11 września 2001 roku to jedna z tych dat, które wchodzą na stałe do podręczników historii. Już w dniu tragedii było oczywiste, iż dzień ten będzie zapamiętany i przywoływany w niezliczonych dyskusjach, stanie się symbolem terroryzmu, wojny zupełnie innego typu niż nas przyzwyczajono na lekcjach historii, prowadzonej nie na froncie między armiami, lecz wymierzonej przede wszystkim przeciwko ludności cywilnej - w tym konkretnym przypadku w samym sercu, wydawałoby się - bezpiecznego państwa. Oto Stany Zjednoczone - największa potęga gospodarcza i militarna współczesnego świata, została zaatakowana w sposób bezprecedensowy na własnym terenie, co nie zdarzyło się od ataku na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku, a należy pamiętać, iż atak ten dotyczył bazy wojskowej położonej z dala od kontynentu, toteż śmiało można powiedzieć, iż atak do którego doszło 11 września 2001 roku był największym aktem agresji jakiego Stany Zjednoczone doświadczyły w całej swojej historii i z pewnością najbardziej spektakularnym. Dwa porwane samoloty pasażerskie rozbiły się o najwyższe budowle na Manhattanie - World Trade Center, trzeci spadł na budynek siedziby Departamentu Obrony USA - Pentagonu, czwarty zaś, o numerze lotu 93 leciał w kierunku Waszyngtonu. Co miało być jego celem - pozostanie tajemnicą, gdyż celu nie osiągnął - rozbił się na polach Shanksville. Historia tego lotu to główny temat wchodzącego właśnie na ekrany filmu Paula Greengrassa "Lot 93".
Wszystkie konsekwencje tego ataku będzie pewnie można ocenić dopiero po upływie jeszcze wielu lat. Ciekawe jednak, iż obok oczywistych reakcji w świecie polityki, gospodarki czy w procedurach bezpieczeństwa, tragedia ta wywołała również zamieszanie w Hollywood - łatwo było dostrzec analogie między dramatem 11 września, a wysokobudżetowymi produkcjami krainy snów, gdzie niejednokrotnie z winy inwazji obcych cywilizacji, spadającej asteroidy, wybuchu wulkanu i dziesiątek innych katastrof, widzowie obserwowali na dużym ekranie tragedie podobne tej, jaka rozegrała się tego pamiętnego dnia - cała akcja była tak nieprawdopodobna, iż wyglądała jak kolejny absurdalny pomysł hollywoodzkich scenarzystów! Odezwały się głosy, iż nic już nie będzie takie samo - miało to dotyczyć również kina. Niemal od razu temat terroryzmu i WTC stał się tematem tabu - premiera "Na własną rękę" z Arnoldem Schwarzeneggerem (o zemście na terrorystach) została odwołana i przesunięta o pół roku, "Nosebleed" z Jackie Chanem, który miał grać sprzątacza udaremniającego plany wysadzenia WTC nie został ukończony, wstrzymano również produkcję "Tick Tock" o terroryście podkładającym bomby w Los Angeles (ma się pojawić w tym roku), a z plakatu promującego "Spider-Mana" usunięto widniejące w tle dwie charakterystyczne wieże. Ponoć padł również pomysł zmiany tytułu drugiej części "Władcy Pierścieni" jako zbyt kojarzącej się z WTC...
Minęło jednak 5 lat i oto na naszych ekranach gości "Lot 93", a za miesiąc "World Trade Center" Olivera Stone'a. Czyżby Hollywood ochłonęło i po odczekaniu bezpiecznego dystansu pięciu lat postanowiło wreszcie zarobić na tragedii? Nie ma co ukrywać, iż temat 11 września jest niesłychanie atrakcyjny dla widza i każdy film w jakiś sposób z nim powiązany ma realną szansę na duży sukces komercyjny. Dystans i unikanie tematu przez amerykańskie kino minęły, obserwując produkcje, które od czasu tragedii 11 września gościły na naszych ekranach można dojść do wniosku, że tak naprawdę nic się nie zmieniło - filmy o charakterze katastroficznym, bądź podejmujące tematykę terroryzmu powstają podobnie jak przed atakiem na WTC; zapowiadana odmiana amerykańskiej fabryki snów była jedynie chwilowa, podyktowana żałobą, co było zresztą do przewidzenia. Myliłby się jednak ten, który twierdziłby, iż sam temat 11 września zostanie potraktowany podobnie jak wiele innych i na kanwie tej historii powstanie wysokobudżetowa superprodukcja, wypełniona po brzegi efektami specjalnymi, pompatyczną muzyką i gwiazdami ekranu, zgarniającymi za swoje role grube, tłuste miliony bucksów (choćby "Titanic" Jamesa Camerona, który też przecież opiera się na autentycznej tragedii). Twórcy "Lotu 93" na szczęście mieli świadomość, iż tej tragedii - bardzo jeszcze świeżej, należy się inne traktowanie.
Film Paula Greengrassa miał być przede wszystkim hołdem złożonym wszystkim, którzy stracili życie w wyniku wydarzeń jakie miały miejsce 11 września 2001 roku i swoje zadanie spełnia doskonale, o czym świadczy nie tylko napis informujący o tym na końcu filmu, lecz przede wszystkim poważne potraktowanie, chęć opowiedzenia historii w stopniu jak najbardziej zbliżonym do prawdy. Z tej przyczyny jednym z pierwszych etapów powstawania filmu było pieczołowite zbieranie informacji o zdarzeniu, angażujące wszystkich, którzy w jakimkolwiek stopniu mogli pomóc w ustaleniu jak najbliższej prawdy wersji zdarzeń - od służb militarnych i pracowników kontroli lotu, na rodzinach pasażerów tytułowego lotu kończąc. Okazuje się, iż informacje te nie są li tylko przechwałkami producenta - film sprawia wrażenie bardzo realnego, pozbawionego całej otoczki, która miałaby historię uatrakcyjnić - żadnej wpadającej w ucho muzyki, żadnych kreacji aktorskich obliczonych na choćby nominację do Oscara, brak efektownych ujęć kamery, efektów specjalnych. "Lot 93" sprawia wrażenie surowego, nie poddanego żadnym manipulacjom filmowym. Mało kto dostrzeże wśród obsady choćby jedno znajome nazwisko - zaangażowani aktorzy są nawet wyrobionej publiczności zupełnie nieznani (choć trzeba przyznać, że grają swoje role bardzo naturalnie). Wszystko to sprawia, że łatwo się w ową historię zaangażować, patrzeć na nią jak na relację niemal "na żywo" i równie łatwo zidentyfikować się z bohaterami filmu, z których żaden nie rości sobie prawa do pierwszego planu.
Bardzo ważna cechą "Lotu 93" jest jego bezstronność - nie znajdziemy tu prób odpowiedzi na pytanie kto jest odpowiedzialny za ataki, dlaczego doszło do tej tragedii, jaki był jej sens. Skoro film miał być hołdem złożonym ofiarom, a nie traktatem politycznym, postanowiono skupić się na samej tragedii, po prostu wiernie ją pokazać i pozostawić bez komentarza. Między innymi dzięki temu film oprócz płaszczyzny czysto historycznej, bliskiej rekonstrukcji zdarzeń, zyskuje wymiar uniwersalny i staje się opowieścią o grupce obcych sobie osób, które w obliczu zagrożenia własnego życia zmuszone są o nie walczyć, choć z pewnością budząc się rano myśl o śmierci była dla nich równie odległa jak dla większości z nas. Jest to sytuacja, na którą przeciętny człowiek nie jest przygotowany, zaś wydarzenia z 11 września oraz "Lot 93" w szczególności przekonują, że nikt i nigdzie nie może czuć się bezpiecznie. Poraża również łatwość z jaką zaledwie kilka osób może sterroryzować znacznie większą liczebnie grupę, niemal bez użycia broni, za pomocą samego strachu, co mojej pamięci przywołało obraz obozów koncentracyjnych z czasów drugiej wojny światowej, gdzie liczba więźniów wielokrotnie przekraczała liczbę strażników, którzy w obliczu mobilizacji całego obozu musieliby ulec. Tak się jednak nie stało. W analogicznej sytuacji stanęli pasażerowie "Lotu 93", którzy z podobną świadomością nieuchronności śmierci potrafili połączyć siły i wspólnie podjąć choćby próbę zmiany losu. Nie udało im się uratować własnego życia, ale prawdopodobieństwo, iż w ten sposób uratowali niemożliwą do oszacowania liczbę potencjalnych ofiar niedoszłego zamachu jest ogromne. Z tej przyczyny należy im się pomnik, jaki postawił im Peter Greengrass i cała ekipa odpowiedzialna za powstanie "Lotu 93".
 |

Rok produkcji: 2006
Kraj: Francja, Wielka Brytania, USA
Czas trwania: 111 minut
Reżyseria: Paul Greengrass
Scenariusz: Paul Greengrass
Zdjęcia: Barry Ackroyd
Muzyka: John Powell
Obsada:
Christian Clemenson, Trish Gates, Polly Adams, Cheyenne Jackson, Opal Alladin, Gary Commock, Nancy McDoniel, David Alan Basche, Richard Bekins, Susan Blommaert, Ray Charleson, Liza Colón-Zayas, Lorna Dallas, Denny Dillon, Trieste Kelly Dunn i inni
|
 |
 |
Autor recenzji: Marek Klimczak - BOCIAN |
Klub Miłośników Filmu 01.09.2006 |
|