Kiedyś, na łamach KMF-u, przyszło mi już pisać na temat filmu wyreżyserowanego
przez Lisandro Alonso. Pisałem o siarczystych mrozach i nietopniejących śniegach
Ziemi Ognistej zamkniętych na taśmie jego „Liverpoolu”. O ile film o brytyjsko
brzmiącej nazwie jest najnowszym dokonaniem młodego Argentyńczyka, to „La
Libertad” – wprowadzany na ekrany polskich kin za pośrednictwem Manany – jest
jego reżyserskim debiutem. Jeden od drugiego dzielą jeszcze dwa obrazy –
przypowieść o drwalu jest zatem filmem pierwszym, o szukającym swego miejsca
marynarzu czwartym. Zdawać by się mogło, że pomiędzy pierwszym, a czwartym –
zważywszy na odstęp czasowy, który wynosi aż siedem lat – powinniśmy dostrzec
przynajmniej delikatne różnice. Może nieśmiałą próbę ulepszenia strony formalnej
– niosące znaczenia wariacje kamery, zmiana roli muzyki, zabawa światłocieniem.
Może coś od strony fabularnej – próba nadania ascetycznej opowieści o drwalu
znamion filmu niosącego treść dosłowną, czyli nie taką, która zawiera się gdzieś
pomiędzy kolejnymi kadrami życiowej beznadziei. Mogłoby się zdawać… Niemniej,
nasze przypuszczenia okazałyby się chybione – Alonso stoi w miejscu i,
najprawdopodobniej, nigdy się z tego miejsca nie ruszy. Nie dlatego, że nie ma
ku temu predyspozycji. Przyczyna leży w jego głowie. Głowie, w której stworzyła
się pewna wizja kina, rozumiejąca je jako medium służące do pozbawionych
wartościowania wycieczek behawioralnych.
|
 |
 |
|
W trakcie siedemdziesięciu minut projekcji streszczone zostaje kilka miesięcy z
życia młodego mężczyzny. Prawdę mówiąc, do streszczenia wystarczyłoby ich nawet
trzydzieści. Parający się pracą drwala młodzieniec wstaje, by chwycić siekierę i
piłę mechaniczną i, z godną podziwu starannością, ściąć kilkanaście drzew. Po
obaleniu rośliny nadchodzi czas na obranie jej z plątaniny gałęzi, zdarcie kory.
Tak przygotowane pale zawozi do właściciela składu, który przypomina coś w
rodzaju naszego tartaku. Zawozi je za pomocą pożyczonego, od mieszkającego po
sąsiedzku (czyli kilkanaście kilometrów dalej), znajomego. W trakcie wizyta na
stacji benzynowej, przerwa na obiad, polowanie na pancernika, telefon do domu i
sen. I nic więcej, całość zdaje powtarzać się bez końca.
Pierwsze słowa padają po przeszło trzydziestu minutach filmu – proste powitanie,
wymiana grzeczności. Potem licytacja z kupcem drewna i krótka rozmowa z
ekspedientem na stacji paliw. Krótka, ale w najdoskonalszy sposób oddająca sens
płynący z filmu Argentyńczyka. Drwal, z puszką Fanty w ręku, pyta rówieśnika
nalewającego benzynę do kanistra o to, czy w okolicy pojawiają się jakieś
dziewczyny. Podobno tak, ale dopiero po zmierzchu – po zmierzchu na powrót
decyduje się i nasz drwal. W zestawieniu ze sceną, w której mężczyzna dzwoni do
domu i próbuje dowiedzieć się o zdrowie najbliższych orientujemy się, że nie
jest on żadnym pustelnikiem z wyboru. To nie ten typ, który zostawia
cywilizację, wkłada włosiennice, chwyta w rękę kijek i idzie przed siebie. To
normalny chłopak – myśli o domu, tęskni, szuka towarzyszki i, po prostu, w
drakońskich warunkach zarabia na to, by przeżyć. Idąc dalej możemy zauważyć, że
w pewnym sensie jest on symbolem, ikoną nas wszystkich. Nas, dumnych i wolnych
człowieczków, którym wydaje się, że mogą wszystko, a w rzeczywistości mogą
niewiele, bo i tak kiedyś dopadnie ich rutyna. Może to właśnie ona, a nie drwal
jest głównym bohaterem filmu Alonsa?
|
 |
 |
|
Przemawia za tym poetyka filmu, tematyka. Całość jest praktycznie serią ujęć z
nieruchomej kamery wspomaganą kilkoma leniwymi wycieczkami po okolicznych
krajobrazach. Brak jakichkolwiek prób nadania symbolicznego sensu poszczególnym
kadrom, czy ujęciom. Kino skrajnie minimalistyczne, kontemplacyjne, lecz nie w
duchu (na przykład) mistrza Tarkowskiego, bo pozbawione poetyckiego piękna.
Piękno „La Libertad” powtarza się przecież codziennie – rozpoczyna je wschód
słońca, kończy ostatnia iskra skacząca z ogniska drwala. Rutyna, rutyna, rutyna.
Sam tytuł wydaje się nieco przewrotny, bo co znaczyć ma owa wolność? Wartość, za
którą przelały krew miliony. Notorycznie wymieniana wśród najważniejszych, w
trakcie przeprowadzania wszelakiego rodzaju ulicznych sond. Bez filozoficznych
gdybań bądź zdehumanizowanej nomenklatury prawniczej nikt nie będzie w stanie
odpowiedzieć na to pytanie. Wiem jedno. Jeśli wolność ma wyglądać tak, jak
wygląda na kadrach „La Libertad” to w cholerę z taką wolnością. Wolę być
zniewolony i nękany rutyną dnia codziennego tam, gdzie owa rutyna przynajmniej
próbuje mydlić mi oczy. W świecie Alonso dla takich zabiegów miejsca nie ma.