Poniższe opinie zostały spisane zaraz po zapoznaniu się z poszczególnymi sezonami i nieco się zdziwiłem, kiedy patrząc na serial z perspektywy czasu stwierdziłem, że nie zmieniłbym ich za bardzo. Załączam je jako dopełnienie mojej analizy "Lost" i zaznaczam, że jestem gotów do wszelkich dyskusji względem tego co napisałem.
Przyznam się szczerze, że spodziewałem się czegoś zupełnie innego, sam nie wiem - jakiejś akcji, mnóstwa wybuchów i w sumie to trochę jakby efektownego s-f. Dostałem natomiast dramat przygodowy, przyprawiony ogromną dawką tajemnic. No właśnie, ogromna dawka tajemnic, z których wyjaśnionych zostaje naprawdę niewiele, a z tego co wiem, to w drugim sezonie jest to samo. I jest to niezmiernie irytujące, bo naciągane jak tylko można w czasie i przestrzeni. Materiał ma w sobie niesamowity potencjał, ale od razu - od pierwszych odcinków - widać, że "Lost" został z góry zaplanowany na kilka sezonów, wiec tenże materiał automatycznie traci dużo wskutek rozciągania tego wszystkiego na 24 odcinki, a w zasadzie 25, bo ostatni jest x2. I tak pewnie w każdym sezonie. I ogólnie ogląda się go wyśmienicie, jest to wspaniale pod względem technicznym nakręcona produkcja, ale fabularnie rozwleczona, i w pewnym momencie musi się potknąć. Jest więc pierwszy odcinek i najbardziej wstrząsające wprowadzenie jakie kiedykolwiek widziałem! Trwa to jakieś 15 minut i daje niesamowitego emocjonalnego kopa - po prostu mistrzostwo świata! Widać, że twórcy posłuchali rad starego wujka Hitchcocka co do budowania napięcia. Później, w imię tejże rady, jest nawet jeszcze lepiej, bo napięcia może i wielkiego nie ma, ale jest przedstawianie postaci, zawiązywanie wątków: generalne oględziny tego co przyjdzie prawdopodobnie oglądać przez kilka następnych lat. I zaczynają się retrospekcje. Świetny pomysł. Tak jest do 7-8 odcinka kiedy to serial zaczyna być przeładowany, zaczyna chcieć być czymś więcej niż tylko rozrywką. Coraz dłuższe retrospekcje obejmujące coraz więcej osób, przeplatanie się niby nic nie znaczących wątków przybiera postać ukrytej fabuły. Zaczyna to w pewnym momencie nużyć. Za dużo tego wszystkiego, zbyt wiele postaci, nie wiadomo do kogo się przekonać, kogo polubić, kogo nie. Za dużo w zbyt krótkim czasie. A przecież z każdym odcinkiem pojawiają się nowe informacje. Wprawdzie sama sekwencja retrospekcji jest kapitalna; dobieranie kolejności nie tyle do pojedynczych odcinków, co do całości; początkowe pomijanie niektórych, czekanie z wyjaśnieniami co do innych. Co niestety nie zmienia wrażenia przeładowania, ba - jeszcze je potęguje! Kompletny mętlik w głowie. I tak jest do 18. odcinka, kiedy wszystko znowu zaczyna ruszać pełną parą... jednak zwyżka trwa do 20. epizodu, czyli śmierci Boone'a. Później znowu tempo trochę spada, by zakończyć świetną, lecz bardzo mało wnoszącą końcówką. Cięte odcinki, sytuacje powracające dopiero po kilku następnych epizodach. Niewyjaśnione wydarzenia (sekwencja kiedy Boone widzi mordowaną siostrę, a potem okazuje się, że to nieprawda - nic, absolutnie nic nie jest później wspomniane o tym, co to miało być?!?). To irytuje, to szkodzi serialowi. Jestem pewny, że to będzie trwało przynajmniej 4-5 sezonów, co już obniża u mnie wartość samego serialu, bo nie uśmiecha mi się czekać kolejnych dwóch-trzech lat żeby się dowiedzieć o co tak naprawdę chodzi. Albo i nie dowiedzieć się niczego, bo na przykład serial straci popularność i ściągną go z anteny (chociaż to mało prawdopodobne). Bynajmniej, nie widzę tego jedynie jako zimnej kalkulacji, ale niestety coś z tego tam jest i to czuć przez cały sezon. Snuje się nad "Lostem" jak cień. Realizacja jest świetna, nie ma się do czego przyczepić. Aktorsko zdecydowanie powyżej średniej, a i poszczególne postaci są miejscami fenomenalnie rozpisane, i choć pod koniec Locke już mnie zaczynał irytować, to i tak jedna z lepszych postaci. Wkurzyło mnie także w jaki sposób poprowadzono postać Kate - która jest chyba najlepsza z całego serialu - od romansu do niewiadomo czego. Wszystko byle tylko zagmatwać ile się da i nic nie wyjaśnić. Jeszcze niezły jest oczywiście doktorek (w końcu jak główna postać mogłaby nie być ciekawa?), choć ździebko stereotypowy, niezły jest Sawyer, chociaż ze zdecydowanie niewykorzystanym potencjałem. Dobre są pary: Boone-Shannon oraz koreańskie małżeństwo Sun-Jin - na początku wkurzające, później przepięknie kontrastujące z zachodnią kulturą (tak samo postać Sayida, a i warto też zwrócić uwagę na poprawność polityczną serialu - mamy tu reprezentanta każdej rasy i grupy etnicznej). Słaba była postać Claire i wątek ojca walczącego o szacunek dziecka (chociaż chyba głównie ze względu na irytującego aktora-ojca). Na granicy był Charlie, ale na szczęście nigdy jej nie przekroczono. To samo z Hurleyem, choć ciągłe 'dude' za każdym razem mnie rozwalało i w ogóle wprowadzał fajną, luźną atmosferę. Podsumowując, nie jest to serial zły. Powtarzam raz jeszcze, że jest co najmniej dobry, ale niemiłosiernie rozwleczony i rozczłonkowany. Na razie 7/10, bo jednak pomimo tych wad, serial mnie trochę zafascynował - przede wszystkim swoimi bohaterami - ale jakoś nie chce mi się wierzyć żeby zapoznanie się z drugim sezonem zmieniło coś w tej ocenie. Najlepszy odcinek - 20. Najlepsza postać - Kate. Największa zaleta - pewnego rodzaju studium bohaterów dramatu, skupianie się na ich motywacjach, wadach i przeszłości. Swoisty wgląd w ich dusze, który pozwala przyjrzeć się również własnemu życiu... Największa wada - trochę za dużo postaci, co skutecznie utrudnia swego rodzaju oswojenie się z nimi (co z tego, że tak miało być!). Ciężko lubić i przejmować się losami wszystkich, choć nie jest to absolutnie niemożliwe. No i jeszcze te dziesiątki niewyjaśnionych tajemnic. To trochę irytuje i na dłuższą metę jednak przeszkadza.
No i tak jak myślałem - niewiele się wyjaśniło. Pięć sezonów to minimalny plan jaki ten serial osiągnie. A drugi sezon zły nie jest, ale jednak ciut gorszy od poprzednika. Pierwszy odcinek dobry - jest wolta, jest niezła akcja, jest napięcie (światło 'pochłaniające' Kate schodzącą do włazu - geniusz!). Lecz niestety w miarę czasu wyjaśnia się, że ta wolta wcale taką super woltą nie była, bo dalej o 'Innych' wiadomo tyle co nic, a doszła kolejna tajemnicza 'organizacja' - Dharma. Jednakże na końcu okazuje się, że jednak to była wolta o większym znaczeniu niż przypuszczaliśmy na początku - zabawa z widzem i wszystkimi tajemnicami trwa w najlepsze. Po pierwszym epizodzie zaczyna się jednak duży spadek i odcinki stają się irytujące i nużące. Postaci zaczynają zachowywać się jakby zaraz miało się wydać, że to jakieś cholerne reality show. Generalnie pojawia się lekka sinusoida - jak twórcy widzą, że trochę za bardzo przesadzają, to ładują jakiś zwrot akcji i parę innych składników; serial idzie w górę żeby nie stracić zainteresowania widzów, by za chwilę wrócić do poprzedniego stanu. Równowaga zostaje zachowana. Od 17. epizodu, podobnie jak w pierwszym sezonie, zaczyna się powoli wielki finisz, który, przyznaję bez bicia, daje porządnego, emocjonalnego kopa, lecz znowu nie wyjaśnia wiele, zostawiając mnie na polu bitwy poirytowanego i z jeszcze większą dawką tajemnic na głowie, bo jak coś zostało wyjaśnione, to stanowiło równocześnie odskocznię do kolejnych wątków. Ale i tak jest trochę lepiej niż po pierwszym, choć to głównie zasługa czasu jaki przyszło spędzić z bohaterami, bo jako całość jest zbyt nierówny. W drugim sezonie jest więcej dramaturgii i zwrotów akcji, więcej głównych bohaterów idzie użyźniać glebę, jest wreszcie więcej chaosu (w jednym odcinku retrospekcja którejś postaci, w następnym już jej nie ma). Dodanie kolejnych postaci do historii jeszcze bardziej pogłębia zagubienie, tym bardziej że losy Any-Lucii oraz Libby zaczynają się ciekawie przeplatać z losami reszty, a obie panie w efekcie wędrują do piachu. Największym grzechem drugiego sezonu jest niesamowita rotacja emocji u głównych postaci - raz zachowują się normalnie, by chwilę później zacząć działać jak kompletni idioci. Po odcinkach takich jak ten, w którym, bądź co bądź najbardziej neutralny Hurley chce wysadzić całe żarcie, irytacja scenarzystami narasta, bo to wszystko, to jest dosyć słabiutkie granie na emocjach. Dobrze, że chociaż jest to zawsze jakoś porządnie umotywowane. Wszystkie postaci zaczynają się ze sobą żreć, walczyć, generalnie zachowywać zupełnie inaczej (wyjaśnienie, że są rozbitkami siedzącymi przez kilka tygodni na dziwnej wyspie nie jest żadnym wyjaśnieniem tego, co niektórzy robią). Osiąga to wszystko niesamowity rozmiar w tym co robi Michael na końcu sezonu - zrobił się z faceta maksymalny cham, żeby nie użyć innego mocniejszego słowa i nijak nie można wyjaśnić jego poczynań (i niech mi nikt nie wciska, że zrozpaczony ojciec ma prawo do tego co on zrobił, bo taką papkę jedynie amerykanie mogą przyjmować z radością). Jak można pozbawić życia dwie niewinne osoby i poświęcić czworo przyjaciół, powtarzam PRZYJACIÓŁ!, dla obietnicy złożonej przez zupełnie nieznajomych ludzi, z którymi się wcześniej walczyło??? No jak?!? Następuje dodatkowo dalsze rozczłonkowanie i ciężar z pojedynczych postaci przekłada się na całość grupy. Co skutkuje mniejszą lub większą utratą zainteresowania niektórymi postaciami. Kate zostaje pominięta, a zaczynała jako najciekawsza postać, to samo dzieje się z postacią Sayida. Jack trochę podobnie, chociaż oczywiście retrospekcji, jako główny bohater, dostaje od scenarzystów całą masę. Sawyer i Locke mają jakieś dziwne motywacje i ciągoty do robienia rzeczy głupich. Postać Charliego waha się to w tą to w tą. I tak dalej. Pewnie że można to wyjaśnić pojęciem jakiejś tajemniczej choroby, ale dopóki nie pojawi się o tym jakaś większa wzmianka, to ja tego nie kupuję. Drugi sezon, żeby jeszcze ponarzekać, robiony jest niesamowicie łopatologicznie, a przynajmniej tak jest do połowy. Odcinek 7. to praktycznie powtarzanie całego pierwszego sezonu, tyle że z innymi ludźmi i ździebko szybciej. Pierwsze kilka odcinków (oprócz pierwszego) powtarza kilkukrotnie to samo - cała akcja z Desmondem jest powtarzana po kilka razy żeby każdy, nawet oglądając na największym kacu, mógł zrozumieć o co chodziło i zainteresować się ponownie serialem, a także nową postacią, która przecież wraca na końcu drugiego sezonu i z pewnością dostanie swoje 5 minut w trzecim... Drugi sezon jest miejscami fascynujący, miejscami przeraźliwie nudny - nierówny jak cholera! Bo gdy wiążą co poniektóre końce, to potrafi to stawać się naprawdę fascynujące i ogląda się przysłowiowym jednym tchem. Lecz zbyt rzadko się to dzieje. Bo lepiej przecież naciągać wszystko do granic wytrzymałości żeby tylko jak najmniejszym kosztem pociągnąć całość dalej i nie stracić zainteresowania widzów. Ja niestety trochę straciłem i przyznaję szczerze, że na trzeci sezon nie czekam. Bo wiem co dalej będzie. Jedyne co może mnie zmusić do oglądania trzeciego sezonu, to ciekawość co do rozwoju charakterologicznego postaci. Bo to właśnie bohaterowie stanowią największą i niezaprzeczalną zaletę serialu, szkoda tylko że oferują taką wspaniałą zabawę także dla scenarzystów, którzy przekładają to na huśtawkę emocjonalną widza. I nie rozumiem dlaczego sezon drugi podostawał dwa razy więcej nominacji oraz powygrywał dwa razy więcej nagród niż pierwszy. I dodatkowo nie mogę pojąć dlaczego Matthew Fox dostał nominację do Złotego Globu za sezon drugi, a nie pierwszy, kiedy w drugim widać go o połowę mniej... To samo z Naveenem Andrewsem, którego w drugim sezonie po śmierci Shannon prawie w ogóle nie ma, natomiast Terry O'Quinn i Josh Holloway mają o wiele większe szanse się wykazać i tak też czynią. Ale to tylko takie moje małe dywagacje, bo doprawdy nie rozumiem takiego systemu oceniania.
Ocena - z perspektywy czasu:
  • sezon pierwszy - 7,5/10
  • sezon drugi - 7/10

    Ulubione postacie:
  • 1. Kate
  • 2. Locke
  • 3. Jack
  • 4. Sawyer
  • 5. Boone

    Najbardziej wkurzająca postać:
    pomimo wyrównanej walki, Claire przegrywa zdecydowanie z Michaelem...

    Najbardziej niewykorzystana postać: Sayid

    Najładniejsza aktorka: oczywiście Evangeline Lilly ;)

    Najlepsza scena: nie liczę prologu...
    Locke staje na nogi na początku pierwszego sezonu.
    Ta scena ma niesamowitego powera i jak dla mnie przebija wszystko inne...
    "Lost" jest dobrym serialem z trochę marnowanym potencjałem. W tym sensie, że jest skalkulowany od początku do końca, a 3 sezony wystarczyłyby żeby opowiedzieć wszystko co trzeba i nie naciągać tego. Niestety kasa jest kasą. Plus dla scenarzystów, że jednak starają się o spontaniczność i piszą skrypt serialu na bieżąco, choć w rezultacie to może sprawiać, że miejscami się gubią. Oglądało się jednak fajnie, przebrnięcie przez 47 odcinków zajęło sporo czasu. Zadziwiająca jest powtarzalność niektórych sytuacji, słów i gestów. Zdaje sobie sprawę, ze zostało to zrobione w celu zwiększenia dramaturgii przedstawienia, powiększenia 'efektu przeznaczenia', że się tak wyrażę oraz żeby dać widzom sposobność do 'zrozumienia' konkretnych poczynań bohaterów. Ale jest to aspekt niezmiernie fascynujący, choćby i będący wypadkową powyższych. Bo przecież tak się zdarza - powtarzalność tego co się kiedyś zrobiło lub powiedziało. Albo spotkanie dawno nie widzianej osoby, ot tak po prostu i słynna sentencja "Jaki ten świat mały". Albo spotkanie kogoś kogo się chyba wcześniej kiedyś widziało, ale to tylko jakieś podświadome uczucie. I wiele innych - to taki irracjonalny aspekt życia, który został świetnie w serialu przedstawiony. I to właśnie jest jedna z niesamowitych zalet "Lost" jako serii, rzekłbym nawet, że największa - wiele tu zahaczania o fascynujące sprawy i problemy, które stanowią aspekty normalnego życia, a w serialu służą jedynie jako tło. Lecz to tło mnie osobiście bardziej zainteresowało niż wiedza o Innych, przeklętych Numerach czy Dharmie. "Lost" to właśnie takie nierówne przedstawienie z podwójnym albo i potrójnym dnem. Ma mnóstwo wad, które irytują niezmiernie podczas oglądania, czasami jest dość usypiający oraz niesamowicie ciągniety i przesadzony. Lecz ma równocześnie mnóstwo genialnych scen, spostrzeżeń i świetnych ujęć rzeczywistości poprzez wiadomy pryzmat. I o dziwo właśnie to wszystko pozostaje po jakimś czasie, przynajmniej u mnie - te pojedyncze sceny, teksty, pojedyncze spojrzenie któregoś z bohaterów czy jakiś nic nie znaczący dla fabuły gest lub słowo. W tym właśnie upatruję największą wartość serialu i dlatego ocena jest taka jaka jest. Możliwe, ze z perspektywy czasu się obniży, ale jako całość na razie pomiędzy 7,5 a 8/10.