"Cookie's Fortune" to kryminał, niby-kryminał albo kryminał na opak. Być może wszystko po trochu albo wszystko na raz. Jak w soczewce skupiają się tu główne motywy
altmanowskiego kina: demaskacja teatrzyku codziennych przyzwyczajeń, sprzeczności pomiędzy tym, co głoszone, a tym, co czynione. Jednak Altman - w "Nashville" czy
"Na skróty" - przede wszystkim czujny obserwator, tka tym razem intrygę według żelaznych zasad opowieści kryminalnej. Tyle, że stosuje te metody do obnażenia nie
tajemnic zbrodni, a kłamstw codzienności. Można by rzec: kłamstw w dobrym tonie. Gdyż w dobrych rodzinach samobójstwa się nie zdarzają.
|
 |
 |
|
Akcja dzieje się na amerykańskim Południu - nie Południu Faulknera czy Caldwella, ale Południu współczesnym, z automatami coca-coli i telefonami bezprzewodowymi.
(Postęp cywilizacyjny znakomicie obrazuje tu scena przesłuchania starszego barmana, w której młoda policjantka, poproszona o wykreślenie jednego zdania z zeznania,
trzeźwo zauważa: nie mogę tego zrobić, bo nie stenografuję, tylko nagrywam na dyktafon!). Trudno o lepszą scenografię dla konfrontacji dwóch modeli tradycjonalizmu:
zapyziałe miasteczko ze swoją specyficzną, zamkniętą społecznością. Tu mieszkańcy są dla siebie niemalże rodziną, ale paradoksalnie, kiedy idzie o zachowanie dobrego
nazwiska (wartości nie dla wszystkich jeszcze zardzewiałej), próby utrzymania Gęby mogą zostać doprowadzone do absurdu. I zostają: grana brawurowo przez Glenn Close
ciotka Camilla, postać karykaturalna, śmieszna i przerażająca jednocześnie, próbuje zamaskować samobójstwo swej krewnej poprzez zjedzenie listu pożegnalnego i
upozorowanie napadu rabunkowego. Camilla udziela się w kościelnej gminie, pracuje nad poprawioną przez siebie wersją sztuki Oscara Wilde'a. Oczywiście jej pobożność,
najdosadniej wyśmiana w scenie pacierza, kiedy modli się o łaskę dla oskarżonego o morderstwo przyjaciela Cookie, to tylko gra - dodajmy, że gra bezcelowa, gdyż
każdy w miasteczku z dwulicowości Camilli doskonale zdaje sobie sprawę, i trudno też się spodziewać, by sam Pan Bóg dał się omamić groteskową modlitwą. Camilla
to aktorka i reżyserka - lubi trzymać rękę na pulsie. Podporządkowała sobie lekko upośledzoną siostrę Corę, nie udało jej się to tylko z siostrzenicą Emmą - która
uciekła do świata innych wartości. Ten drugi świat to świat solidarności: Willis (odpowiedzialny facet, nigdy nie pije przed czwartą) od lat kradnie z baru bourbona,
by oddać go dnia następnego. Tradycje związane z konkretnymi miejscami i konkretnymi ludźmi, których nikt z zewnątrz nie potrafi zrozumieć. Kumple-policjanci
siedzącego w areszcie Willisa grają z nim w scrabble.
Wiemy, że morderstwa nie było. Ciocia Cookie popełniła samobójstwo (niefortunna śmierć starszej pani stanowiła także jeden z wątków "Dnia weselnego", tutaj Altman ów
motyw rozwija). Pogodzona ze światem: odeszła, aby spotkać się ze swoim zmarłym mężem. Trochę samotna, przede wszystkim zaś stęskniona. Wiedzą to także bohaterowie: wie
rodzina, wie policja (z wyjątkiem wspomnianego przybysza z zewnątrz, agenta FBI). Odpowiedź na pytanie w kryminale najważniejsze, kto zabił?, znamy od początku. Jednak w miarę,
jak śledztwo postępuje do przodu, na jaw wychodzą inne sekrety, sekrety rodzinne; są one przez Altmana traktowane tak, jak zwykło się traktować kolejno odkrywane fakty o zbrodni.
W dobrym kryminale nie ma prawa wystąpić zjawisko deus ex machina - wszystkie poszlaki powinny być znane czytelnikowi (widzowi), powinny pozwolić mu na samodzielne
rozwiązanie zagadki. W Cookie's fortune kluczem jest postać ograniczonej siostry. Przez większość filmu wydaje się ona widzowi uczciwa - właśnie poprzez swoje upośledzenie.
A przecież jesteśmy świadkami sposobu, w jaki Camilla manipuluje Corą: pod koniec filmu okazuje się, iż większość kwestii, które wymizerniała Julianne Moore wypowiedziała,
to kłamstwa - łącznie z tym dotyczącym jej macierzyństwa! Również rodzinne stosunki Cookie i Willisa w połączeniu z jego opowieścią o białym dziadku prowadzą prosto do
zaskakującej prawdy o pokrewieństwie czarnoskórego przyjaciela z bladziutką Emmą, jej neurotyczną matką-ciotką i pozbawioną skrupułów ciotką-matką, dla której pokrewieństwo
z inną niż biała rasą równa się hańbie. Camilla powtarza z uporem: tylko szaleńcy popełniają samobójstwa, w naszej rodzinie nie ma szaleńców! Od pewnego momentu poluzowanie
szóstej klepki Camilli staje się oczywiste. Finał opowieści jest więc (teoretycznie!) możliwy do przewidzenia. Dziwaczna intryga kryminalna, w której mamy do czynienia z
kulawo zainscenizowanym napadem, otwartymi celami i kilometrem żółtej policyjnej taśmy, odsłania sieć sekretów i kłamstw, która od lat ciążyła nad rodziną Cookie. Rozerwanie jej przynosi ulgę.
|
 |
 |
|
Altman gra więc z konwencją kryminału, jednak pozostaje jej wierny w bardzo ważnym aspekcie: celem jest dotarcie do Prawdy, Prawdy przynoszącej oczyszczenie. Emma
postanawia zostać w miasteczku i zamieszkać z kuzynem Willisem. Zło, symbolizowane przez ciotkę Camillę, zostało pogrążone. Tryumfuje tradycja wspólnego łowienia ryb -
siedzą na pomoście biali i czarni, starzy i młodzi. Wartości wyznawane przez Camillę, pusta religijność, nazwisko, rasa - ulegają rozpadowi. Łowienie ryb to przyjaźń,
solidarność, wierność: treść. Modlitwy, gesty, kindersztuba - to forma. Wygrywa ta pierwsza. Niecodzienny jest ten altmanowski optymizm, mimo ciążącego nad nim smutku
(śmierć Cookie, chociaż pogodna, przesycona wiarą, wciąż jest tragedią: czy gdyby Emma zjawiła się w jej domu dzień wcześniej, doszłoby do samobójstwa?). Altman jak
zwykle ironizuje, ale jest to ironia pełna ciepła, a nie gorzki sarkazm. Niezrównany mistrz w podważaniu pozorów i tropieniu ludzkiego okrucieństwa za parawanem poprawności
i firankami w kratkę - tym razem pozostawia widza pełnego nadziei.