1 lutego 2008, godz. 15.30. Raciborskie kino Bałtyk. Pierwsza projekcja "Lejdis". Na sali ja z moją serdeczną przyjaciółką plus doczepiony na ostatnią chwilę kolega operator z pracy. Oprócz nas jakiś tuzin młodych kobiet w wieku tartacznym. Ja i kolega operator, jedyni mężczyźni w sali kinowej, zarykiwaliśmy się śmiechem statystycznie co minutę. Samczo rżeliśmy z dowcipów słownych, sytuacyjnych i mnóstwa nawiązań do "Testosteronu", który obaj znamy na pamięć, podobnie jak poprzednie filmy Saramonowicza i Koneckiego. W czasie seansu panie nie wykonały nawet 20% naszego rechotu. Po wyjściu z kina zapytałem moją serdeczną przyjaciółkę, czy "Lejdis" były aż tak mało śmieszne. Ona, zbliżona wiekiem do bohaterek filmu, z rozbrajającą szczerością oświadczyła, że większość babskich tekstów, fochów i fobii, które tak śmieszyły facetów, dla niej były czymś najzupełniej naturalnym i nie było się z czego śmiać. Ot co.
Szczerze bałem się, czy Andrzej Saramonowicz i Tomasz Konecki zdołają chociaż dorównać do "Testosteronu". Poprzeczka była podniesiona bardzo wysoko, a reklamowy szum wokół jego kobiecej wersji wzmógł apetyt (nie bałem się za to o warsztat ich stałych współpracowników, operatora Tomasza Madejskiego i montażysty Jarosława Barzana). Przyznaję się - jestem męską szowinistyczną świnią i "Testosteron" mnie zachwycił, choć Saramonowicz nie omieszkał jechać po męskich słabościach. W "Lejdis" miało być na opak - to kobiety dyktują obraz świata, a większość mężczyzn nadaje tylko do użyźnienia gleby. A mimo to nas, facetów, ten film śmieszył o wiele bardziej. Czary?
Przypomina mi się serial "Ally McBeal" z chudzinką Calistą Flockhart. Wierne fanki identyfikowały się z tytułową bohaterką, przyklaskiwały jej fobiom i kibicowały próbom znalezienia idealnego faceta. Ale Ally McBeal stworzył facet, David E. Kelley, prywatnie mąż Michelle Pfeiffer. No więc jak to jest? Facet stworzył ideał dla samotnych singielek i zrobił to tak konsekwentnie, że zachowania Ally przypisaliśmy aktorce, a nie stojącemu za nią scenarzyście. Czyli autor idealny. Andrzej Saramonowicz miał łatwiejsze zadanie. Z babskiego blogu wyciągnął charakterologię bohaterek i dopisał do niej fabułę.
Nudziło je patrzenie na zomowców pałujących Solidarność, więc nazwały się Lejdis, przysięgając sobie dozgonną przyjaźń. Po 25 latach nadal są razem i nadal świętują każdego Sylwestra w środku sierpnia. Ale osobiście każda jest z innej bajki. Nauczycielka Łucja (Edyta Olszówka) samotnie wychowuje dorastającego syna i cieszy się na ślub z Markiem (Robert Więckiewicz). Nie wie, że Marek na boku zmienia kobiety jak rękawiczki i aktualnie zdradza ją z jej koleżanką ze szkoły, Arlettą (Magdalena Boczarska). Łucja nie zauważa także, że jej syn zaprzyjaźnił się z sąsiadem, ortopedą Wojtkiem (Tomasz Karolak).
Korba (Anna Dereszowska) robi korektę dla kolorowego szmatławca Biba!, sypia z każdym facetem, który jej się podoba i jak ognia unika zaangażowania uczuciowego, systematycznie spuszczając na drzewo zakochanego w niej skromnego grafika Erwina (Wojciech Mecwaldowski). Wciąż żywi urazę do swego ojca (Jan Englert) za grzechy przeszłości.
Prawniczka Gośka (Iza Kuna) obsesyjnie marzy o dziecku, ale jej mąż, europoseł Artur (Piotr Adamczyk), woli spędzać czas w Brukseli ze swoim przyjacielem. W zamian Gośka coraz częściej odbiera ciepłe telefony od węgierskiego eurodeputowanego Istvana (Tomasz Kot).
Monia (Magdalena Różczka) ma furę pieniędzy, piękny dom, kochającego ojca (Krzysztof Globisz) i zakochanego w niej męża (Rafał Królikowski), pasjonata starożytnego Rzymu. Ale Monia nie czuje się szczęśliwa i z braku lepszego zajęcia marzy o powiększeniu sobie biustu.
Pewnego dnia zdesperowana Gośka proponuje prokreacyjny numerek przypadkowo poznanemu Błażejowi (Borys Szyc). Ten pokazuje jej zdjęcie jego rzekomo sparaliżowanego brata Marka, tego samego, który związany jest z Łucją i opowiada, że ma sparaliżowanego brata Błażeja. Lejdis demaskują przekręt braci, przy okazji odkrywając coś jeszcze...
"Lejdis" to nie kobieca odpowiedź na "Testosteron", na zasadzie "jak wy o nas tak, to my o was tak". To raczej babski suplement do "Testosteronu". W tamtym filmie Szyc wygłosił pamiętne zdanie "Wszystkie one to kurwy są". Wśród Lejdis tylko jedna taka by się znalazła, modliszkowata Korba, traktująca facetów jak wibratory. Korba potrafi zakochanemu w niej Erwinowi po upojnej nocy powiedzieć "Spierdalaj". Prosto w oczy, bezwzględnie, na zimno. Bohaterowie "Testosteronu" stwierdziliby, że oto słowo ciałem się stało. Anna Dereszowska znakomicie rozbudowała tu zimną, suczą paranoję, wyniesioną ze "Złotopolskich", gdzie grała policjantkę-feministkę, dla której każdy facet to dosłownie Wujek Samo Zło.
A reszta pań? Obrzydliwie bogata Monia sama nie wie czego chce, więc chce powiększyć sobie piersi. Jej świat to pusta wydmuszka, w przeciwieństwie do jej męża Tomka, z lubością spalającego się w inscenizacjach rzymskich bitew. Na dokładkę Monię gra Magdalena Różczka, zdolna aktorka, lecz z wyniesioną z "Oficerów" manierycznie wygrywaną martwotą wiecznie cierpiącej twarzy.
Jak na razie, ta żeńska odpowiedź na "Testosteron" strzela sobie w kolana i ze swoją planowaną krytyką męskiego rodu może co najwyżej chodzić na testosteronowym postronku. Ale są jeszcze dwie panie. Marzeniem Gośki jest dziecko i dla tego marzenia jest gotowa zrobić wszystko - latać w płodne dni do męża w Brukseli, na potęgę odwiedzać ginekologa, a nawet zabrać na chatę nieznajomego faceta w charakterze buhaja rozpłodowego. I znowu widzę Szyca, który w "Testosteronie" zrównuje wszystkie kobiety do ulicznic. I zdziwionego Stelmaszyka, zadającego retoryczne pytanie "To one to robią z nami tylko dla zysku??". Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że Gośka nie jest perfidna i wyrachowana jak Korba. Ona jest tylko nieszczęśliwa i chce tę złą kartę odwrócić.
Prawdziwą ofiarą facetów jest za to nauczycielka Łucja w brawurowej kreacji Edyty Olszówki. Kochająca, romantyczna, trochę naiwna, pracowita, współczująca, na dodatek samotna matka, która ma pecha prać brudne gacie swego partnera (i jego brata). Tenże partner kocha wszystkie kobiety, czyli wkłada interes gdzie popadnie. Kłamca, seksoholik, dupek po prostu. Choć pomysł na życie miał niezgorszy - na zmianę z bratem udawali paralityków na wózku, czym zmiękczali niewieście serca. Ale kiedy biedna Łucja dowiedziała się od przyjaciółek o draństwach swego lubego, wyszykowała mu zemstę, przy której lejący w gacie Bill Paxton z "Prawdziwych kłamstw" to farciarz.
Bilans nie przedstawia się dla Lejdis imponująco. Ta cała ich krytyka męskiego rodu została w zasadzie zamknięta w trzech facetach, z których jeden to autentyczny sukinsyn, drugi mu pomagał, a trzeci poczuł zew natury w drugą stronę. Remis. No więc gdzie jest ten samczy wirus, te wściekłe, zakłamane plemniki, przez które Lejdis tak się miotają? Taki film nasze kochane panie muszą chyba same sobie nakręcić, najlepiej z Kazimierą Szczuką na reżyserskim stołku. Wtedy będzie agitkowo, wrednie, paskudnie i jednostronnie, bo Andrzej Saramonowicz nie dał sobie wkręcić feministycznego bełkotu i nieco wyrównał męsko-kobiece grzechy. Po obu stronach mamy, cytując "Superprodukcję" Machulskiego, dziadostwo, świństwo i kurestwo. Mamy autentyczne nieszczęścia i narastające z przeszłości zaniechania. Mamy wreszcie prawdziwe uczucia i cierpliwość wynagrodzoną miłością. Cytując klasyka - kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. "Testosteron" był o niegodziwości kobiet, ale tak naprawdę odsłaniał świat mężczyzn. "Lejdis" miał być o wrednych facetach, ale znacznie więcej dowiedzieliśmy się o kobietach. Oba filmy dotykają tych samych problemów, ale z obu stron barykady. Choć, prawdę mówiąc, gdyby zsumować kobiece negatywy z obu filmów, to płeć piękna została przez Saramonowicza i Koneckiego odmalowana w znacznie ciemniejszych barwach. Tak więc, pewnie nie "wszystkie one to kurwy są", ale nasz, panowie, koniec jest bliski. Pożrą nas razem z jajami, popiją wódką, a potem oswoją i wytresują sobie inne zwierzątko. Może być nawet nietoperz. No dobra, denny dowcip. Przecież nie wszystkie kobiety są tak komiksowo zryte, jak bohaterki "Testosteronu" i "Lejdis", ale mimo wszystko coś w tym jest.
Saramonowicz i Konecki przyzwyczaili widzów do tych samych aktorów. Na plan "Lejdis" skrzyknęli więc swoją stałą ekipę rozśmieszaczy. Z obsady "Pół serio" i "Ciała" przyszła Edyta Olszówka, Robert Więckiewicz, Rafał Królikowski i Rafał Rutkowski. Z obsady "Ciała" i "Testosteronu" - Piotr Adamczyk i Tomasz Karolak. Z obsady "Testosteronu" i serialu "Tango z aniołem" - Anna Dereszowska i Magda Boczarska. Pełna lista castingowych powtórek jest jeszcze bardzo długa, więc dodajmy tylko powiązania rodzinne: współautorką scenariusza była żona Andrzeja Saramonowicza, bratanek Rafała Królikowskiego zagrał brata Korby, a syn reżysera wcielił się w syna Łucji. Ciekawsze jest wyłapywanie cytatów z "Testosteronu". Obojętnie, czy jest jednorazowy numer, powielający patent View Askewniverse Kevina Smitha, czy początek przeszczepiania tego pomysłu na rodzimy ryneczek filmowy, autocytaty wzbudzają rozbawienie wśród testosterofanów. Co my tam mamy? Przede wszystkim redakcję kolorowego pisemka plotkarskiego Biba!, dla którego pracował Sebastian Tretyn. Na jednej z okładek Biby! widać Borysa Szyca w przegiętej kobiecej charakteryzacji; na innej wydrukowano dwie wersje, kobiecą i męską, twarzy Cezarego Kosińskiego. W zabawnej scenie erotycznej między Łucją i Markiem słychać utwór Miszy Hairulina z podobnego epizodu w "Testosteronie". Kiedy Gośka przynosi zdołowanemu mężowi herbatkę, powtarza tekst Szyca "Miętka świeżo parzona". Słówko "masakra" też znalazło swoje miejsce. Ale największy śmiech wzbudziła kompilacja podrywowych tekstów Szyca, powtórzona przez niego samego w scenie z Izabelą Kuną (od "Bęc! Wiem co czujesz" aż do "tak ci żubra wyłotoszę, że ujrzysz poprzednie wcielenie"). W epizodach ochroniarzy wystąpiło dwóch kulinarnych guru Piotr Bikont i Robert Makłowicz. Aha - retrospektywna scena pałowania działaczy Solidarności (którzy po chwili przejmują inicjatywę i leją zomowców ich własnym sprzętem) wydaje się echem jedego z najlepszych epizodów z "Pół serio" o zomowcach, narzekających na pałowane przez nich społeczeństwo.
Na pytanie, który wersja wzajemnego wytykania sobie odwiecznych mankamentów płciowych jest lepsza, trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Panie w wielkim mieście poczynają sobie równie bezpardonowo, co panowie wśród wiejskiej ciszy. Może nawet bardziej, bo nieczęsto można usłyszeć tyle bluzgów z tak pięknych ust (Dereszowska: "Mamy tu gwiezdne kurwa wojny"; Olszówka: "Kurwa, ja pierdolę, kurwa mać"). Stavros z towarzyszami niedoli byłby zawstydzony. Andrzej Saramonowicz jako scenarzysta po raz kolejny napisał kawał doskonałej, precyzyjnej i inteligentnie pomyślanej intrygi, zostawiając rodzime kino komercyjne daleko w tyle. A do pisania rewelacyjnych, arcyśmiesznych dialogów aktualnie nie ma sobie równych między Odrą a Bugiem. Do aktorów można mieć pretensję chyba tylko o to, że znowu zagrali ci sami i wszędzie ich pełno - w filmach, telewizji i reklamach. Warsztatowo "Lejdis" także nie zawodzi, a tym razem obyło się bez animowanych wstawek z poprzednich dzieł Saramonowicza, Koneckiego i Madejskiego. No i narracja "Lejdis" jest bardziej filmowa i zdecydowanie zrywa z zamierzoną teatralnością "Testosteronu". Kolejna znakomita komedia. Po prostu.
LEJDIS
|
wytwórnia - Van Worden, 2008
reżyseria - Tomasz Konecki
scenariusz - Andrzej Saramonowicz, Anna Andrychowicz-Słowik, Małgorzata Saramonowicz, Ewa Sienkiewicz, Hanna Węsierska
zdjęcia - Tomasz Madejski
muzyka - Hadrian Tabęcki
montaż - Jarosław Barzan
scenografia - Przemysław Kowalski
kostiumy - Dorota Roqueplo
wystąpili:
Edyta Olszówka
Anna Dereszowska
Iza Kuna
Magdalena Różczka
Robert Więckiewicz
Piotr Adamczyk
Rafał Królikowski
Tomasz Kot
Tomasz Karolak
Borys Szyc
Krzysztof Globisz
Jan Englert
Wojciech Mecwaldowski
Magdalena Boczarska
Stanisław Konecki
Witold Dębicki
Cezary Pazura
|
(Łucja)
(Korba)
(Gośka)
(Monia)
(narzeczony Łucji)
(mąż Gośki)
(mąż Moni)
(europoseł Istvan)
(ortopeda)
(brat Marka)
(ojciec Moni)
(ojciec Korby)
(grafik Erwin)
(Arletta)
(syn Łucji)
(ksiądz dyrektor)
(narrator)
|
|
 |
|
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI
|
Klub Miłośników Filmu, 2008. 02. 01 |