To, co dzieje się na polskim rynku dystrybucji kinowej, bez wahania nazwać można propagowaniem kultury zachodniej, tej najpopularniejszej i, w ogólnym zarysie, niosącej ze sobą najmniej wartości wykraczających ponad smutny konsumpcjonizm. Magazyny wszechobecnych multipleksów zapchane są rolkami taśm sygnowanych przez fabrykę gwiazd. Olbrzymie ekrany wciąż goszczą tych samych ludzi, bożków kultury popularnej. Inni, na ekranach pojawiają się bez grzmiących fanfar public relations – pozostają na kilka seansów i znikają, by za jakiś czas bez zbędnego szumu pojawić się, albo i nie, na rynku DVD. Kina studyjne, czy też placówki, które stawiają sobie za zadanie promowanie kin narodowych i autorskich powoli znikają z kulturalnej mapy Polski. A co za tym idzie, dostęp do kina spoza głównego nurtu staje się coraz trudniejszy i, nie oszukujmy się, coraz droższy.

Wszystko, co zostało powiedziane to rzeczy oczywiste i zdaję sobie sprawę drogi czytelniku, że przysłowiowej „Ameryki” nie odkryłem. Niemniej, ten – może banalny – wstęp doskonale podkreśla rolę, jaką pełnią dziś nieliczne ośrodki kulturalne opierające się zachodniej nawałnicy. Taką rolę pełnią też festiwale, bo właśnie w trakcie ich trwania przez kinowe sale przemykają perełki z różnych stron świata. Filmy, których na próżno szukać na promocyjnych billboardach, bo nawet przy najhuczniejszej promocji nie sprzedadzą się tak dobrze, jak owoce zachodu. Dzięki nim możemy przenieść się chociażby do Argentyny, gdzie – ku zdumieniu przeciętnego widza – rozwija się ‘nowa fala’ z Lisandro Alonso na czele.
Lisandro Alonso, młody i ambitny Argentyńczyk, niektórym z polskich widzów może być już znany. Jego „La Libertad”, „Los Muertos” i „Fantasma” pojawiały się bowiem na organizowanych na terenie naszego kraju festiwalach, m.in. na ‘ENH’. Wszystkie trzy były popisem formalnym, bo sama treść dla reżysera stanowi jedynie drugi plan. Argentyńczyk przyznaje się do poglądu, wedle którego ludzie mieliby chować się za swoimi słowami, a – jak sądzę – Alonso nie jest zainteresowany przedstawianiem ludzkich masek, a raczej tego, co pod tymi maskami ukryte. Oderwanie od wielkomiejskiego zgiełku, koncentracja na konkretnej osobie, obserwacja pozbawiona wartościowania zmienia oko kamery w oko antropologa. Etnografa, który przed nakręceniem kawałka materiału pragnie zrozumieć ludzi i środowisko, które przyjdzie mu opisać. Wszystkie te elementy czynią kino Alonso skrajnie minimalistycznym, ważny jest każdy element krajobrazu, każdy gest, każde spojrzenie.

Niemalże identyczny schemat realizuje „Liverpool”, ostatni punkt we wciąż rosnącej filmografii Argentyńczyka. Jedyną różnicą wydaje się być zmiana klimatu, nie tego metaforycznego, po prostu – atmosferycznego. Wilgotne powietrze unoszące się nad egzotycznymi połaciami lasów zostaje zastąpione przez to nieznośnie suche, kaleczące drogi oddechowe powietrze wiosek, w których śnieg nigdy nie topnieje.

Właśnie tam, do argentyńskiej Ziemi Ognistej, po latach bezcelowej tułaczki, latach spędzonych na zaspokajaniu doraźnych potrzeb, niczym biblijny syn marnotrawny powraca Farrel - przeszło pięćdziesięcioletni marynarz. Chce pojednać się z rodziną, a właściwie z matką, którą pozostawił wiele lat temu na tym ‘końcu świata’. Pozostawił ją tak dawno, że nie jest pewien, czy zamiast niej nie zastanie starannie usypanego kurhanu. Wspomagany przez swoją jedyną przyjaciółkę, zawsze wierną butelkę wódki, dociera do miejsca, z którego niegdyś zdecydował się uciec i poświęcić się na rzecz tego lepszego świata. Świata, który prócz brudnych pieniędzy podarował mu tylko jedną rzecz, która zdaje się – sądząc po reakcjach bohatera – mieć dla niego jakąś większą wartość – brelok z napisem „Liverpool”.

Okazuje się, iż archetyp syna marnotrawnego nie zostaje wypełniony do końca. Mieszkańcy wioski nie przyjmują Farrela z otwartymi ramionami, a wręcz przeciwnie – pragną jego odejścia. Obcy zaburza naturalny rytm życia narzucany przez surowy klimat Ziemi Ognistej. Pozostaje pytanie - co zrobi matka? Czy wciąż czeka na syna? Czy żyje?
Alonso ponownie uprawia techniczno-dialogową ascezę. Przedstawia problem, który z całą pewnością może zaistnieć w rzeczywistości oglądanej nie koniecznie na srebrnym ekranie, a za drzwiami naszych domów. Niezmiennie pozostaje skrajnym minimalistą, który – w przeciwieństwie do popularniejszych kolegów takich, jak Gus Van Sant – do minimalizmu dokłada jeszcze ekstremalny naturalizm. Przedstawia to, co widzi oko kamery – nie interesują go estetyczne zabiegi – zabawa światłem, czy budowanie nastroju za pomocą niepokojących dźwięków. Przez to właśnie, Alonso staje się bardzo trudny w odbiorze.

Wyświetlając jeden ze swych wcześniejszych filmów ludziom, wśród których był kręcony, Argentyńczyk został zapytany: po co pokazywać na ekranie to, co MY widzimy na co dzień? Co w tym wyjątkowego? No właśnie, należy zastanowić się czy wyjątkowy jest świat realny ze wszystkimi swoimi zagadkami i niedoskonałościami, czy sztucznie kreowana kraina kinematografii zachodniej. Nie chcę odgrywać snoba, który z dumą oznajmia, że gardzi „mało ambitnymi” produkcjami z fabryki gwiazd – nie, nie gardzę, a nawet lubię i doceniam. Stawiam po prostu pytanie, czy obok kolorowych plakatów filmów zachodnich nie mogłyby pojawić się, może nieco uboższe graficznie, plakaty filmów mniej kasowych? Pewnie znowu banał, ale kto, jeśli nie recenzent (nawet samozwańczy i może nie najzdolniejszy), ma tymi banałami rzucać?

Podsumowując, polecam zapoznać się z filmem Alonso. Nie gwarantuję jednak, że z sali kinowej wszyscy wyjdą zadowoleni. By lubić takie kino trzeba mieć w sobie żyłkę etnografa, który prując pod prąd stara się dotrzeć do niczym nieskrępowanej wizji świata. Czy sam ją mam? Chyba nie do końca, bo „Liverpool” nie zaparł mi tchu w piersiach, nie spowodował szybszego bicia serca. Z drugiej strony, na pewno skłonił do zastanowienia i zadziwił swoją prostotą, która w jakiś nie do końca znany mi sposób przemyca ze sobą bagaż całkowicie sprzecznych emocji, które cisną mi na usta słowa: „Jestem za, a nawet przeciw”.


produkcja - Argentyna, Francja, 2008
reżyseria - Lisandro Alonso
scenariusz - Lisandro Alonso, Salvador Roselli
zdjęcia - Lucio Bonelli
muzyka - Flor Maleva
montaż - Lisandro Alonso, Sergi Dies,
czas projekcji - 84 minuty


OBSADA

Nieves Cabrera
Juan Fernandez
Giselle Irrazabal
 



 


Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL | Klub Miłośników Filmu, 11 listopada 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA