Może się wydawać, że "The limits of control" jest dla Jima Jarmuscha tym, czym dla Davida Lyncha jest "Inland Empire": gwoździem do trumny artystyczej niemocy, przedśmiertnie zamanifestowanej pseudofilozoficznym bełkotem, skazanym na rozpaczliwe nadinterpretacje zagorzałych fanów ukochanego twórcy. Może się też wydawać, że "The limits of control" jest dla Jima Jarmuscha tym, czym dla Terry'ego Gilliama jest "The Imaginarium of Doctor Parnassus": triumfalnym powrotem starego Mistrza do formy sprzed lat, już może nie najwyższej, ale nadal budzącej podziw i szacunek każdego wytrawnego kinomana, niekoniecznie będącego zagorzałym fanem twórczości reżysera. Jest jeszcze trzecia możliwość, nie wykluczająca żadnego z powyższych założeń. Mianowicie: wszystko, co powiemy o nowym filmie Jarmuscha, jest prawdą. To, jakie wrażenia wyniesiemy z seansu "The limits of control", bardziej zależy od nas samych, niż od twórcy filmu i - tym samym - od jakości samego filmu. To oznacza, że tak naprawdę nie jest istotne, czy film jest dobry, czy film jest zły, czy film jest średni, czy film jest taki, siaki czy owaki. W przypadku tego konkretnego filmu - uważam, że bardziej, niż w przypadku jakiegokolwiek innego - znaczenie ma głównie sposób jego odbioru przez widza. Widz, który uzna ten film za zły - będzie miał rację. Widz, który uzna ten film za dobry - będzie miał rację. Widz, który uzna ten film za średni - również będzie miał rację. Oczywiście obiektywna ocena każdego filmu jest sumą wielu ocen subiektywnych, co zrozumiałe, niemniej jest to ocena ukształtowana jedynie na płaszczyźnie relacji film (czyli efekt końcowy czyjejś pracy twórczej) - widz (czyli odbiorca efektu końcowego czyjejś pracy twórczej), będącej jednym z wielu składników w/w obiektywnej oceny. Generalnie jest tak, że jeśli film jest dobry, będzie on dobry nawet wtedy, kiedy ktoś oceni go źle. I odwrotnie: jeśli film z jakiegoś lub z wielu powodów jest zły (bo np. ma fatalny scenariusz, jest beznadziejnie wyreżyserowany, a w dodatku okropnie zagrany), dobra opinia o nim nie uczyni go lepszym, a już na pewno nie dobrym. Jednoznacznie złe, średnie czy dobre filmy łatwo poddają się ocenie bez udziału widza i jego subiektywnej opinii o nich, będącej jedną z wielu elementów składowych opinii obiektywnej.
Z nowym dziełem Jarmuscha jest inaczej: ten film koniecznie potrzebuje widza, a tym samym jego opinii, by w ogóle zaistnieć w świadomości odbiorców jako film, który po zsumowaniu wszystkich subiektywnych ocen można uznać za dobry, można uznać za zły, albo można uznać za średni. Co nie oznacza (a może właśnie oznacza?), że film jest nijaki. Jestem raczej skłonny stwierdzić, że film nie jest nachalny, a jeśli jest, to nie w sposób jawny. Dzięki czemu obcując z nim czujemy się komfortowo, pomimo, że odrobinę niepewnie. Czy chcemy tego czy nie, już po krótkiej chwili seans nabiera dla nas wymiaru miłej konwersacji o lekko surrealistycznym zabarwieniu, mogącej zaprowadzić nas albo gdzieś, albo donikąd. Ten aspekt opowieści również jest kwestią tylko i wyłącznie indywidualną...
Warstwa fabularna "The limits of control" wydaje się być czysto pretekstowa i można ją zamknąć w jednym właściwie zdaniu: (prawdopodobnie) płatny zabójca przyjmuje zlecenie (prawdopodobnie) zabicia kogoś, co staje się powodem jego niespiesznej wędrówki przez miejsca i czas, w kierunku niewidocznego aż do samego finału celu, być może wyimaginowanego, a być może prawdziwego, chociaż w taki czy inny sposób - nawet w momencie konfrontacji - niesprecyzowanego. I tyle. Reszta jest już kwestią osobistych interpretacji, bądź nadinterpretacji, odbiorców dzieła. Podróż bohatera ma charakter rzeczywisty, a tym samym rzeczywiste - chociaż mogące być postrzegane jako dziwne - są oglądane przez nas inscenizacje z udziałem postaci, również mogących być postrzeganymi jako dziwaczne? Być może. Podróż bohatera ma charakter umowny, a tym samym umowne są wszystkie sytuacje - wraz ze skorelowanymi z nimi postaciami - jakich jest udziałem lub jakie są jego udziałem? Być może. To, co dla jednych jest dosłowne, dla innych jest metaforyczne. A ponieważ sam Jim Jarmusch nie ułatwia nam zadania, nie wskazując jednoznacznie żadnej z opcji - mamy w tej kwestii pełną dowolność. Możemy widzieć co chcemy i jak chcemy, co nie każdemu może i musi się podobać. Zwolennicy gotowych rozwiązań na pewno nie będą seansem usatysfakcjonowani; zwolennicy skomplikowanych łamigłówek intelektualnych - (paradoksalnie) również. Ci pierwsi dlatego, że to, co w "The limits of control" może wydawać się proste i oczywiste, jest proste i oczywiste tylko z pozoru, a to, co jest niezrozumiałe, niekoniecznie musi być tylko i wyłącznie żartem reżysera, w jakim nie należy dopatrywać się jakichkolwiek głębszych treści. A ci drudzy? Ci drudzy dlatego, że samo założenie, iż w grę może wchodzić druga opcja, komplikuje w/w skomplikowanie jeszcze bardziej. (Uzasadnione) podejrzenie, że film nie jest o niczym, rodzi pytania, które rodzą kolejne pytania, a wszystkie zawierają się w oklepanym sformułowaniu, mającym zawsze wielorakie znaczenie: co Autor miał na myśli?
No właśnie: co Jim Jarmusch miał na myśli - praktycznie w każdym aspekcie "The limits of control", praktycznie w każdej jego minucie, czy nawet sekundzie? Oczywiście to pytanie powinno być skierowane do samego reżysera, gdyż szczytem arogancji byłoby stwierdzenie, że MY WIEMY, co reżyser miał na myśli w tym czy w tamtym momencie, w tej czy w tamtej scenie, albo w tym czy w tamtym dialogu. To oczywiste, że MY NIE WIEMY. Nie zmienia to jednak faktu, że możemy wiedzieć to, co chcemy, dzięki czemu nadajemy filmowi Jarmuscha - każdy z osobna i wszyscy razem - wymiaru dzieła o charakterze zdecydowanie uniwersalnym. Film o niczym jest tylko filmem o niczym, a film o wszystkim innym niż nic może być albo filmem o niczym, albo filmem o wszystkim innym.
Moje osobiste założenie jest takie, że film Jarmuscha nie jest o niczym. O czym więc jest? Albo: czym więc jest? Zawoalowaną kpiną z widza, budzącą podejrzenie, że jednak każda interpretacja jest nadinterpretacją, sztucznie nadającą znaczenie rzeczom pozbawionym znaczenia? A może przewrotnym studium nas samych, czyli ubogich duchem ofiar epoki konsumpcjonizmu, emocjonalnych kalek, sprowadzających międzyludzką komunikację do krótkich wiadomości tekstowych, niekoniecznie zapisanych szyfrem na małych karteczkach, zamkniętych w pudełkach od zapałek? A może smutną prawdą o tym, że wszystko jest iluzją, a nas nie ma, chociaż wydaje nam się, ze jesteśmy? Nie będę nawet udawał, że znam odpowiedzi na te pytania...
"The limits of control" dla jednych będzie filmem wielokrotnego użytku, dla innych - jednorazową repertuarową pomyłką, a co najwyżej ruchomą pocztówką z ładnie sfotografowaną Hiszpanią. Dla fanów Jarmuscha film na pewno powinien być pozycją obowiązkową, stanowiącą ciekawy kontrapunkt dla prostoty formy "Broken flowers", albo swoistą kontynuacją personalno - fabularną wcześniejszych filmów reżysera (np. Isaach De Bankolé ćwiczący Tai Chi przywodzi na myśli sceny z filmu "Ghost dog: Droga samuraja", w których Forest Whitaker uprawia podobny rytuał, tyle, że z użyciem samurajskiego miecza). Dla tych ostatnich będzie to również flirt ze specyficznym poczuciem humoru reżysera, nie stroniącego w swoim ostatnim obrazie od autoironii (wspomnę tu świetną scenę, w której Tilda Swinton stwierdza, komentując tym samym sytuację, jaką w trakcie wypowiadania przez nią słów mamy przed oczami:
"Najbardziej lubię, kiedy w filmie bohaterowie po prostu siedzą i nic nie mówią"; cóż, wypisz wymaluj to opis kina made in Jarmusch). Dla kinomanów będzie to również zabawa w wyłapywanie cytatów i odniesień do innych filmów, natomiast dla wszystkich na pewno będzie to uczta dla oka, bo czego jak czego, ale wizualnego piękna filmowi odmówić nie można.
 |
wytwórnia - Focus Features, 2009
scenariusz i reżyseria - Jim Jarmusch
produkcja - Gretchen McGowan, Stacey E. Smith
muzyka - Boris
zdjęcia - Christopher Doyle
montaż - Jay Rabinowitz
scenografia - Eugenio Caballero
czas projekcji - 116 minut
wystąpili
Tilda Swinton
Bill Murray
Gael García Bernal
Isaach De Bankole
John Hurt
Paz de la Huerta
Youki Kudoh
Hiam Abbass
Luis Tosar
Jean-Francois Stevenin
|
(blondynka)
(Amerykanin)
(Meksykanin)
(samotny mężczyzna)
(gitarzysta)
(naga kobieta)
(Molecules)
(kierowca)
(skrzypek)
(Francuz)
|
|
 |