STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE


Dome Karukoski – przybysz z krainy śniegu, reniferów i św. Mikołaja – po raz pierwszy raz zagościł na polskich ekranach w roku 2010. Wszystko przeszło bez echa, ponieważ rolki z Zakazanymi owocami zawitały jedynie do kilku kin studyjnych, i to na krótko.* Pamiętam, że wbiegłem wtedy do warszawskiej Kinoteki z zamiarem obejrzenia opowieści o whisky, country i kryzysie wieku średniego, ale PKP zadecydowało, że Jeff Bridges ma zagrać mi kiedy indziej. Spóźniony jakieś trzydzieści minut, postanowiłem darować sobie Szalone serce i udać się na pierwszy lepszy film. Wylądowałem właśnie na „Zakazanych owocach”. Jak się później okazało, reżyserska robota Karukoskiego wylądowała na drugim miejscu mojego rocznego rankingu TOP 5, ustępując jedynie „Wyśnionym miłością” nieznośnie zdolnego Xaviera Dolana. Kiedy zobaczyłem na afiszu premierę nowego filmu Fina postanowiłem nie zdawać się już na boską opatrzność ukrytą pod metalowym płaszczykiem Polskich Kolei Państwowych. Poszedłem na Lapońską odyseję z pełną świadomością faktu, że w sali obok grają film, w którym Viggo Mortensen w niecodzienny sposób rozładowuje libido Keiry Knightley. Nie żałuję decyzji (choć tego drugiego nie omieszkam nadrobić).

   


To, co szczególnie ujmowało w Zakazanych owocach, czy Pięknej i draniu (wcześniejsze filmy Karukoskiego)* to sposób, w jaki kreuje on filmową rzeczywistość. Ciężko powiedzieć, że w przypadku jego produkcji mamy do czynienia z historiami realistycznymi, osadzonymi w szarym świecie, w którym ludzie codziennie wychodzą do pracy, żeby zarobić na pieluchy, wciąż drożejącą benzynę, czy coś tam jeszcze. Fin nie jest zatem realistą, a niewinnym marzycielem, który nie wstydzi się głośno powiedzieć tego, że po cichu każdy z nas marzy infantylnie. Lapońska odyseja zdecydowanie wpisuje się w klimat poprzednich filmów reżysera. Mimo tego, że historia posiada wiele aspektów komediowych, to wciąż ten sam świat – pełen wrażliwości i bohaterów kochających tak, jak kocha się w bajkach. Ot, fiński realizm magiczny.

Co wspólnego z przemyślnym Odyseuszem ma trójka facetów w wełnianych czapkach oraz grubych zimowych kurtkach? Pewnie tyle co mityczna Hellada z otuloną warstwą białego puchu Laponią. Jegomości po trosze zbliża jednak sytuacja. Homerowski heros nie może wrócić do domu ze względu na fortele Hery i Posejdona, a fińscy bezrobotni nie mogą zorganizować funduszy na dekoder do odbioru telewizji analogowej (nie mówiąc już o tym cudeńku, które jest w stanie podołać z sygnałem HD). Plastikowe pudełko wraz z okablowaniem jest w filmie Karukoskiego przysłowiowym świętym Graalem – należy je zdobyć, aby w życiu nieudaczników zapanowało szczęście. Skąd jednak tak dziwaczny pomysł? Powód dość prosty – dekoder po prostu przelał czarę goryczy, która napełniała się już dość długo. Miał stanowić główny punkt programu dziewiątej rocznicy Janne (jeden z trójki anonsowanych wcześniej mężczyzn i główny bohater zarazem) i Inari. Niestety, pieniądze przeznaczone na dekoder i wieczorny seans Titanica Camerona zostały po części utopione w kuflu, po części wrzucone do barowej maszyny z grą w rozbieranego Pac Mana. Inari postawiła ultimatum – albo dekoder do rana, albo to koniec. Tułaczkę czas zacząć!

   


Nie chcę zdradzać w jaki sposób trójka Odyseuszy zabiera się do trudnego zadania zgromadzenia odpowiedniej sumy i dotarcia do oddalonego o 200 km Rovaniemi (w celu kupna sprzętu oczywiście). Zaznaczę tylko, że jest ciekawie – po drodze czekają na nas rosyjscy paintballowcy-milionerzy, gang urokliwych świtezianek-lesbijek i kilka innych ciekawych pit stopów. Całe to szaleństwo nie zmienia jednak faktu, że Lapońska odyseja to wciąż kino  niezwykle wrażliwe i, jak by nie spojrzeć, opierające się na schematach wręcz bajkowych. Karukoski, mimo zmiany gatunku, nie sprzeniewierza się temu, co zdążył wypracować trzema poprzednimi fabułami. Śmiech jest tu tylko dodatkiem – szalenie potrzebnym i satysfakcjonującym, ale nie przyćmiewającym tego, co dla reżysera najważniejsze, czyli opowieści o prostym, bajkowym i wymarzonym uczuciu.

Dome Karukoski może i nie jest Jeffem Bridgesem poszarpującym struny nisko nastrojonej gitary, z całą pewnością nie jest przywiązaną do łóżka Keirą Knightley, żaden też z niego kolejny skandynawski myśliciel pokroju Bergmana. Nie szkodzi. Jest inny, może nieco naiwny w swej wrażliwości, ale chyba – mimo wszystko – prawdziwy w tym, co robi. Właśnie dlatego jego kino ujmuje.

Tak zupełnie na koniec przypomniała mi się wypowiedź Romana Polańskiego. Spytany o to, dlaczego zdecydował się sięgnąć po XIX-wiecznych romantyków (w filmie Tess), odpowiedział:
Bo opowiadali o największych, najważniejszych uczuciach ludzkich, których my wstydziliśmy się przez długie lata, w obawie, że obwołają nas prostaczkami.* Nic dodać nic ująć, cały Karukoski, cała Lapońska odyseja.


OCENA: 7+/10

*
Rzecz ma się zupełnie inaczej w Finlandii, w której filmy Karukoskiego biją box-office'owe rekordy. "Lapońska odyseja" była najchętniej oglądaną fińską premierą roku 2010. Prześcignęła w rankingach takie filmy jak "Harry Potter i Insygnia Śmierci I", czy "Alicja w Krainie Czarów".

*
Celowo nie wymieniam "Domu mrocznych motyli", który różni się od pozostałych trzech filmów reżysera. Nie znaczy to jednak, że nie zawiera elementów charakterystycznych dla Karukoskiego (wątek pierwszej miłości, krzywdy, czy też wrażliwej jednostki zmagającej się ze światem).

* Za "Historią filmu" Jerzego Płażewskiego.


Lapońska odyseja

Rok produkcji: 2010, Finlandia/Islandia/Szwecja
Czas trwania: 92 min.
Reżyseria: Dome Karukoski
Scenariusz: Pekko Pesonen
Zdjęcia: Pini Hellstedt


Aktorzy:

Pamela Tola, Jussi Vatanen, Jasper Pääkkönen, Timo Lavikainen, Konsta Mäkelä, Sinikka Mokkila, Erkki Hetta, Asko Sahlman


Autor tekstu: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]  Klub Miłośników Filmu, 5 listopada 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]


STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE

 


 


 

Podziel się