrowski   .....Ksiądz Jan
Joanna Sydor   .....Marta
Teresa Marczewska   .....Matka Jana
Stefan Burczyk   .....Spowiednik
Piotr Szczepanik   .....Przeor
Andrzej Seweryn   .....Ordynator
Andrzej Żarnecki   .....Biskup


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
23.09.2006