STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE

 

„Latająca maszyna”, znana wcześniej jako „Projekt Chopin”, była inicjatywą nie tylko ambitną i ciekawą, ale też dającą spore szanse na międzynarodowy sukces. Do wykreowania animowanego świata zatrudniono specjalistów odpowiadających za wspaniałego „Piotrusia i wilka”, w głównych rolach obsadzono Heather Graham i cenionego pianistę Lang Langa, a budżet wyniósł szalone – jak na nasze realia – dziewięć milionów euro. Przyświecający temu projektowi cel wydawał się być jasny – opowiedzieć ciekawą historię, przenieść młodszych widzów do innego świata, a przy okazji spopularyzować twórczość najsławniejszego polskiego kompozytora. Wszystko wydawało się zmierzać w odpowiednim kierunku, tym bardziej, że opublikowany stosunkowo niedawno zwiastun intrygował i dawał przedsmak filmowej magii, nad którą doświadczeni animatorzy pracowali przez trzy lata. Niestety, gotowa „Latająca maszyna” to zwykłe, nie przymierzając, pierdolenie o Chopinie.

Nie można traktować tej koprodukcji jako jednolitego tworu. „Latająca maszyna” zarówno pod względem fabularnym, jak i jakościowym, dzieli się wyraźnie na dwie części. W pierwszej z nich oglądamy historię zapracowanej karierowiczki, która wraz ze swoimi kilkuletnimi dziećmi wybiera się na koncert Lang Langa. Okazuje się jednak, że to nie zwykły pokaz umiejętności pianisty, a muzyczne show z animowaną wizualizacją w tle. W tym momencie zaczyna się „Magiczny fortepian”, swoisty film w filmie, czyli krótkie dziełko wspomnianych wyżej twórców „Piotrusia i wilka”.

   


„Magiczny fortepian” jest... magiczny. Po prostu. To bardzo dobrze opowiedziana, subtelnie wplatająca chopinowskie wątki bajka, zrealizowana z wyczuciem i inteligencją. Nie pada w niej ani jedno słowo, a przedstawione wydarzenia rewelacyjnie komponują się z muzyką. Technika animacji poklatkowej dodaje uroku prostej, ale wzruszającej opowieści o dziewczynce, która wyrusza na poszukiwanie ukochanego ojca. Jest mądrze, sympatycznie i bardzo sensownie. Do czasu. Kiedy bowiem „Magiczny fortepian” się skończy, znowu zmuszeni będziemy oglądać schematyczną, aktorską fabułkę, dość szybko zmierzającą w stronę oczywistej kulminacji. Pomiędzy obydwiema częściami zieje gigantycznych rozmiarów jakościowy krater – to trochę tak, jakby w jednym rzędzie postawić szczytowe osiągnięcia Chopina i szlagiery zespołu Feel.

Jeśli widzieliście kiedyś dowolny program dla przedszkolaków, w którym kretyńsko przebrany facet, stojący na tle tandetnego green screena, uczy literowania/pisania/korzystania z toalety, wiecie, czym jest „właściwa” fabularna część „Latającej maszyny”. Historii tu na dobrą sprawę nie ma – ot, wspomniana wcześniej bizneswoman lata na fortepianie za swoimi dziećmi, odwiedzając miejsca mniej lub bardziej związane z Chopinem: Żelazową Wolę, Paryż, Wiedeń itd. Przy okazji przechodzi (niespodzianka!) wewnętrzną przemianę i z apodyktycznej pańci staje się kochaną mamusią. Od wylanego po drodze lukru można dostać cukrzycy, a nachalny dydaktyzm wpędziłby w kompleksy „Teletubisie” – ilekroć fortepian przelatuje nad jakimś miastem, w rękach córki głównej bohaterki pojawia się magiczna karteczka, z której dziewczynka czyta znane wszystkim chopinowskie fakty: że dzieciństwo spędził w Żelazowej Woli, że już jako dziecko przejawiał oznaki wielkiego talentu, że wyjechał do Wiednia i tam rozwijał swoją pasję. Przekazanie garści ogólnikowych informacji, zerżniętych żywcem z Wikipedii, zajmuje twórcom „Latającej maszyny” bite trzy kwadranse. W tle oglądamy feerię kolorów, latających płatków i innego cholerstwa, wyglądającego tak tandetnie, jakby wytworzono je na znalezionym w piwnicy Pegasusie. Zamiast popularyzacji dostajemy więc nudną wyliczankę, a zamiast magii – „Domowe przedszkole” w wersji 3D.

Zdaję sobie sprawę, ze „Latająca maszyna” jest filmem dla dzieci, a one mają inną percepcję i inne wymagania. Ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek przedszkolak czy uczeń podstawówki oglądał opisywane tu kuriozum z zainteresowaniem. Zresztą, nigdy nie byłem zwolennikiem bajek, traktujących najmłodszych widzów jak niepojętnych debili. Pixar od lat przekonuje, że film dla dzieci może być jednocześnie mądry, zabawny i wciągający. Tymczasem „Latająca maszyna” zdaje się tkwić w czasach „Misia Koralgola” – jeżeli coś mówimy, mówmy to GŁOŚNO i WYRAŹNIE, bo jeszcze pięcioletni Jaś nie zapamięta i nam zarzucą, że nie krzewimy wiedzy w należyty sposób.

   


„Latająca maszyna” to też ofiara zapędów bezmyślnych producentów, którzy postanowili, że animowaną krótkometrażówkę rozwleką do wymiarów filmu pełnometrażowego. Wyraźnie czuje się, że scenariusz części aktorskiej pisano na siłę, byle tylko dociągnąć do tych siedemdziesięciu sześciu minut, w których „Latająca...” się ostatecznie zamyka. Gdyby uszanować pracę animatorów i dystrybuować „Magiczny fortepian” jako osobny film, szansa na kolejną nominację do Oscara dla najlepszego krótkometrażowego filmu animowanego byłaby całkiem spora. Jako całość „Latająca maszyna” nie ma jednak szansy nikogo zainteresować – jest zbyt kiczowata i nudna, by sprawić frajdę najmłodszym i zbyt infantylna, by zainteresować ich rodziców.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Latającej maszynie” należą się dwie oceny, z jasnym rozgraniczeniem na to, kogo powinno się nagrodzić podwyżką, a kogo obsmarować miodem i przywiązać do drzewa w Karpatach – do pierwszej grupy należą oczywiście twórcy „Magicznego fortepianu”, a do drugiej ludzie, którzy opakowali tę animowaną perełkę w kiczowatą, pseudoedukacyjną historyjkę o fruwającej Heather Graham.


Ocena:
„Magiczny fortepian” - 7/10
cała reszta - 1/10


Latająca maszyna

Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 76 min.
Reżyseria: Martin Clapp, Geoff Lindsey
Scenariusz: Geoff Lindsey
Montaż: Daniel Greenway



Głosy podłożyli:

Heather Graham, Lang Lang, Jamie Munns, Kizzy Mee


Autor tekstu: Grzegorz Fortuna - MOTODUF [e-mail]  Klub Miłośników Filmu, 16 listopada 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]


STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE

 


 


 

Podziel się