NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ
14.02.2002
"Kiedy pan Bilbo Baggins z Bag End oznajmił, że wkrótce zamierza dla uczczenia sto jedenastej rocznicy swoich urodzin wydać szczególnie wspaniałe przyjęcie, w całym Hobbitonie poszły w ruch języki i zapanowało wielkie podniecenie"
Powyższymi słowami zaczyna się najpiekniejsza opowieść jaką dane mi było poznać przez całe moje życie. Brzmi to jak jakiś truizm, jak jakies zdanie wyrwane z wypracowania szkolnego na temat ulubionej literatury ale... uwierzcie mi. "Władca Pierścieni" to nie jest dla mnie kolejna książka jakich wiele i, co oczywiste, film Petera Jacksona również zwykły nie jest.

Pamiętam jak dziś gdy pewnego razu razem z moim przyjacielem z podstawówki poszliśmy do osiedlowej biblioteki, gdyż naszła nas z nagła chęć przeczytania czegokolwiek co by było odskocznią od wszelakich, znienawidzonych już, lektur szkolnych.
Na jednej z półek, wciśnieta była pomiędzy inne książki, powieść gościa o enigmatycznym imieniu Tolkien. Żadnemu z nas to imię nic nie mówiło, nic nie znaczył też dość dziwaczny tytuł książki "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Z powrotem czyli gdzie? Dokąd? I kim są ci hobbici? A może hobbity?
Zaintrygowani tytułem ową powieść wypożyczyliśmy zawierając nieoficjalna umowę, że po nim to ja książkę przeczytam, bo pani bibliotekarka zadziwiona naszym wyborem - zadziwiona i zachwycona! - z całym sercem, jak tylko mogła zachwalała ową książkę, bo to najlepsza powieść dla dzieci i młodzieży i dorosłych (!), bo jakże to cudownie, że takie małolaty jak my bierzemy do rąk tak przewspaniałą książkę, bo to, bo tamto. Reklama więc była całkiem niezła, tym większe nasze zniecierpliwienie.


Następnego dnia przeżyłem szok. Kumpel wpada do szkoły niewyspany, kompletnie nie przygotowany na klasówkę z matematyki i kładzie jedną rzecz na ławkę. "Hobbita" właśnie.
-Stary, musisz to przeczytać. Musisz! To nie żaden wygłup! MUSISZ!
No i co mozna powiedzieć gdy słyszy się takie słowa? Mus to mus, skoro nie spał w ogóle w nocy to jednak musi być to coś.
To "coś", jak sie okazało, oszołomiło mnie. Oszołomiło, sponiewierało myśli i... zachwyciło. Wyprawa Bilbo Bagginsa z krasnoludami po złoto Smauga była wprost... nie do uwierzenia. Jasne, to bajka, bajeczka, ale zachwyciła. Po raz pierwszy użyłem w tak spontaniczny i niespotykany wcześniej sposób wyobraźni.
Powieść Tolkiena była podobna do snu z którego nie chcielibysmy sie obudzić. Jakby w krwiobieg wyobraźni wstrzyknięto dawkę czarów, magii...
Cóż po tak znamienitej historii możnaby poczynić? Naturalnym wyborem w tej sytuacji byłoby wybranie się po kolejną książkę Johna Ronalda Reuela Tolkiena.
Zachodzimy do biblioteki i prosimy o następna porcję smacznego dania o nazwie "Śródziemie". Pani bibliotekarka zdziwiona była bardzo naszym pytaniem o "coś" Tolkiena. Jej ręka pokazała półkę z na której znajdowała sie literatura autorów na "T". Dobra, Tolkien jest, ale... ile tego może być?! 3 części "czegoś" o nazwie "Władca Pierścieni"! 1200 stron! Żebyście mogli wtedy zobaczyć nasze oczy pełne przerażenia i zachwytu!
Teraz się do czegoś przyznam. Otóż nie od razu "chwyciłem" powieść. Przez "Wyprawę" (tak przetłumaczyła pierwszy tom Maria Skibniewska w wydaniach starszych) przebrnąć nie mogłem.
Nie poruszyło mnie, nie zachwyciło... Książkę odstawiłem na wieczne potem.
Aż pewnego razu, może po pół, a może całym roku, sięgnąłem po raz wtóry po "Władcę Pierścieni".
Wtedy chwyciło. Fascynacja. Kompletna fantastyczna paranoja.
Zachwycił mnie świat Śródziemia, tak pieczołowicie stworzony przez Tolkiena. Nie jest to jednak zwykły świat jakich zapewne wiele. Czytając tą powieść jakbym zamykał oczy i gdzieś tam w głowie mej rozpoczyna się wyprawa do Mordoru. I cieszę się jak dzieck, że jest mi dane iść przez łąkę z hobbitami i uciekać przez pole pieczarkowe wespół z nimi. Albo przeżywać fascynację widokiem przepięknych elfów, przechodzić przez Stary Las, cierpieć z Frodo gdy ten jest ranny, umierać ze strachu gdy Drużyna przechodzi przez Morię...


Może właśnie na tym polega geniusz powieści Tolkiena - świat Sródziemia, mimo że to wymysł naszej fantazji, to ISTNIEJE. Istnieje na innej płaszczyźnie, jest trochę innym wymiarem naszego świata. To wciąż wyobraźnia ale... pamiętacie tego chłopca z "Niekończącej się opowieści"? Pewnego razu znalazł on tajemniczą księgę i zaczął ją czytać. Świat fantazji uległ ożywieniu, a sam bohater opowieści musiał uratować fizyczny świat Fantazji. Realizm przeplata się z wyobraźnią. Aby dostrzec tą dwuwymiarowość trzeba poczuć w sobie dziecko. Z jego naiwnością, prostotą pojmowania świata, z mickiewiczowskim "różowym szkiełkiem". Oderwać się od Ziemi i wylądować w Fantazji.
"Niekończąca sie opowieść" ma w związku z "Władcą Pierścieni" jeszcze coś wspólnego. Film o wyprawie Bastiana jest jednym z pierwszych obrazów jakie pamiętam z dzieciństwa. Pamiętam dobrze to oczarowanie, te kolejne "wejścia" w świat Fantazji, ten płacz gdy Bastian stracił konia w bagnie... Oglądanie tego z dziecięcą naiwnością było rzeczą niesamowitą, pełną sprzecznych ze sobą uczuć (radość-smutek), bo i sama historia była gorzko-słodką opowieścią.
A teraz mamy "Władcę Pierścieni". Film na który czekam od 10 lat.
Dzisiaj usiadłem sobie w fotelu kinowym o godzinie 0.01 w nocy z 13 na 14 lutego 2002.


Zaczyna się wręcz nieziemsko... Jednak i to za mało powiedziane. Pierwsze sekundy filmu wbiły mnie w fotel. Ciarki mi przechodzą po plecach, dech zamiera, przestałem nawet zwracać uwagę na jedzących popcorny, gadających, skomlących, szturchających... I tak już było do końca...
Wojna ludzi i Elfów, wojna Isildura i Elronda przeciwko Czarnemu Władcy, Sauronowi przygniotła mnie swym ciężarem, epickością, WIELKOŚCIĄ, rozmachem... Sam Sauron, choć w książce bardziej obecny jako Oko... och kurcze... wygląda przerażająco. Sauron mojej wyobraźni, mojego strachu...
Następnie Shire... Oniemiałem z zachwytu. Taka wiejska idylla niczym nie zmącona. Jeśli spokój, równowaga, beztroska przybrałaby jakiś konkretny kształt - to tylko Hobbiton. Wspaniałe jest to, że ten Hobbiton istnieje naprawdę, bo ekipa Petera Jacksona naprawdę zbudowała te wszystkie dekoracje: te domki, ogródki, rośliny - to wszystko nie jest sztuczne, bo twórcy zadbali o autentyzm miejsca, o to, żebym tam był, aby to nie były tylko dekoracje ze styropianu.
Zresztą każde miejsce wydaje się istnieć naprawdę. Czy to zasługa efektów specjalnych? Poniekąd, ale od razu muszę powiedzieć, że to nie one budują klimat filmu, nie one decydują o końcowej ocenie filmu. Nie są efekty specjalne jedyną wartością tego filmu żebym mógł zapomnieć o innych, jakże ważnych sprawach.
Jednakże wystarczy zobaczyć jak wygląda Isengard, siedziba Sarumana, czy Barad Dur, twierdza Saurona w Mordorze aby stwierdzić, że obecnie w kinie stworzyć można wszystko włącznie z najważniejszym: ekranizacją WYOBRAŹNI.
Oczywiście może te słowa są za wielkie, bo jednak świata wyimaginowanego zekranizować się dokładnie nie da, ale... to co zaserwował Peter Jackson jest znakomite w każdym najmniejszym detalu. Reżyser od dawna mówił iż ekranizację "Władcę Pierścieni", taką jaką ona jest najlepsza, najdokładniejsza, każdy nosi we własnej głowie. On jedynie stworzył film w oparciu o własne wyobrażenie, które powstało gdy czytał setki razy powieść Tolkiena. Takie założenie pozwala patrzeć na film trochę przez palce, oczyma innego człowieka, który próbuje sprostać nie tylko samej prozie Tolkiena, nie tylko czytalnikom, ale i własnej wyobraźni.


Jest trochę jak Prometeusz, tylko, że zamiast człowieka tworzy on film lepiąc ze sobą literę za literą, słowo za słowem, aż powstaje dzieło autonomiczne, od książki troszkę inne, bo ta właśnie i film są odmiennymi nośnikami wrażeń, różnymi językami operują, inaczej wyglądają przy niejakiej projekcji.
Rozumiem więc wszelkie odstępstwa od pierwowzoru literackiego. Mimo, iż jestem wiernym fanem powieści Tolkiena to jednak nie podchodzę do ekranizacji z zacięciem fanatycznym. Książka to książka, film to film. Słowo pisane ma inną moc od obrazu filmowego. Postacie nie są budowane poprzez słowa, zdania - one są budowane obrazami, które muszą łączyć się w konkretną całość. Dlatego też usprawiedliwiam brak Toma Bombadila, gdyż ten nijak nie ma wpływu na przyszłą akcję i powieści (i filmu, w domyśle). Podobnie Glorfindel, który w książce ratuje rannego Froda przed Nazgulami. Pojawia się ów elf na chwilę, a potem znika i nie ma go. Film potrzebuje postaci, które łączą się w jakiś sposób ze sobą, ich losy są nierozdzielne, a one same muszą mieć jakiś znaczący wpływ na dalszą akcję filmu. Nie może być tak, że na początku pojawia się Ktoś, robi Coś ważnego po czym znika z historii i więcej o nim nie słyszymy.
Jednak myliłby sie ktoś, że zmiany są aż nadto widoczne. Otóż nie. Doskwierać mogą jedynie fanatykom powieści czyli tym (a może "i tym"), którzy nie potrafią odróżnić działa filmowego od dzieła literackiego, nie potrafią dostrzec i docenić wyobraźni twórców.
W tej chwili, gdzieś 2 godziny od zakończenia seansu wciąż trzęsą mi się ręce z wrażenia. Tuż po seansie musiałem głęboko odetchnąć, opanować się... Głupoty gadam? Bo jakże to? Tylko przez jakiś film? Filmik fantastyczny?
Ano jak wspomniałem - to nie jest zwykły film. Kurcze, czekam na niego już od 10 lat, ostatnie 2 miesiące to było baaardzo długie oczekiwanie... Uwielbiam filmy. Należę do Klubu Miłośników Filmu, jestem z tego cholernie dumny. Uwielbiam też prozę Tolkiena, ona mnie wchłania do siebie, te słowa, świat Śródziemia porywa zrazu gdy zacznę czytać... I nagle połączone ze sobą zostały moje dwa uwielbienia, jakby stopione w jedno, cudownie się uzupełniające.


Czy możecie się dziwić, że jestem kompletnie zachwycony, przez co krzyczeć i płakać mi sie chce? Z radości rzecz jasna...
Każde ujęcie tego filmu to miód na moje serce, ale szczególnie zapamiętałem kilka scen o potężnym ładunku emocji (może moich? a może samych bohaterów?). Jedna z nich to ta w której ginie Gandalf... Mimo, że przed chwilą obraz aż kipiał od akcji, to jednak w tym jednym momencie następuje wyciszenie i Gandalf spada w przepaść... Łzy mi naszy do oczu. Drużyna zostaje pozbawiona swojego Przewodnika. Scena straszna i piękna zarazem, podobnie jak śmierć Boromira, który zostaje pokonany przez Pierścień, Jego moc. Zniewolenie widokiem władzy, ale i własniej pożądliwości. I ostatnie sekundy gdy Boromir nie chce się poddać i walczy do końca z własną słabością. Jest to chyba najbardziej tragiczna postać całej historii, która przeczy poglądowi jakoby świat Śródziemia składał się z absolutnego Dobra i absolutnego Zła. Granice są widoczne, ale często jest tak, że zacierają się, Dobro musi być przesiąknięte Złem, tak samo Zło potrzebuje Dobra. Ludzką duszą rządzą namiętności, chciwość, pożądliwość. Może więc chodzi o wyzwolenie się z tego jarzma? Może chodzi o to, że nawet najmniejsza osoba może zmienić świat, że nawet najwększa słabość może zostać pokonana? Może po to właśnie jest ta wędrówka do Mordoru? Może to dojrzałość i poświęcenie pozwalają na wyzbycie się Zła?
"Władca Pierścieni" zapewne w sposób baśniowy i naiwny odpowiada na niektóre z tych pytań. Przede wszystkim to PRZYGODA po świecie fantazji, pewna wędrówka (może we śnie?) z której nie chciałbym sie obudzić.
Film to zapierające dech w piersiach obrazy. Oszałamiające zmysły. Od pierwszych sekund widać, że mamy do czynienia z baśnią, legendą czy swoistym mitem. który jest obrazowany przepieknie.
Od Shire, przez Rivendell, Morię, Lothlorien i rzekę Anduinę... Chwilami jakbym widział nie zdjęcia filmowe, a obrazy, na których postacie zostały wprawione w ruch (jak przepięknie wyglądają sceny gdy Frodo nakłada Pierścień! Toż to dokładnie wygląda jak ożywione obrazy mistrzów malarskich!). Oniryczne widoki są jak utopie: marzenia o świecie który nie istnieje, ale do którego chciałoby się ucieć. I to bardzo. Ten eskapizm, to poczucie snu na jawie jest obecne i w samym filmie. Może to jest właśnie najwspanialsze, może to jest najpiękniejsza rzecz jaką osiągnął Peter Jackson w swoim filmie. Duch książki przeniknął do ducha filmu - Śródziemie fascynuje, wręcz hipnotyzuje swoją wielkością, realnością.

Takie wrażenie obcowania ze światem rzeczywistym jest zasługą wszystkich, którzy stworzyli te widowisko. Po pierwsze sam Peter Jackson którego fascynacja powieścią przybrała konkretne kształty. Człowiek o niesamowitej wręcz wyobraźni stworzył DZIEŁO, które dosłownie poraża swą wielkością i rozmachem. Jest trochę też jak ten chłopak czytający "Niekończącą się opowieść" (a może raczej "Władcę Pierścieni" Tolkiena) - jego wyobraźnia stworzyła takie a nie inne Rivendell, Shire, Mordor, Isengard itp.
Po drugie scenografia, kostiumy, charakteryzacja, muzyka... Widziałem setki filmów, ale czegos takiego dane mi ujrzeć jeszcze nie było! Przyjrzyjcie się na drobne szczególiki takie jak pierścienie noszone przez bohaterów, ich stroje. Popatrzcie na kamienne posągi, na drewniane ornamenty w siedzibie elfów w Rivendell. Mistrzostwo świata! Tak pieczołowicie tworzone przez grupę artystów... mnie zwaliło z nóg! No i muzyka, którą znam od jakiegoś czasu - współgra z obrazem idealnie!
Po trzecie dopełnieniem doskonałości jest aktorstwo w filmie. Świetnym posunięciem było obsadzenie w głównych rolach aktorów nie-hollywoodzkich, nie zmanierowanych, którzy nie zdominowaliby obrazu i całej historii. Rewelacyjnie wypada całą obsada - Ian McKellen w roli Gandalfa jest NAPRAWDĘ Gandalfem i w moich oczach zasługuje na wszelkie możliwe nagrody! Podobnie jak Sean Bean w roli Boromira czy Viggo Mortensen jako Aragorn. A jest jeszcze Christopher Lee jako wspaniały i potężny czarodziej Saruman, który odegra w "Dwóch Wieżach" bardzo znaczącą rolę.
A Hobbici? Równie doskonali! Dominic Monaghan (Merry) tworzy znakomity duet z Billym Boyd'em (Peregrin Tuk), Sean Astin (pamiętacie "The Goonies"?) jako Sam Gamgee jest naprawdę świetny, a Elijah Wood czyli Frodo Baggins... no cóż, mógłbym rozpływać się w samych superlatywach, ale wiem, że Astin i Wood pokażą wielki talent aktorski w następnych częściach, po rozłące z Drużyną...
Cóż rzec na koniec? Może powiem tylko, że wszelkie oczekiwania względem tego filmu podsycane dodatkowo przez setki recenzji, najczęściej zachwalających dzieło Jacksona, rozbudziło we mnie wielkie nadzieje. Tym większe mogło być rozczarowanie, boleśniejszy upadek.
Ale jednak nie. Sam jestem poniekąd tym zaskoczony, że nie potrafię znależć minusów w tym filmie. Oczywiście znajdą się zawsze drobne szczególiki świadczące o kilku pomyłkach montażowych, ale... czy to ma jakieś znaczenie?
Najpiękniejsze jest to, że film rozbudza zmysły, pragnienia... To jest właśnie świat w którym chciałbym żyć, chciałbym tam uciec. Podobna sztuka udała sie jedynie Tolkienowi i właśnie Jacksonowi, którzy, choć operujący innymi językami rozumienia się z odbiorcą ich dzieł, to jednak tak samo potrafią zafascynować - pierwszy powieścią, drugi filmem.
To jak, idziemy zapolować na Orki?

AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI