- To twój podpis?
- Tak jest, sir!
- Nie mów do mnie sir. A czy ten podpis jest twój?
- Sir, tak jest, sir!
- A zwłaszcza nie rób tego dwa razy w jednym zdaniu...Sprawę przejął sąd marynarki wojennej USA. Pozornie rzecz wydawała się łatwa do zatuszowania - szybki wyrok dla dwóch oskarżonych o morderstwo żołnierzy ma załatwić spec od takich paragrafów, błyskotliwy prawniczy lekkoduch z zaledwie rocznym doświadczeniem, porucznik Daniel Alistair Kaffee (Tom Cruise), słynący z umiejętności finalizowania wojskowych spraw karnych z pominięciem ławy przysięgłych. Lecz ta, nad wyraz pożądana przez chcące uniknąć rozgłosu dowództwo metoda, zostanie zastopowana przez młodą, ambitną komandor porucznik JoAnne Galloway (Demi Moore). Dzięki jej niezłomnemu uporowi, Daniel Kaffee będzie musiał zmierzyć się nie tylko z machiną sądowniczą marynarki wojennej, ciemnymi sprawami, rządzącymi oddziałami piechoty morskiej, ale przede wszystkim z demonicznym pułkownikiem Nathanem R. Jessepem (Jack Nicholson), dowódcą bazy w Guantanamo. Pozornie rutynowa procedura zamieni się w zażartą walkę o honor dwóch żołnierzy, wykonujacych brzemienny w skutki rozkaz...
Pomysł na "Ludzi honoru" podsunęło samo życie. Deborah, siostra dramaturga Aarona Sorkina pracowała w sądownictwie Amerykańskiej Marynarki Wojennej. Pewnego dnia poleciała na Kubę, do bazy wojskowej Guantanamo, by uczestniczyć w dochodzeniu przeciw dziesięciu żołnierzom piechoty morskiej. Chodziło o falowy samosąd, polegający na związaniu niechcianego towarzysza broni, zakleblowaniu go i ciężkim pobiciu. Delikwent przeżył, ale jego oprawcy w toku dochodzenia obciążyli swoich przełożonych, którzy wydali rozkaz zastosowania Czerwonego Kodeksu. Sprawa karna została powierzona kilku młodym, niedoświadczonym procesowo prawnikom, w oczywistym celu szybkiego skazania żołnierzy bez szkodliwego rozgłosu. Lecz jeden z nich stanął w poprzek oficerskich układów i doprowadził do procesu, zakończonego uniewinnieniem żołnierzy. Była połowa lat 80. Aaron Sorkin miał zamiar zostać aktorem. Odebrał stosowne wykształcenie, lecz coraz bardziej pochłaniało go scenopisarstwo. Historia usłyszana od siostry, przerodziła się w jego pierwszy scenariusz, pisany z myślą o deskach teatralnych. W 1989 roku "Ludzie honoru" przebojem zdobyli publiczność i prestiżowe wyróżnienie Outer Critics Circle Award. Producentem sztuki był słynny producent filmowy David Brown ("Żądło", "Szczęki"), który kupił prawa do ekranizacji "Ludzi honoru" jeszcze przed ich premierą teatralną na Broadwayu.
Opierający się przede wszystkim na błyskotliwych dialogach w jednej i tej samej scenerii dramat sądowy, pozornie gatunek afilmowy z niewielkim dorobkiem ("Męczeństwo Joanny d'Arc" Carla Theodora Dryera, 1928), urósł do rangi sztuki bardzo filmowej dzięki "12 gniewnym ludziom", debiutanckiemu filmowi Sidneya Lumeta (1957) wg telewizyjnej sztuki teatralnej Reginalda Rose'a. Lumet zrealizował arcydzieło na przekór wszystkim ograniczeniom i uprzedzeniom, wynikającym z umieszczenia w jednym miejscu dwunastu spoconych i tylko rozmawiajacych ze sobą facetów. Cała pasjonująca dramaturgia zyskała olśniewający walor dzięki fantastycznym dialogom, wybitnym kreacjom, nagłym zwrotom akcji i fenomenalnej pracy autora zdjęć Borisa Kaufmana. Prozaiczna sala posiedzeń sędziów przysięgłych, stała się areną walki nie mniejszej, niż ta, która była udziałem Judy Ben-Hura, powożącego kwadrygę w filmie Williama Wylera. Ścieranie się obrony z oskarżeniem, mozolne wywlekanie kolejnych zeznań od coraz bardziej wpływowych świadków wobec ślepej Temidy, przerzucanie się fachowym słownictwem adwokatów, śmiertelna powaga obu stron - dramat sądowy był gatunkowym samograjem nawet w kilkunastu odcinkach "Dynastii" oglądanych za zapartym tchem w zamierzchłym przełomie lat 80. i 90., o genialnym serialu "Ally McBeal" nie wspominając.
"Ludzie honoru" Roba Reinera to mistrzowski, nagrodzony czterema nominacjami do Oscara (także w najważniejszej kategorii) spektakl filmowy, z jednej strony czerpiący pełnymi garściami z najlepszych tradycji dramatów sądowych, a jednocześnie stanowiący przykład na ożywienie tej formuły, chociażby poprzez nietypową wobec scenicznego pierwowzoru mnogość plenerowych miejsc akcji, oraz rozwiewające dramatyczne jądro scenariusza lekkie epizody komediowe. Przełożenie rozgrywającej się wyłącznie na płaszczyźnie dialogów sztuki teatralnej na pełnowartościowy film fabularny, wymagało dopisania i przerobienia kilku ważnych scen i wątków. I nie chodzi tu oczywiście o sekwencje ewidentnie plenerowe. Według reżysera, sztuka miała zbyt wiele słabych punktów (wynikających chociażby z podzielenia fabuły na akty), których powielenie w filmie skutkowałoby nieuchronnymi dziurami w intrydze. Poprawek w adaptacji sztuki na film dokonali Rob Reiner i współproducent Andrew Scheinman. Wcześniej Reiner dał się poznać jako specjalista od gatunków wszelakich, reżyserując zarówno młodzieżowy dramat "Stand by me", komedię romantyczną wszechczasów "Kiedy Harry poznał Sally", jak i pełen najczystszego napięcia thriller "Misery". Za wyjatkiem urokliwej baśni "Narzeczona księcia", jego największe dzieła można sprowadzić do wspólnego mianownika kameralności. Reinerowi wystarczy kilku aktorów, przerzucających się wspaniale napisanymi dialogami. W "Ludziach honoru" jego kunszt zyskał oparcie w obu tych elementach. Jak na tak wypracowaną i usankcjonowaną formułę dramatu sądowego, zadziwia tu swoboda spójności poszczególnych, bardzo odmiennych nieraz klimatycznie scen. Poważna rozmowa prawników nagle zyskuje komediową puentę, jak w rozmowie JoAnne i Danielem na treningu baseballowym (ona z zaciętą twarzą recytuje życiorys Kaffeeya, który podsumowuje wyliczankę "Wow! Podnieciłem się!"); czytany zza kadru dramatyczny list szer. Santiago, nagle zostaje skomentowany jedyną w swoim rodzaju, kwaśną miną płk. Jessepa ("Kim kurwa jest st. szer. William T. Santiago?"); wesoła pogawędka prawników z Jessepem w Guantanamo, nieoczekiwanie przeradza się w bezwzględne sprowadzanie do parteru pewnego siebie Kaffeeya ("Musisz mnie ładnie poprosić"); podczas poważnego przesłuchania kpr. Barnesa, Kaffee nagle wyrywa Regulamin Piechoty Morskiej z ręki oskarżyciela, granego przez Kevina Bacona, prosząc zbaraniałego kaprala o znalezienie nieistniejącego opisu lokalizacji stołówki, itd. Dzięki tym zabiegom, "Ludzie honoru" zyskali temperaturę dramaturgii bliską wrzenia. Każda scena, nawet najbardziej banalny dialog, ani na chwilę nie jest w stanie odciagnąć wzroku od ekranu.
Dialogi i reżyseria to jedno. Film Roba Reinera swą wielkość zawdzięcza przede wszystkim aktorskiemu koncertowi gwiazd. Tom Cruise doskonale wypośrodkował humorystyczne kwestie swego bohatera, ślizgającego się lekko przez wypełnione baseballem życie, z budzącym się w nim dramatycznym zaangażowaniem o los drugiego człowieka. Roba Reinera zafascynowała w sztuce Sorkina specyficzna więź, łączącą postać Kaffeeya z pułkownikiem Jessepem. Bohater Cruise'a nosi co prawda w sobie piętno nieżyjącego prawdziwego ojca, niegdyś mistrza sali sądowej, tłamszącego nawet zza grobu talenty adwokackie syna. Lecz dopiero Jessep, zacięty przeciwnik Kaffeeya, jest w stanie ukarać pychę i zniszczyć dobre samopoczucie prawniczego młokosa, pokazując mu na czym polega prawdziwa walka z paragrafami w tle. Paradoksalnie, dzięki diabelskim zagrywkom Jessepa, Kaffee nieoczekiwanie dla samego siebie zyskuje nad nim przewagę. Jessep to nosiciel wartości, które Kaffeeyowi były obce przez większość życia. Dopiero swego rodzaju oficerska odmiana Czerwonego Kodeksu, stawiająca młodego, bezczelnego prawnika na baczność, będzie mieć dla Kaffeeya rangę Wielkiej Tajemnicy, przekazywanej z ojca na syna, choć ojciec pochodzi z ciemnej strony Mocy. Jeden drobny epizod bardzo wyraźnie ukazuje stosunki służbowe, panujące w piechocie morskiej. Płk Jessep ironicznie wpada na pomysł wycofania bazy z Kuby. W tym celu woła swego podwładnego, by ten niezwłocznie połaczył go telefonicznie z prezydentem USA. Młody żołnierz bez mrugnięcia okiem mówi "yes sir", choć w normalnym świecie, świecie Kaffeeya, tak absurdalny rozkaz zostałby wyśmiany. Zderzenie dwóch umundrowanych rzeczywistości jest dla młodego prawnika szokiem. Walcząc ze spiskiem, mającym źródło w brutalnej obyczajowości marines, Kaffey dzięki niej dojrzewa jako człowiek i jako prawnik.
Jeśli Jessepa można uznać za pewnego rodzaju surowego ojca Daniela, to jego "matką" jest bez wątpienia postać JoAnne Galloway. To ona jest katalizatorem wszystkich działań Kaffeeya. Jako wyższa stopniem i determinacją, zmusza go do zrewidowania własnej filozofii życiowej, inicjuje i prowokuje kolejne dramatyczne konfrontacje. Nawet w obliczu procesowej klęski (samobójstwo ppłk. Markinsona) i pijackiego ataku furii Kaffeeya, potrafi postawić na swoim. Sekunduje jej w tym asystent Kaffeeya, por. Weinberg, w wyciszonej, choć emanującej wewnętrzną siłą kreacji Kevina Pollaka. Rob Reiner dokonał wyjątkowo skutecznego mariażu tylu aktorskich indywidualności, bez gwiazdorzenia i zawłaszczania dla siebie poszczególnych scen, nawet wobec zaludnionego sławnymi nazwiskami drugiego planu (Kevin Bacon, J.T. Walsh, znakomity Kiefer Sutherland). Gwiazdorski, wzorcowy a'la mission impossible uśmiech Toma Cruise'a, nie gra tu na szczęście głownej roli. Tak jak w nadzianym gwiazdami arcydziele "Love Actually" Richarda Curtisa, tutaj mamy po prostu fantastycznych aktorów w równorzędnych, popisowych rolach. Jedyny i chciałoby się powiedzieć oczywisty wyjątek, Reiner uczynił wobec Jacka Nicholsona, który jako pułkownik Nathan Jessep, przebywał łącznie na ekranie zaledwie nieco ponad 20 minut, lecz to wystarczyło, by dać popis wirtuozerii, jakiej tylko można od tego aktora oczekiwać. Jeszcze raz przytoczę pierwszą scenę z jego udziałem, którą rozegrano wspaniale - najpierw słychać głos pułkownika Jessepa, czytajacego list szer. Santiago, a po chwili kartka opada, pojawia się uroczo demoniczna twarz Jacka, zadajacego proste pytanie "Kim kurwa jest st. szer. William T. Santiago?". Wg Roba Reinera, nie ma aktora amerykańskiego (może za wyjątkiem Roberta DeNiro), który potrafiłby tak jak Jack Nicholson, wygłosić z ekranu skromne słówko "fuck". Jack w swoim gwiazdorskim stylu wygrał wszystko to, za co kochamy tego aktora w wybitnych rolach psychopatów. Ten szatański uśmieszek, malowniczo wygięte brwi, brawurowe operowanie głosem, zachowanie tej niezwykłej równowagi pomiędzy zwykłym odgrywaniem postaci i tłumionym pod skórą szaleństwem. Nicholson posiadł rzadką sztukę uskuteczniania swego legendarnego wizerunku, który jednoczy się z graną postacią. Za jednym zamachem mamy Jacka grającego Jessepa i Jessepa zachowujacego się jak Jack. Wspaniała kreacja, nagrodzona nominacją do Oscara za rolę drugoplanową.
Temperatura filmu niezawodnie rośnie, wraz z rozpoczęciem procesu. Wspaniała finałowa wymiana werbalnych ciosów między Kaffeeyem i Jessepem, została napisna wspólnie przez Aarona Sorkina, Roba Reinera i producenta Andrew Scheinmana. Jej punkt ciężkości ustawiony został na fenomenalnym monologu Jacka Nicholsona. Reżyser dość ciekawie zrealizował tę scenę. Najpierw nakręcił wszystkie przebitki na ludzi w sali sądowej, podczas których Jack poza kamerą kilkadziesiąt razy podawał swój monolog, by słuchające go osoby miały emocjonalny kontrapunkt. Dopiero kilka ostatnich, z ponad 40 powtórzeń, zostało zarejestrowanych jako finałowe ujęcie główne z nabrzmiałą od wściekłości twarzą płk. Jessepa. Nicholson był bardzo zadowolony z takiego sposobu pracy i wielokrotnego wykrzykiwania tak doskonale napisanego monologu.
- Chcesz odpowiedzi?
- Mam do tego prawo.
- Naprawdę chcesz odpowiedzi?
- Chcę prawdy!
- Nie zniesiesz prawdy! Synu, żyjemy w świecie ograniczonym murem, którego muszą strzec dobrze uzbrojeni żołnierze. Kto nimi będzie? Ty? Porucznik Weinberg? Dźwigam odpowiedzialność, której nie pojmujesz. Żal ci Santiago i potępiasz żołnierzy. Masz szczęście nie wiedzieć tego co ja. Tragiczna śmierć Santiago oszczędziła życia, tak samo jak moja, groteskowa i niepojęta dla ciebie postawa. Lecz w głębi duszy chcesz bym strzegł tego muru. Nasze życie opiera się o honor, kodeks i lojalność, które definiują życie poświęcone obronie czegoś. Dla ciebie to tylko puste frazesy. Nie mam czasu ani ochoty tłumaczyć się człowiekowi, którego bronię, a który później podważa sposób w jaki to robię. Wolałbym raczej, żebyś mi podziękował i poszedł sobie. A jeśli nie, to chwyć za broń i stań na posterunku. Tak czy inaczej, gówno mnie obchodzi, do czego masz prawo!Dla pełniejszego odbioru filmu w kontekście dramatycznego finału na sali sądowej, Aaron Sorkin dopisał m.in. scenę wizyty prawników w pokoju szer. Santiago w Guantanamo. Dodano także sekwencję kolacji JoAnne i Daniela w restauracji. Rob Reiner chciał zasygnalizować seksualne napięcie między tymi postaciami, lecz zdecydowanie odrzucił jakiekolwiek scenariuszowe próby romansu między nimi. W sztuce teatralnej w ogóle nie było fizycznego powrotu postaci ppłk. Markinsona na arenę wydarzeń. Sorkin wymyślł tylko notkę Markinsona, przekazaną Kaffeeyowi, który reszty musiał się domyślić samodzielnie. W oryginale nie było również samobójstwa Markinsona. Adaptując dramat sceniczny na scenariusz filmowy, Reiner zdecydował o fabularnym wypełnieniu tego wątku i fizycznym powrocie Markinsona, który osobiście podaje Kaffeeyowi wszystkie zatajone fakty na tacy, a następnie strzela sobie w łeb. W scenicznym pierwowzorze nie było także dwóch żołnierzy z bazy Andrews, których obecność w finałowej sekwencji miała zbić Jessepa z pantałyku.
Jak na kameralny dramat, opierajacy się praktycznie tylko na aktorstwie i dialogach, wybitny autor zdjęć, nadworny operator Olivera Stone'a, Robert Richardson, zdecydował o zastosowaniu pełnej panoramy 2,35:1, ze wszystkim aspektami sztuki operatorskiej, zarezerwowanej dla wielkich widowisk. To rozwiązanie jeszcze bardziej oddaliło teatralny charakter pierwowzoru, wyciskając z niej całą "filmowość". Pod nią został podporządkowany wyśmienity montaż Roberta Leightona, nominowanego za ten film do Oscara, stałego montażysty filmów Reinera.
Tradycyjnie garść ciekawostek. Scenarzysta Aaron Sorkin (który anonimowo poprawiał scenariusze "Listy Schindlera" i "Twierdzy") zagrał epizod w scenie w barze, tuż po kłótni Daniela z JoAnne. Rob Reiner osobiście odwiedził bazę Guantanamo, lecz w filmie musiało ją zagrać odpowiednio ucharakteryzowane wybrzeże Kalifornii. Część plenerów nakręcono w waszyngtońskiej dzielnicy Georgetown. W tym samym miejscu Tom Cruise 10 lat później nakręcił ze Spielbergiem sekwencję przechwycenia niedoszłego żonobójcy Howarda Marksa w "Raporcie mniejszości". Rob Reiner nie przepada za efektami specjalnymi w swoich filmach, stosując je (w przeciwieństwie do Roberta Zemeckisa) wyłącznie tam, gdzie jest to absolutnie konieczne. W "Ludziach honoru" mamy jeden efekt wizualny w sekwencji jazdy Hummera do siedziby Jessepa na Guantanamo. Chodzi o szerokie ujęcie zatoki, na której powierzchni cyfrowo dołożono statki. Natomiast w montażowej sekwencji przygotowań do pierwszej rozprawy, widać pięć następujących po sobie przez przenikanie, najazdów kamery na okno, za którym, pomimo różnych pór dnia, ciągle trwa ciężka praca prawnicza. Robert Richardson nie skorzystał tu z dobrodziejstw motion control i nakręcił te bliźniaczo podobne, uzupełniające się fabularnie ujęcia w tradycyjny sposób. Kilka epizodycznych ról żółnierzy Marines, zagrali nieznani wtedy aktorzy. 24-letni Cuba Gooding Jr, znany wówczas tylko z "Boyz'n the Hood", pojawił się w jednej scenie jako kpr. Hammaker. Nikt wówczas nie przypuszczał, że Cuba sześć lat później za fenomenalną kreację futbolisty Roda Tidwella (notabene u boku Cruise'a) otrzyma Oscara, za którego podziękowanie również przeszło do historii. Natomiast pojawiajacy się w kilku scenach Noah Wyle, dwa lata później rozpoczął 11-letni podbój ekranów telewizyjnych całego świata, wraz z serialem "Ostry dyżur". Małą rólkę ciotki szer. Dawneya, zagrała Maud Winchester, bratowa Roba Reinera, która później zagrała jeszcze w dwóch filmach swego szwagra. Jako dr Stone, epizodycznie pojawił się na ekranie Christopher Guest, aktor, reżyser, a prywatnie przyjaciel Reinera i jednocześnie mąż Jamie Lee Curtis. Dość ironicznie, na tle całej, brudnej problematyki wojskowej, wygląda czołówka filmu, prezentująca czystą, precyzyjną, bezbłędnie zaprezentowaną i niecodziennie widowiskową musztrę paradną. Ze względu na niewygodną tematykę filmu, reżyser nie mógł liczyć na szeroko zakrojoną kooperację z władzami wojskowymi, musiał więc skorzystać ze studentów szkoły wojskowej Uniwersytetu Północnej Kalifornii, a nie prawdziwej kompanii reprezentacyjnej piechoty morskiej. W wspomnianej scenie samochodowej jazdy, Kiefer Sutherland osobiście kierował Hummerem, przejeżdżającym wąską drogą obok maszerujacego wojska. Aktor przy tej okazji niechcący potrącił kilku statystów, grających żołnierzy.
Ciekawa historia wiąże się z obsadą roli oskarżonego kaprala Dawsona. Rob Reiner długo nie mógł znaleźć odpowiednio postawnego, czarnoskórego aktora. Wreszcie pewnego dnia stwierdził, że tę rolę powinien zagrać któś, wyglądający jak jego (przechodzący właśnie nieopodal) asystent Wolfgang Bodison (z którym pracował już na planie "Misery"). Dla Wolfganga był to aktorski debiut, dlatego też Rob Reiner niemal do ostatniej chwili zwlekał z nakręceniem pamiętnej sceny, w której Dawson krzykiem oznajmia Danielowi trzymanie się zasad Marines.
"Wstąpiliśmy do Marines, by żyć wg zasad, a pan chce, byśmy podpisali kawałek papieru i zrzekli się kodeksu Marines. Jeśli zbłądzilismy, poniosę karę. Lecz wierzę, że postąpiłem słusznie. Nie okryję hańbą siebie, oddziału, ani Korpusu, tylko po to, bym mógł za sześć miesięcy wyjść na wolność! Sir!"
st. kpr. Harold W. Dawson
"Ludzi honoru" po raz pierwszy widziałem w kinie w pierwszej połowie lat 90. Od tamtego czasu oglądałem go niezliczoną ilość razy w wydaniu VHS, którego dodatkowym walorem była lista dialogowa, przeczytana przez niezawodnego Jarosława Łukomskiego (tak na na magrinesie, to szkoda go do żałosnych Oscarów na żywo w TVP, gdzie jego wspaniały głos plącze się, jak nie przymierzając Żyd w pustym sklepie). Wracając do dzieła Reinera w celu napisania niniejszego tekstu, nadal nie jestem w stanie wypunktować słabych stron "Ludzi honoru". Każdy element scenariuszowej układanki, każda rola, scena, dialog, kadr, światło, znakomita muzyka Marca Shaimana, wszystko znajduje się na swoim miejscu. Tak po prostu, jak przy każdym wielkim filmie. I choć Reinerowi nie udało się uniknąć sceny salutowania (na szczęście bez jednocześnie powiewającej flagi i patetycznych przemów w tle, w czym specjalizują się Bay i Emmerich), to jego spójne w każdym szczególe dzieło, nadal emanuje czymś, co można prozaicznie nazwać magią kina. Magią w starym, dobrym stylu, jak kończący film oldskulowy napis "The End".
A FEW GOOD MEN
(Ludzie honoru) | wytwórnia - Castle Rock, Columbia Pictures, New Line Cinema, 1992 czas projekcji - 138 minut reżyseria - Rob Reiner produkcja - Rob Reiner, Andrew Scheinman, David Brown scenariusz na podst. własnej sztuki - Aaron Sorkin zdjęcia - Robert Richardson muzyka - Marc Shaiman montaż - Robert Leighton, Steven Nevius scenografia - J. Michael Riva kostiumy - Gloria Gresham
wystąpili:
Tom Cruise Jack Nicholson Demi Moore Kevin Bacon Kiefer Sutherland Kevin Pollak James Marshall Wolfgang Bodison J.T. Walsh Christopher Guest J.A. Preston Cuba Gooding Jr. Matt Craven Michael DeLorenzo | (por. Daniel Kaffee) (płk Nathan R. Jessep) (kmdr por. JoAnne Galloway) (kpt. Jack Ross) (por. Jonathan James Kendrick) (por. Sam Weinberg) (st. szer. Louden Downey) (mł. kpr. Harold W. Dawson) (ppłk Matthew Markinson) (dr Stone) (sędzia Julius Randolph) (kpr. Carl Hammaker) (por. Dave Spradling) (st. szer. William T. Santiago) |
|
 | Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI | Klub Miłośników Filmu, 2006. 06. 20 |