Strona główna KMF



          


Podróże w czasie, loty w kosmos, bramy międzywymiarowe, myślące maszyny, klonowanie
- to przykłady najbardziej charakterystycznych leitmotivów s-f. Ale nie tylko s-f: w "Star Wars"
wielkie statki fruwają wśród gwiazd, a przecież coś ciągnie ten film w stronę fantasy.
W stronę baśniowej otoczki, magii, duchów, księżniczek i rycerzy. Warto wspomnieć też
"Władców ognia", czyli produkcję o tym, jak Christian Bale strzelał do smoków...
z pokładu śmigłowca. Co jest czym i którą produkcję zakwalifikować do którego gatunku?



W świadomości przeciętnego odbiorcy popkultury istnieje proste rozgraniczenie między s-f i fantasy: fantasy to to z mieczami i magią, zaś w s-f mamy, oględnie mówiąc, technikę. Jednak istnieją utwory wpisujące się w obie definicje naraz. Po zapoznaniu się z nimi powstaje problem, bowiem okazuje się, że motywy typowe dla jednego gatunku wcale tak mocno w nim nie tkwią. A nawet, że ten drugi bardziej pomysłowo z nich czerpie.

Prosty przykład: wilkołaki. Z jednej strony, w najbardziej popularnej wizji, to magiczne stwory obarczone pradawną klątwą - przedstawiono je w ten sposób choćby w niedawnym "Underworld", czyli w filmie fantasy. Można jednak potraktować stwory inaczej - jako ofiary tajemniczej choroby, ale tylko choroby, niepoddającej się żadnym gusłom czy czarodziejskim zabiegom. Takie kreatury przedstawił John Fawcett w filmie "Ginger Snaps". Jest to wprawdzie horror, jednak należy pamiętać, że nie istnieje coś takiego jak "czystość gatunkowa". Nawet najlepsza komedia ma swoje podstawy, np. "Naga broń" jest filmem sensacyjnym, zaś "Mała miss" - obyczajowym. Można więc uznać, że "Ginger Snaps" to przede wszystkim horror, ale zaraz potem - s-f. Wilkołaki są więc obecne w sztuce w ujęciu fantastyczno-naukowym, jak i fantasy. Dowodzi to, że nie istnieje żadna "rezerwacja" motywu dla jednego z gatunków fantastyki. Co zatem decyduje o prawidłowej kwalifikacji utworu?
Według elektronicznej wersji Encyklopedii PWN (www.encyklopedia.pwn.pl) fantasy to "magiczno-awanturnicza odmiana fantastyki, nawiązująca do mitów, legend i baśni wspólnych wielu kręgom kulturowym". Science-fiction natomiast "wyróżnia określona konwencja przedstawiania świata", która "ma charakter wyobrażeniowy, polega m.in. na uniezwykleniu zachodzących w nim procesów, zastosowaniu motywacji quasi-nauk". Kluczowe słowa to "motywacja quasi-nauk". Sedno gatunku s-f tkwi bowiem w sensownej motywacji podszytej (często nieistniejącą) nauką - nawet najgłupszą czy najgorzej przez autora pomyślaną. Teza ta wymaga obrony, gdyż może się wydawać, że fantasy jest równie dobrze umotywowane jak s-f.

Za przykład niech posłuży kanoniczne dzieło fantasy: "Władca pierścieni" J.R.R. Tolkiena. W skrócie: bohaterowie przeżywają niesamowite przygody, ponieważ muszą zniszczyć niebezpieczny pierścień. Ale dlaczego trzeba z nim iść aż do Góry Przeznaczenia? Bo tylko tak można go unicestwić. Czemu? W zasadzie nie wiadomo, najwyraźniej tak wymyślił autor. Dlaczego Gandalf nie mógł potraktować biżuterii czarami? "Bo tak". Nie potrafił. Ale dlaczego, skoro magią niemal przenosił góry? Może miał zbyt niski poziom doświadczenia. Czy miał szansę zdobyć większy, a jeśli tak, to kiedy? Któż to może wiedzieć... Dlaczego nie teleportował się do Góry Przeznaczenia? Nie zrobił tak i już. Bo u Tolkiena pewnych rzeczy po prostu nie da się zrobić - bez widocznego powodu. Jak w większości utworów fantasy.
Skonfrontujmy "Władcę" z opowieścią o wędrówce w wydaniu science-fiction: "Terminatorem 2" Jamesa Camerona. W filmie tym niemal na każde pytanie jest jasna odpowiedź. Dlaczego T-1000 jest wielkim zagrożeniem? Bo jest niezniszczalny. Dlaczego? Ponieważ zbudowano go z ciekłego metalu. Jak to możliwe? Nauka przyszłości na to pozwala. Czemu Johna Connora ochrania zły uprzednio robot? Bo został przeprogramowany, tak jak się to robi ze współczesnymi komputerami. Czemu przenoszą się w czasie? Mają odpowiednie urządzenie. A czemu nie przeniosą się w przyszłość? Gdyż to urządzenie ma OKREŚLONE ZASADY DZIAŁANIA i nie pozwala na taką akcję. I tak dalej, i tak dalej. Magiczne - nomen omen - słowo "nauka" może wydawać się wymówką dla wprowadzenia nieprawdopodobnych elementów, ale o to przecież chodzi. Właśnie wyklarowanie "zasad gry", a także liczne odniesienia do rzeczywistości umieszczają film Camerona w szufladzie "s-f". Tu bowiem nic nie wydarza się tylko dlatego, że "tak wymyślił autor". Przeciwnie, w działaniu widoczna jest motywacja zrozumiała dla każdego człowieka. Wydarzenia zyskują dzięki temu na prawdopodobieństwie. Do "fiction" zostaje dodany element "science".

Co zatem sądzić o wspomnianych na początku "Gwiezdnych wojnach"? Wprawdzie w filmie tym statki kosmiczne - będące wytworami nauki - majestatycznie suną przez kosmos, jednak pewne elementy nie pasują do schematu s-f. Czemu Luke potrafi przesuwać rzeczy myślami? To telepatia, uaktywniona zdolność zmutowanego mózgu? Nie, to Moc. Po prostu Moc, tajemnicza Moc. Dlaczego zmarli powracają jako niebieskie duchy? Ponieważ mogą tak robić bez znaczącego powodu - to święte prawo fantasy, czyli gatunku dominującego w serii. Fundamenty filmowego świata nie zostały zbudowane z tego, co bliskie naszej rzeczywistości. Elementy "science" to ledwie estetyczny dodatek do fantastycznych kreacji. Efektowność kupiona za cenę powtarzania "bo tak" w odpowiedzi na pytania zaciekawionej publiki.
Dzięki osadzeniu swojego dzieła w kosmicznych realiach, George Lucas udowadnia jeszcze jedną zasadę wzajemnych relacji popularnych gatunków: czas akcji nie ma znaczenia. Fantasy może rozgrywać się w przyszłości (choć dla porządku należy zaznaczyć, że "Star Wars" są osadzone "dawno, dawno temu, w odległej galaktyce"), zaś s-f w przeszłości, czego Dowodem jest np. komiks "Ekspedycja" na motywach książek Ericha von Daenikena (*)...

Nie są to wszystkie kryteria, według których można klasyfikować utwory fantastyczne. Dużą rolę w tym procesie stanowi jednak subiektywne podejście do sztuki, z którym nie sposób dyskutować. W rzeczywistości szybko można zauważyć, że niewielkie znaczenie ma to, czy utwór znajdzie się na półce opisanej "fantasy", czy "s-f". Nawet jeśli ktoś przeczyta powyższe akapity, wilkołak z "Ginger Snaps" nie będzie przez niego postrzegany jako istota bardziej zwyczajna od tych z "Underworld". "Fantasy" oraz "science-fiction" bowiem to tylko nazwy, które nie warunkują tego, jak bardzo wymyślny może być prezentowany świat. Mogą co najwyżej pomóc w rozwiązywaniu sporów między miłośnikami - rzekomo - tylko jednego z gatunków. Pozwalają poznać własny gust, dowiedzieć się dlaczego lubimy tylko jedno z dwóch dań, mimo że zostały przyrządzone z tych samych składników.

Jednak nawet, gdy zostaną sprecyzowane wszystkie reguły klasyfikacji, niektóre dzieła wciąż będą wzbudzać kontrowersje. Dlatego nawet po zapoznaniu się z uzasadnieniem, większość czytelników tego tekstu nie przyzna, że "Gwiezdne wojny" to fantasy...


(*) lub powieść Philipa K. Dicka "Człowiek z wysokiego zamku",
lub dowolne dzieło traktujące o alternatywnej historii świata.


Autor tekstu: Michał Puczyński - MILITARY
Klub Miłośników Filmu, 17 listopada 2007