Kontrowersyjna postać Lobo po raz pierwszy pojawiła się w roku 1983 na kartach komiksu "Omega Men" (spin-off wydawanej także w Polsce "Zielonej Latarni"). Stworzony przez Rogera Slifera i Keitha Giffena awanturnik, miał być odpowiedzią na marvelowskiego Wolverine'a. Jednorazowy wybryk, jak określili go twórcy, bardzo spodobał się czytelnikom, choć sukcesu tej epizodycznej postaci nikt nie wróżył. Świat komiksu rządzi się swoimi prawami, więc gdy czytelnicy chcą więcej Lobo... to dostają go. Pięć lat później Lobo, określający się mianem Ważniaka, został wcielony do L.E.G.I.O.N.u (Licensed Extra-Governmental Interstellar Operatives Network) - grupy stojącej na straży pokoju w galaktyce. Skłonny do destrukcji antybohater nie mógł zagrzać miejsca w tej organizacji. W 1990 roku, za sprawą Alana Granta - etatowego scenarzysty "Sędziego Dredda" i publikującego swoje prace na łamach "Heavy Metalu" Simona Bisleya, zostaje wydany album "Ostatni Czarnianin". Brutalny i zabawny komiks, prezentujący historię wrednego do szpiku kości drania, który jest zarazem jedynym przedstawicielem swojego gatunku. Od tej chwili kosmiczny łowca nagród nie musiał się martwić o swój los; na kilka lat dostał własną serię w której nierzadko pojedynkował się ze znanymi postaciami. Specyficzny humor i nadmierna porcja przemocy to znaki rozpoznawcze ostatniego mieszkańca Czarni. Mimo kilkuletniego poślizgu, do Polski zawsze docierały najlepsze numery. Dzięki nieistniejącemu już wydawnictwu TM-Semic, setki czytelników (w tym mały Ja), mogły zapoznać się z perypetiami Ważniaka. Takie komiksy jak "Ostatni Czarnianin" - wyjaśniający zagadkę niezniszczalności, "Lobo Powraca", czy konfrontacja z Batmanem, to prawdziwe rarytasy.
Film jest wierną adaptacją albumu pod tym samym tytułem. Na szczęście scenariusz nie trzyma się kurczowo pierwowzoru, dzięki czemu osoby już znające tą opowieść zostaną nie raz zaskoczone. Szczęśliwie "Paramilitarne Święta Specjalne" (tak zatytułowany w naszym kraju jest ów komiks), jest jednym z lepszych występów Lobo. Pewnie tematyka świąt w kolorze czerwonym nie każdemu przypadnie do gustu, ale akurat taka jest specyfika tej serii; twórcy nie mają praktycznie żadnych barier w dobieraniu ofiar niebieskoskórego łowcy nagród. Historia zaczyna się od rewelacyjnego prologu, którego w filmie niestety zabrakło - nie zdradzę o co chodzi, ale zalecam zapoznanie się z oryginałem. W każdym razie pozbawieni świątecznego wstępu, poznajemy historię kolejnego zlecenia. Do podejrzanej meliny wkracza Lobo - widać, że reputacja robi swoje, bo część z bywalców wie, że jedyną sensowną reakcją na osobisty kontakt z Ważniakiem, jest całkowita uległość. Zleceniodawca czai się na zapleczu, a jest nim...Wielkanocny Zajączek. W Polsce w trakcie świąt Wielkiej Nocy musimy się bez zwierzaka obejść (podobnie jest ze zbieraniem poukrywanych jajek, co jednak może okazać się prawdziwą katastrofą, co znakomicie udowodnił film "Critters 2: The Main Course"). Jak się okazuje, nie ma czego żałować, bowiem Zając okazuje się być śliskim typem, mającym skłonności do alkoholu kobieciarzem. Nietypowy pracodawca pociąga za sobą nietuzinkową ofiarę, której trzeba pomóc w podróży na tamten świat. Celem do zlikwidowania ma być sam Święty Mikołaj. Nie ma co ukrywać, że święta Wielkiej Nocy z kretesem przygrywają z Bożym Narodzeniem - ta dominacja nie podoba się futrzakowi, bo z popularnością wiążą się ogromne profity, a bycie na drugim miejscu opłacalne nie jest. Lobo świąt nigdy nie lubił, toteż robotę przyjmuje. Zakładam, że każdemu Święty Mikołaj kojarzy się z miłym staruszkiem raz do roku rozdającym prezenty. Nieprawda! Niejaki Kris "Zgniatacz" Kringle, to ścigany przez Amnesty International socjopata, który dzięki znakomitej kampanii public realations utrzymuje swoją pozycję. Zaszyty w imponującej twierdzy położonej na Biegunie Północnym, będzie twardym przeciwnikiem. Dodatkowym atutem Mikołaja są zastępy Elfów-niewolników i kilka asów w rękawie. Jak widać scenariusz jest nakreślony raczej humorystycznie - to bardzo dobrze, bo chyba nikt nie chciałby oglądać potraktowanej na poważnie opowieści, w której Święty Mikołaj walczy na śmierć i życie z kosmicznym łowcą nagród.
Jak dotąd, wszelkie nie-komiksowe przedsięwzięcia związane z Lobo prześladowało jakieś fatum. Nic nie wyszło z animowanego serialu (choć postać pojawiła się kilka razy w animowanych przygodach Supermana), nigdy nie było też okazji, by zagrać w jakąś grę sygnowaną czteroliterowym imieniem Ważniaka. Wiąże się z tym ciekawa historia: pierwszą z zapowiedzianych gier była bijatyka 2D przeznaczona na Segę Genesis i SNESa. Oficjalnie nigdy jej nie ukończono, choć w prasie branżowej (między innymi w oficjalnym magazynie Nintendo, oraz prestiżowym EGM) ukazały się recenzje, a nawet listy ciosów dla poszczególnych postaci. Powróćmy jednak do filmu. Pierwsze przymiarki do zekranizowania przygód Lobo rozpoczęły się w trakcie zdjęć do "Street Fightera". Andrew Bryniarski (czyli filmowy Zangief) - pokaźnych rozmiarów aktor, który zauważył na siłowni dziwny plakat. Zainteresowała go twarz wrednego klauna, wynajął więc prywatnego detektywa, aby ten sprawdził co to za cudaczna postać uśmiecha się do niego z plakatu, a następnie dowiedział się kto dysponuje prawami autorskimi. W ten sposób udało się dotrzeć do Keitha Giffena, który jednak praw autorskich nie posiadał. Ich właścicielem był już Joe Silver, właściciel wytwórni, dzięki której Bryniarski zaistniał w aktorskim świecie (komedia "Hudson Hawk"). Znany przede wszystkim jako Leatherface z nowej wersji "Teksańskiej masakry..." Andrew Bryniarski, wraz z Giffenem i Grantem przez kilka lat próbowali namówić mądre głowy w Silver Pictures do nakręcenia filmu. Panowie sami zajęli się scenariuszem, ale wytwórnia wybadała projekt stwierdzając, że nie nadaje się on do realizacji. Skrypt trafił nawet w ręce Tima Burtona - ten powiedział, że historia jest świetna i zabawna, a następnie grzecznie odmówił.
W 1999 roku Bryniarski ucharakteryzował się na Lobo, pstryknął kilka fotek i zaczął je rozsyłać na lewo i prawo, także bezskutecznie. Natomiast rok wcześniej, tematem zainteresowano się w Warner Bros. Fabularne przygody Lobo miały być nakręcone na modłę "Men in Black", czyli w obfitym komediowym sosie. Kandydatem na stołek reżysera był mało znany wtedy Peter Jackson, a główną role planowano dla Nicolasa Cage'a. Czy Cage pasuje do roli ostatniego Czarnianina? Moim zdaniem nie (jak sprawuje się w roli posępnego komiksowego herosa, przekonamy się wkrótce w filmie "Ghost Rider"). W rezultacie żadna z wielkich wytwórni nie zainteresowała się przeniesieniem na srebrny ekran kultowego komiksu, na szczęście tego zadania podjęli się członkowie American Film Institute. Początkowy budżet to (uwaga!) niecałe dwa i pół tysiąca dolarów! Kwota została powiększona przez fanów i nie wiem ile wynosiła ostateczna suma ale zapewniam, że udało się za te pieniądze stworzyć sugestywną scenografię i kostiumy. Zdjęcia trwały zaledwie cztery dni. Reżyserii podjął się Scott Leberecht - szeregowy pracownik Industrial Light and Magic, który pracował przy efektach do "Jeźdźca bez Głowy", "Spawna" oraz "Flubbera". Głównym zmartwieniem Leberchta był odtwórca głównej roli - potrzeba było dużego gościa z umiejętnościami aktorskimi. Gdy do Scotta trafiły wspomniane wcześniej fotki Bryniarskiego, pojawiły się kolejne pytania - w końcu jest to profesjonalny aktor mający na swoim koncie poważne filmy - czy będzie chciał wziąć udział w pół-amatorskim projekcie? Jeden telefon wyjaśnił wszystko. Andrew Bryniarski zareagował bardzo entuzjastycznie, nie tylko zgodził się bezpłatnie zagrać awanturnika - błyskawicznie skontaktował się z Giffenem, aby ten dostosował scenariusz do skromnego budżetu. Okres preprodukcji trwał półtora tygodnia, natomiast zmontowanie całości zajęło zaledwie kilka dni.
Zapewne każdy fan komiksu zadaje sobie pytanie w jakim stopniu znany z ról małomównych osiłków Bryniarski przypomina rysowaną postać. Powiem wprost - jego Lobo jest wizualnie bezbłędny. Wygląda zupełnie jak komiksowy pierwowzór, zadbano nawet o czerwone soczewki kontaktowe. Szkoda tylko, że nie ma skłonności do żartów; czarnego humoru co prawda nie brakuje, ale czuć, że jest to troszkę inna postać. Coś za coś - brak rozbawiających odzywek przeobraził papierowego drania w jeszcze gorszego skurczybyka - naprawdę nie chciałbym go spotkać w ciemnej uliczce. Odrobinę lepiej wypadł Święty Mikołaj, a Wielkanocny Zajączek jest po prostu rewelacyjny - cienki głosik i baśniowy wygląd ciekawie się komponują z wredną naturą zwierzaka. Bardzo amatorsko zachowują się elfy - choć główna siła robocza fabryki "Zgniatacza" ginie bardzo szybko to widać, że zabrakło szlifów aktorskich. Co ciekawe - film pozbawiony jest drastycznych scen, a przecież "Paramilitarne Święta Specjalne" zawierało kilka naprawdę ostrych kadrów; z tego co pamiętam, jest to najkrwawsza misja Ważniaka. Zamiast otwartej wojny z łowcą nagród, widzimy centrum dowodzenia i obrazy z kamer roboczych; film jest tak zmontowany, że ujęcia kończą się zanim poleje się krew. Ponieważ film powstawał w ramach ćwiczeń praktycznych AFI, a nie dla celów komercyjnych, można było bez problemów czerpać z pierwowzoru. Otrzymujemy zatem mistrzowskie dialogi przeniesione żywcem z kart komiksu. Nie zawodzi muzyka - choć film jest krótki, to w tle przewijają się ostre kawałki zespołu Machine Head oraz Roba Zombie. Uważam, że filmowy debiut Lobo jest udany. Ponieważ nie jest to komercyjna produkcja sporo mogę wybaczyć - pomijając sceny z elfami, film wygląda bardzo profesjonalnie.
Niestety, nie wszystkie albumy z Lobo trzymają poziom pierwowzoru recenzowanej przeze mnie ekranizacji. Oto trzy, według mnie najlepsze z wydanych w naszym kraju:
|
|
LOBO VS MASKA
(TM-SEMIC 4/99)
Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy album z Lobo. Ten ekstremalnie zabawny crossover powinien znaleźć się na półce każdego komiksiarza. Tajemniczy bandzior pustoszy wszechświat, zlecenie na jego głowę dostaje wiadomo kto. Wszystkie tropy prowadzą na Ziemię, gdzie zupełnie przypadkowo pewien krętacz znajduje Maskę! Chyba każdy oglądał słynny film z Jimem Carreyem - co się dzieje gdy dwaj antybohaterowie natkną się na siebie na ulicach Nowego Jorku? Nie zdradzę co wydarzy się później, ale sporo wody upłynie w rzece Hudson zanim obaj zorientują się, że są praktycznie nieśmiertelni.
|
|
|
NIEAMERYKAŃSCY GLADIATORZY
(TM-SEMIC 1/98)
Oto w jakim kierunku zmierzają programy reality show: Mondo Carno to zawody, w których ścierają się wykolejeńcy z całej Galaktyki. Główną nagrodą jest planeta, z którą zwycięzca zrobi co zechce. Nieczyste zagrywki i przekupieni sędziowie, to codzienność. Niezależnie od tego kto wygra, sytuację mieszkańców owego globu Marsellus Wallace określiłby jako "daleko od okej".
|
|
|
KONTRAKT NA BOUGA
(TM-SEMIC 2/99)
To nie literówka - zgaduję, że ten zabieg pozwolił uniknąć odpowiedzialności karnej. ;) Typowe zlecenie przeradza się w epicką walkę kipiącą od bilblijnych nawiązań. Niebiańskie zastępy mięsożernych cherubinów kontra piekielne wojsko. Szalona historia dwóch braci, pewnego łowcy nagród i kilku jeźdźców apokalipsy. Zwariowany świat, w którym niebo jest puste, a piekło wprost pęka w szwach.
|
|
PARAMILITARNE ŚWIĘTA SPECJALNE
Tytuł oryginalny: The Lobo Paramilitary Christmas Special
Rok i kraj produkcji: 2002, USA
Czas trwania: 13 minut
Reżyseria: Scott Leberecht
Scenariusz: Simon Bisley, Keith Giffen, Alan Grant
Obsada:
| Andrew Bryniarski | .....Lobo |
| Tom Gibis | .....Zajączek Wielkanocny |
| Michael V. Allen | .....Święty Mikołaj |
| Michael Goodrow | .....Cecil |
| Douglas Blakeslee | .....Roger |
| Charles Wyman | .....Byron |
| Jim O'Brien | .....Barman |
|
|
 |
Autor recenzji: Dawid Karpiński - DR_BAKIER |
Klub Miłośników Filmu 24.08.2006 |
|