Strona główna KMF



Na klubowych łamach zdarza mi się bronić filmów, których reżyserom pozostali członkowie KMF-u najchętniej wsadziliby w oko zasoloną, przerdzewiałą szpilkę. Powód jest tak prozaiczny, że aż wstyd mi o nim pisać: są filmy i są filmy. Są takie, które usiłują zgwałcić umysł widza sposobami nieznanymi przez najstarszych górali, a są i takie, do których powinno się zasiadać w niedzielne popołudnie, z paczką pringelsów w jednej łapie i piwem w drugiej. W przypadku tych "lżejszych" produkcji nie interesuje mnie brak aktorstwa na miarę Fiodora Racuchowicza z teatralnej ekranizacji fal mózgowych Jamesa Joyce'a; ważne jest, żeby było zabawnie, a wtedy można przymknąć oko na wady - i dlatego mojego autorstwa recenzje blockbusterów są tak łagodne. W przypadku filmów aspirujących do miana Sztuki przez duże Esz, chcących mnie mentalnie zmolestować i zostawić z drżącymi kolanami na dworcu kolejowym w mieście o którym nawet nie słyszałem, nie ma jednak miejsca na najmniejsze potknięcie - i dlatego niniejszy tekst będzie tak okrutny.


Mając duże zaległości w oglądaniu Dzieł Wybitnych światowej kinematografii, postanowiłem wreszcie je nadrobić, ciesząc się jak bezdomny z kartonu po pralce że oto będzie mi dane zobaczyć najlepsze z najlepszych utworów kinowych w historii naszego wymiaru. A przynajmniej kilka z nich. I wszystko byłoby pięknie, gdyby rzeczywistość jak zwykle nie kopnęła mnie w twarz, sprostując oczekiwaniom z gracją Wojciecha Manna próbującego tańczyć Jezioro Łabędzie.


Oto pożyczyłem, fragment po fragmencie i kilobajt po kilobajcie, od tysięcy moich znajomych na całym świecie, kopię filmu "Ojciec chrzestny" Francisa Forda Coppoli. Mając z Coppulatorem na pieńku za zmarnowanie potencjału Draculi poprzez filmowanie jego dziejów z piątego rzędu teatralnej sali, do Godfadera podchodziłem z wyjątkową ostrożnością. Zwłaszcza, że czytałem książkę, która była - powiedzmy to głośno - ŚWIETNYM kawałkiem literatury popularnej.


Zatrzymajmy się na chwilę, żeby wyraźnie zaznaczyć jedną rzecz:
"Ojciec chrzestny", jakkolwiek ambitny by nie był i ilu Brandonów by w nim nie wystąpiło, jest utworem POPULARNYM, a nie sztuką, jak to się rzekło, gwałcącą. Tak samo tytuł omawiany w dalszej części tekstu. Tyle że reżyserzy mieli ambicje, a widzowie chęci, żeby uznać że jest zgoła inaczej. Co zresztą jest jedną z przyczyn, dlaczego zostało napisane to, co właśnie czytacie.
Wyjaśniwszy sobie tę kwestię, wróćmy do recenzji.



Film jest lekkopółśredni, zarówno jako osobne dzieło, jak i jako ekranizacja. Jeśli miałbym go porównywać do innych kinowych adaptacji, byłaby to klasa Harry'ego Pottera. Abstrahując od poziomu obu książek (choć uważam, że Potter jest tak dobrą powieścią młodzieżową, jak "Godfather" jest dobrą powieścią kryminalną), ich filmowe wersje to nie tyle przeniesienie opowieści w świat kina, co streszczenie książki za pomocą obrazków. Oglądając film Coppoli miałem nieustanne wrażenie, że nie obserwuję rozwoju wydarzeń składających się na Historię, lecz odtworzony scena po scenie schemat. Za nic nie mogłem wciągnąć się w taką formułę, bardzo odległą od normalnego życia, przypominającą pomnik z brązu albo reportaż pisany na podstawie zeznań rodzin świadków dwadzieścia lat po wydarzeniu. Wszystko wyglądało naturalnie, ale poruszało się sztucznie - jak inscenizacja. Wielka inscenizacja, oddająca cześć utworowi z najwyższą powagą, która stara się tak bardzo, jak bardzo starał się "Katyń" - i w swej nadętości jest równie nieprzekonywająca. Czego bowiem zabrakło? Emocji, od których powieść Mariana Puzona aż kipi. Nieczęsto zdarza mi się wycierać pot z dłoni podczas lektury, ale "Ojciec chrzestny" był jednym z tych przypadków. Dlatego wymieniłbym połowę przepychu wizualno-muzycznego i 3\4 znakomitej obsady na nieco więcej serca i ludzkich uczuć włożonych w ten ciąg ruchomych ilustracji do książki. Nieważne, jak ko(s)micznie wyglądające akrobacje wyczyniają brwi Marlona Brando - nie sprawią one, że ten pomnik nagle ożyje.




Podobnie, ale gorzej, sprawy mają się z inną ekranizacją powieści - z "Lśnieniem" Stanleya Kubricka. Sąsiadka powiedziała mi w Biedronce, że film ów jest kosmiczno-ezoteryczną analizą szaleństwa drzemiącego w człowieku. Czy jej wierzyć - nie wiem, ale niech stanie, że utwór jest "głęboki", co znaczy chyba, że widzimy jedno, a chodzi o coś, o czym reżyser wspomniał w wywiadach. Przyjrzyjmy się, w jaki sposób Kubrick stworzył dzieło, w którym można utopić teściową i pół województwa. Dla ułatwienia sprawy użyjmy analogii:


Sytuacja: Stanley ma basen, w którym chce nurkować.

Problem: Gargantuiczne pokłady tłuszczu Stanleya sprawiają, że woda co do kropli rozpryskuje się po okolicznych wsiach za każdym razem, gdy Stan wykona skok z trampoliny.

Rozwiązanie: Stan spłyca basen i wypompowuje połowę wody.

Efekt: mimo, że większość mieszkańców Ziemi robi z oczu spodki na widok błyskotliwości przekornego rozwiązania Stanleya, nie jest ono w stanie zachwycić nawet włosów na moich pośladkach.




Przenieśmy naszą historyjkę na bardziej znajome - nomen omen - wody. Kim jest Jack Torrance, bohater "Lśnienia"? Pisarzem, alkoholikiem, nauczycielem wyrzuconym z pracy za pobicie ucznia, żyjącym obecnie na skraju ubóstwa, widzącym w nowej posadzie szansę na zrehabilitowanie się w oczach rodziny i własnych. Wszystkie próby odkupienia win zostają jednak zniweczone przez zło drzemiące w hotelu, igrające z jego słabą psychiką, wpajające mu nienawiść do rodziny. Wiem, bo czytałem Kinga.


Kim jest Jack w filmie? Facetem. Jedzie do hotelu, widzi duchy, lata za żoną z siekierą. Tło tej postaci po prostu nie istnieje, tak samo jak nie istnieją osobowości jego żony i dziecka - to tylko statyści, którzy mają uciekać i wrzeszczeć w odpowiednich momentach. Równie dobrze można było zastąpić ich manekinami z tarczą wymalowaną na zadku (a swoją drogą, gdy analogiczny do "Lśnienia" patent zastosowano w AVP-R, które jednak nie udawało zaginionego dialogu na linii Jung-Freud, film okrzyknięto pustym i prostackim). Tytułowe lśnienie, które w Anglii kupiłoby synowi Jacka bilet na pociąg do Hogwartu, nie odgrywa u Kubricka najmniejszej roli, przez co wydaje się, że bardziej adekwatnym tytułem byłby "Amok" albo "Wódko, pozwól żyć". Oczywiście sama powieść nie jest podręcznikiem do psychologii przez pomyłkę wrzuconym na półkę z horrorami, ale porządnym straszakiem, który angażuje właśnie ze względu na złożoność i "prawdziwość" bohaterów. Ogołocenie ich z życiorysów jest jak zaserwowanie hot doga bez parówki, wbijając klientowi w oko brudny widelec. Jack wraz z rodziną są tak pozbawieni wyrazu, że gdybym wypiął się na was podczas oglądania "Lśnienia", moglibyście dojrzeć ich sylwetki machające z czarnej czeluści - w jej otchłań bowiem trafili wszyscy troje, gdy znudzony starałem się dobrnąć do napisów końcowych.


Klubowa koleżanka Artemis, zapoznawszy się z powyższą opinią, z siłą kobiety wojującej wytknęła mi dwie rzeczy:

1. nie dostrzegam głebi filmu, tego co leży pod przykrywką horroru, i w ogóle nie lubię myśleć podczas oglądania

2. mam wrodzoną nienawiść do eksperymentów z treścią i formą.




Co do punktu drugiego - po prostu nie uważam, że każdy eksperyment od razu musi być udany, a "Lśnienie" jest jak próba wszczepienia szympansowi melona zamiast mózgu. Udany eksperyment to np. "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją", który jest adaptacją jednocześnie nie będąc nią, jest filmem drogi jednocześnie nie będąc nim, oraz jest genialny, od czasu do czasu mocno przynudzając.


Wróćmy do sedna i zajmijmy się pierwszym zastrzeżeniem Arte Miss. Otóż czasem jednak używam mózgu do czegoś innego niż wyobrażania sobie nagiej Winony Ryder. Uruchamiam organ na przykład podczas oglądania filmów stanowiących zagadkę, w której rozwiązaniu pomagają porozrzucane przez reżysera ślady. Szkopuł w tym pogrzebany, że żaden reżyser nie powinien zmuszać widza do rozgryzania tego, co powinno być oczywiste. To tak jakby zatrudnić Sherlocka Holmesa do rozwikłania tajemnicy morderstwa, nie mówiąc mu kto ani gdzie został zabity, i oczekując że sam do tego dojdzie.


Proste pytanie: kim jest Jack? Z początku spokojny i sympatyczny, od jednej ze scen nagle maniakalne gapiący się w okno z miną pacjenta po lobotomii. Wyształcony - bo pisarz - a przekonujący żonę, że alternatywą dla obecnej pracy jest jedynie zamiatanie ulic lub praca w przemyśle mleczarskim na dworcu PKP. W portalu IMDB przeczytałem, że w jednym z ujęć widać - jako lustrzane odbicie - koszulkę Jacka z nazwą szkoły w której uczył w książkowym pierwowzorze. Jeśli ktoś dostrzegł ten detal, a na dodatek go rozszyfrował, domyślając się że OWSZEM, JACK JEST NAUCZYCIELEM!, niech od razu śle aplikację do Mensy albo Scotland Yardu. Ja tego nie zauważyłem i postać Nicholsona była dla mnie czymś pomiędzy emerytowanym Facetem w Czerni a nieposiadającym przeszłości kawałkiem tektury z namalowaną twarzą Jokera. Jeśli Kubrick bawi się w rozrzucanie tego typu tropów, to ja mu grzecznie pokazuję palec i idę popatrzeć jak schnie farba, bo to zajęcie bardziej wynagradzające niż rozgryzanie szmacianych lalek snujących się po ekranie. Tła samej historii hotelu i natury jego duchów nawet nie tknę, gdyż tego w filmie po prostu nie ma.




Ostatnim gwoździem do trumny "Lśnienia" jest szereg poronionych zabiegów natury reżyserko-montażowo-muzyczno-ogólnej. Przykład: scena, w której matka z dzieckiem bawią się śniegiem. Muzyka sugeruje, że zaraz wyskoczy na nich Obcy albo co najmniej podniosą akcyzę na wódkę, ale wieńczące rzępolenie kulminacyjne JEBUDUSRADADAM! przynosi... napis "Wtorek" i zupełnie nową, zupełnie spokojną scenę. Szok i brak dalszych słów. Swoją drogą śródtytuły filmu są równie składne i sensowne co fabuły niemieckich filmów porno. Nie będąc jednak koneserem takich osobliwości, odłożę je na półkę, wraz z osobliwością zwaną "Lśnienie", i pozwolę innym masturbować się nad tymi tytułami do woli. Co kto lubi.


Rzekłem.


Pierwotnie tekst, który właśnie ma przyjemność doprowadzać was do szału, miał być dłuższy i obejmować także takie tytuły jak "Lot nad kukułczym gniazdem", "There will be blood" czy "Pachnidło", ale jeśli będzie kiedykolwiek kontynuowany, to w osobnym artykule. Ciągnięcie go teraz mogłoby bowiem spowodować dwie reakcje: albo czytelnicy znudziliby się, dochodząc do wniosku że piszę co piszę tylko żeby zagrać im na nerwach (też potrafię, ale wolę się z tym nie afiszować), albo pocztą na adres klubu przyszedłby od miłego anonima budzik, który dzwoni co prawda tylko raz, ale za to z energią. Postawmy więc sprawę jasno: dowody na przereklamowanie i przeciętność powyższych tytułów pojawią się wówczas, gdy odbrązawiające podejście do legend kinematografii spodoba się czytelnikom (albo gdy tak bardzo je znienawidzicie, że będziecie chcieć więcej i więcej i więcej, by móc skoncentrować frustracje waszych żałosnych żywotów na określonym wrogu). Zatem do przeczytania w przyszłości - albo i nie.







Wyślij e-mail Pozdrowienia z wioski Smerfów:
Michał Puczyński - MILITARY
Klub Miłośników Filmu
07.07.2008