Z początkiem lat trzydziestych fałszywa doktryna stworzona przez Adolfa Hitlera
zaczęła działać na społeczeństwo niemieckie tak, jak magnes działa na opiłki
żelaza. Przyczyny lgnięcia do obłudnej ideologii, jak zawsze były te same –
nasilający się kryzys gospodarczy, głód zaglądający do garnków coraz większej
rzeszy obywateli, obniżający się poziom życia i nieporadność partii rządzących.
Z powagi sytuacji zdawali sobie sprawę niemieccy intelektualiści, ludzie sztuki,
politycy. Widmo nazizmu zaczęło rzucać cień na szczęśliwe jutro. Niemniej,
większość oponentów obozu hitlerowskiego nie próbowała podjąć, chociażby
ideologicznej, walki zakrojonej na szerszą skalę. Częstszym zjawiskiem okazał
się być cichy bunt. Bunt wewnętrzny przeciw temu, czego i tak nie da się
zatrzymać.
Fritz Lang był jednym z cichych oponentów Adolfa Hitlera. Sprzeciw Langa
odnośnie państwa totalitarnego w sposób jednoznaczny, acz subtelny uwydatnia się
w jego dwóch ostatnich filmach, nakręconych na terenie Niemczech przedwojennych:
„M” i „Testamencie doktora Mabuse”. Chronologicznie pierwszy „M” powstał w roku
1931, druga część cyklu opowieści o Mabuse miała swoją premierę w roku 1933 i po
niedługim czasie wyświetlania musiała zniknąć z kinowych afiszy za sprawą
„niezgodności z doktryną narodowego socjalizmu”. Zaraz po tym wydarzeniu i
odrzuceniu propozycji Goebbelsa (minister propagandy i oświecenia publicznego
widział dla niego miejsce w rodzimej kinematografii pomijając fakt, że Lang
posiadał korzenie żydowskie) opuszcza III Rzeszę, w której pozostawia opętaną
doktryną nazistowską żonę i scenarzystkę Theę von Harbou. To krótkie
przybliżenie atmosfery, jaka towarzyszyła ostatnim dwu filmowym, i niemieckim
zarazem, krokom Fritza Langa było w moim przekonaniu konieczne, by rozpocząć
mowę o kroku przedostatnim i, z perspektywy czasu, chyba najpewniejszym (obok
„Zmęczonej Śmierci”) w całej filmografii niemieckiego mistrza - o „M”.
„M”, a niemiecki ekspresjonizm filmowy
Większość serwisów internetowych zajmujących się tematyką filmu, nie mówiąc o
opiniach ich użytkowników z wielkim patosem stwierdza, że „M” to szczytowe
osiągnięcie filmu ekspresjonistycznego. Swojego rodzaju apogeum tych, jakże
płodnych dziesięciu lat kinematografii międzywojennych Niemiec. Uważam, że
podejście tak beztroskie, a przez co pozbawione jakiegokolwiek krytycznego
spojrzenia na film Langa jest najnormalniej infantylnym powtarzaniem sloganu
umieszczonego zapewne na jakimś plakacie, czy ogłoszeniu mającym wypromować
film, który tak naprawdę promocji nie potrzebuje. Jeszcze mniej zrozumiałe
wydają mi się próby porównywania go z takimi filmami, jak „Metropolis”
(najpopularniejszy film Langa), „Gabinet Dr. Caligari” (Kamień milowy
ekspresjonizmu stworzony przez Roberta Wienego), czy jakimkolwiek innym, stricte
ekspresjonistycznym, filmem z lat 1920-1930. Jest to, niestety trzeba nazwać
rzecz po imieniu, skrajna ignorancja ludzi piszących na jego (tj. „M”) temat.
|
 |
 |
|
Fritz Lang nigdy nie opowiadał się za formalnie skrajną formą
ekspresji zainicjowaną przez opowieść o somnambuliku. Drapieżne kształty
budynków, wykrzywiane fantastycznym wiatrem bezlistne drzewa, szalone światy
odmalowywane na płótnach rozciągniętych pomiędzy rusztowaniami ustawionymi w
ciemnym atelier to elementy, których na próżno nam szukać w jego niemieckiej
filmografii. Na najbliższy kaligaryzmowi film Langa wytypowałbym „Metropolis” z
obrazem miasta – machiny i ludzi - bezdusznych podzespołów w tle. I to nie
jedynie ze względu na futurystyczną dekorację, co niezwykle silny, wręcz
naiwny, kontrast bieli i czerni, gdzie ta pierwsza oznacza oczywiście dobro i
jasność umysłu, a druga biedę, zło i ciemnotę. Podobnych insynuacji doszukiwać
się można co prawda w jego „Nibelungach”, niemniej tak wyraźny kontrast kolorów
występuje tam jedynie w odniesieniu do jednej postaci – okrutnego mordercy Hagena. „M”
dalekie jest od formalnych ekstrawagancji kaligaryzmu, który – zaznaczmy to raz
i wyraźnie – przez wielu błędnie uważany jest za jedyną słuszną formę
ekspresjonizmu. Wręcz przeciwnie, jest to film formalnie sprowadzony do minimum,
co nie znaczy, że zupełnie wyzuty z formalnej wirtuozerii. Przejawia się ona w
pojedynczych scenach i ujęciach. Nie atakuje z ekranu tak, jak fantastyczny, acz
obłąkańczy świat z filmów a la Robert Wiene.
Pod względem estetyki przypomina „M” „Zmęczoną Śmierć” pozbawioną meliesowskich
sztuczek, ale pod względem treściowym znów pojawia się pomiędzy nimi przepaść. O
ile chronologicznie pierwszy film Langa przenosi nas w świat na poły
fantastyczny - rzeczywistość, w której Śmierć może zstąpić na Ziemię i postawić
przed wielką próbą szczerze kochającą kobietę, tak historia mordercy dzieci
wprost uderza swoim realizmem. Brak w niej miejsca na wróżki, golemy, wampiry,
latające dywany i kostuchy z wielkimi sercami. Folklor niemiecki i moc
znamiennego dla ekspresjonizmu Romantyzmu słabnie. Jej pozostałości możemy
dostrzec jedynie w postaci Hansa Beckerta, czyli tytułowego mordercy. Jest on w
końcu postacią, która za niepozorną aparycją skrywa okrutną tajemnicę,
człowiekiem niepoczytalnym i targanym przez nie do końca definiowalne siły,
które zmuszają go do dokonywania kolejnych zabójstw. Mimo wyraźnego
obrzydzenia do własnej osoby nie potrafi zatrzymać raz wprawionej w ruch
maszynerii zbrodni. Krzywdząc innych, krzywdzi sam siebie. Widać tu wyraźną
atomizację umysłu bohatera. Jej efektem jest powstanie tak jakby dwóch
autonomicznych postaci – pozbawionego skrupułów mordercy i ciamajdowatej ofiary
dzikich żądzy tego pierwszego. Takie podejście do człowieka, jako
bestii uśpionej przez normy społeczne, ekspresjonizmowi jest szczególne bliskie.
Zupełnie nierealnym, na gruncie klasycznego ekspresjonizmu, byłoby ustawienie
złoczyńców, funkcjonariuszy policji i normalnych obywateli na tym samym
poziomie. Jeszcze kilka lat wcześniej Hans Beckert byłby zapewne śmiertelnie
białym na twarzy szaleńcem z podkrążonymi oczyma, otulonym w kruczoczarny
płaszcz zakrywający szczelnie niemal każdy element jego ciała. W „M” wygląda
jak gapowaty obywatel ganiający po świeże bułeczki na śniadanie. Co więcej, w
trakcie trwania filmu jeden z przestępców zaznacza, że morderca dzieci nie
będzie wyglądał jak potwór z bajki, a wręcz przeciwnie – „na co dzień może być
przyjemnym gościem, który z uśmiechem na ustach gra w kulki z dzieciakami.”
Bandyci i policjanci nie dość, że wyglądają bardzo podobnie, to i kierują się
podobną logiką, logiką zysku. Policjantom nie jest na rękę to, by opinia
publiczna widziała ich słabość (niemożność złapania seryjnego mordercy). Bandyci
postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce, ponieważ wzmożona aktywność policji
przeszkadza im w wykonywaniu roboty. Kończy się zatem era wyraźnych wartościowań
podkreślanych kontrastem czerni i bieli. Społeczeństwo „M” jest wypadkową tych
kolorów, wszyscy są szarzy i skorzy zarówno do dobrego, jak i złego. Mocno
nie-ekspresjonistyczne, chyba żeby całość podciągnąć pod punkt omawiany w
przypadku krótkiego przybliżenia postaci Hansa (rozbicie umysłu, wrodzona
schizofrenia w stylu Dr. Jeckylla i Mr. Hyde’a).
|
 |
 |
|
Pod względem treści daleko zatem „M” do większości ekspresjonistycznych filmów,
które odniosły sukces na tyle duży, by pozostać w pamięci niektórych kinomanów.
Podobnie rzecz ma się z formą, która – zresztą, jak i treść – zbliża się
bardziej do Kammerspielu, aniżeli ekspresjonizmu niemieckiego. Do Kammerspielu,
który (można powiedzieć) stanął w opozycji do skrajnie nierealistycznego
filmowania z pierwszej połowy lat dwudziestych, skupiając się na przedstawieniu
prawdziwego życia, prawdziwych ludzi. Gęsty dym, czy mgła częstokroć odgrywająca
główną rolę w historii mordercy, również przybliża go do kammerspielowej
delikatności obrazu odżegnującej się od drapieżnych kontrastów „szalonych
ekspresjonistów”.
Z drugiej strony, postawienie wyraźnej, grubej kreski pomiędzy „M”, a
ekspresjonizmem, czy też „M”, a Kammerspielem nie jest i nigdy nie będzie
możliwe. Ten film czerpie inspiracje z obu, jakże różnych, nurtów, by stworzyć
innowacyjną całość. Dlatego uważam, że w „M” nie należy tępo widzieć apogeum
ekspresjonizmu. Lang wykroczył nim poza ramy jakichkolwiek jednoznacznych
przyporządkowań krytyków. Jeśli mamy nazwać go apogeum czegoś, to musi zostać
apogeum samego siebie - apogeum „M”, jak idiotycznie by to nie zabrzmiało.
Okoliczności powstania
Film Langa pojawił się na ekranach niemieckich kin w maju 1931. Zaledwie dwa
miesiące później na karę dziewięciokrotnego pozbawienia życia skazano ujętego w
roku 1930 Petera Kürtena, zwanego również „Wampirem z Düsseldorfu”. Seryjnemu
mordercy udowodniono popełnienie dziewięciu morderstw i siedmiu nieudanych prób
zabójstwa. Pewnym jest, że kryminalne żniwa Kürtena pociągnęły za sobą większą
liczbę ofiar. „Wampir” do samej egzekucji nie przejawił nawet najmniejszego aktu
skruchy, czy ubolewania nad losem rodzin bestialsko zamordowanych ofiar. Z serii
rozmów przeprowadzonych przez sądowego psychiatrę – Karla Berga – okazało się,
że z brutalnych mordów czerpał Kürten przyjemności na tle seksualnym. Stymulował
go w szczególności widok krwi zabijanych ofiar (w tym małych dzieci). W trakcie
pastwienia się nad ofiarami kilkukrotnie dopuścił się również gwałtu. Podobnie
do wielu seryjnych zabójców igrał z władzami i opinią publiczną poprzez
wysyłanie listów do redakcji poczytnych gazet. Departament policji, w specjalnej
broszurze, ogłosił wysoką nagrodę pieniężną za jego głowę i nawoływał do pomocy
nawet zorganizowane grupy przestępcze. Ostatecznie został wydany przez własną
żonę, i tu rzecz niezwykła, na własną prośbę. Jedna z jego ofiar, młoda kobieta,
przeżyła gwałt i zidentyfikowała miejsce zamieszkania swego oprawcy. Kürten
zapędzony w ślepy zaułek poprosił żonę, by stawiła się na policji z zeznaniami.
Swoje postanowienie motywował chęcią zapewnienia jej godnego życia po swojej
śmierci.
|
 |
 |
|
Analogie do „M” są w tej historii widoczne na pierwszy rzut oka, lecz – nie
wiedzieć czemu – Lang całe życie oponował ze stwierdzeniem, wedle którego
historia Hansa Beckerta miałaby być filmową adaptacją działalności Wampira z
Düsseldorfu. Już roboczy tytuł „M” jasno wskazuje na pewne konotacje z postacią
Kürtena. „Morderca jest wśród nas” („M – Mörder unter uns”), brzmienie
wspominanego tytułu było frazą żywcem wyciągniętą z wydanego przez władze
ogłoszenia dotyczącego nagrody za schwytanie seryjnego zabójcy, które musiało
być znane i samemu Langowi (zważywszy na rozgłos, jaki zyskała cała sprawa).
Społeczeństwo ogarnięte paniką spowodowaną coraz brutalniejszymi wykroczeniami
Kürtena rozpoczęło regularne polowanie na czarownicę obleczone w nieco bardziej
demokratyczną formę. Zamiast używać papieru do rozpalania stosów, używano go do
składania donosów do komendy policji. Ilość wskazówek zebranych przez
funkcjonariuszy przekroczyła podobno liczbę dziesięciu tysięcy. Odpowiednikiem
tego faktu będzie reakcja jednego z oficerów policji na propozycję ujawnienia
pewnych znaczących faktów w prasie. Stanowczo odmawia ich publikacji
stwierdzając, że nie przyniesie ona nic innego, jak kolejne bezpodstawne
donosy. W objętym psychozą społeczeństwie coraz łatwiej było o lincz
przypadkowego przechodnia (scena, w której niemal zlinczowany zostaje niewinny
starzec ma wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością). Nastroje doprowadzały do
szaleństwa – wielu obywateli uwierzyło, że morderca mieszka w nich samych
(zanotowano blisko dwieście przypadków). Z rzeczywistością zgadza się również
„upodobanie” Hansa do dzieci, a głównie do małych dziewczynek, które stają się
ofiarami okrutnych morderstw. Filmowy morderca, podobnie jak Kürten postanowił
napisać list do prasy i zrobił to za pomocą czerwonego ołówka z grubym grafitem.
Z akt sprawy Wampira wynika, że jego korespondencja do prasy została napisana
przy użyciu ołówka – a jakże by inaczej - z grubym grafitem, tyle że ołówka
niebieskiego. Ostatecznym podobieństwem będzie los, jaki spotka osądzonego
złoczyńcę - „poena capitalis”, czyli kara główna, w filmie Langa jedynie
zasugerowana.
Dobitnym faktem potwierdzającym znajomość reżysera i Thei von Harbou ze sprawą
Kürtena będą przygotowania, jakie poczynili przed zabraniem się za realizację
„M”. O ile możnaby uwierzyć, że przeciętny człowiek oddalony od epicentrum
zbrodni, nieczytający gazet i nieinteresujący się sprawami kryminalnymi mógłby
przeoczyć serię morderstw – choć to i tak dość trudne, zważywszy na to, że Lang
nie siedział zamknięty w izolowanym pomieszczeniu. To przyjęcie na słowo
stwierdzenia, że Lang nie czerpał inspiracji ze sprawy Kürtena w momencie, gdy
przed rozpoczęciem zdjęć wraz z żoną pieczołowicie zbierał informacje dotyczące
wszelkiej maści wynaturzeńców poprzez czytanie raportów i rozmowy z sądowymi
psychiatrami, byłoby nadużyciem zaufania do prawdomówności niemieckiego
reżysera.
|
 |
 |
|
Jest zatem „M” z całą pewnością inspirowane wydarzeniami z Düsseldorfu, a nawet
na pewno nie tylko tymi, bo w latach dwudziestych głośno było jeszcze o trzech
dzieciobójcach: Haarmannie, Denku i Großmannie. Podkreślam jednak słowo
„inspirowane” znajdujące się w pierwszym zdaniu tego akapitu. Lang użył
poznanych przez siebie faktów do budowy filmu, który posiada zupełnie inny punkt
centralny, aniżeli doniesienia prasy, czy opowieści o krwawych mordach. Zdaje
się, że wydarzenia przedstawione w „M” są jedynie pretekstem dla nakręcenia
ostatnich dwóch scen: sądu w piwnicy i sądu legalnego. Pretekstem do dyskusji na
temat zasadności kary śmierci, a może inaczej – słuszności roszczenia sobie praw
do tego, by orzekać kto jest człowiekiem, a kto symbolicznie umarł stając się
jego ścierwem – bezduszną bestią.
Wciąż aktualna problematyka „M”
To właśnie pytanie o „zbrodnię i karę” wciąż krąży pomiędzy szarymi uliczkami
bliżej nieokreślonego niemieckiego miasta. I co najważniejsze dla zrozumienia
fenomenu „M”: pytanie rzucone przez Langa niemal osiemdziesiąt lat temu – w
świecie, którego nie nawiedziły jeszcze demony I i II wojny światowej – w dobie
pędzącej globalizacji i komercjalizacji nie traci nic na swej aktualności. Na
filmowej taśmie Lang zamknął subtelnie niemal wszystkie „za” i „przeciw”
wytaczane przeciw sobie przez współczesnych abolicjonistów i retencjonistów. W
następujących akapitach nie będę rościł sobie prawa do jednoznacznej oceny
opisywanych sytuacji. Zamiast jednoznacznego sądu postawię raczej na pytanie
retoryczne.
Na początku poddajmy analizie postać seryjnego mordercy, prawdopodobnie również
gwałciciela i pedofila (podanie tego wprost nie byłoby w stylu niemieckiego
reżysera), bowiem ewentualna kara śmierci miałaby tyczyć się właśnie jego,
tyczyć się Hansa Beckerta. Lang od początku kreuje go na spokojnego jegomościa,
który z każdym dniem na nowo zadziwia się otaczającym go światem, za pomocą
nierealnie wręcz wielkich i głębokich oczu. Problem zaczyna się, gdy z wąskiego
otworu ułożonego z warg Hansa zaczyna wydobywać się charakterystyczny gwizd
(imitujący dźwięki utworu „W grocie Króla Gór”, skomponowanego przez Edwarda
Griega do dramatu Ibsena „Peer Gynt”). Melodia towarzysząca ibsenowskiemu
bohaterowi w trakcie ucieczki przed nieprzyjaźnie nastawionymi górskimi
stworzeniami zwiastuje w „M” to, co najgorsze - przebudzenie z letargu złej
natury Hansa, natury mordercy czerpiącego przyjemność z mordowania niewinnych i
naiwnych dzieci. W oczach oprawcy, jak na tacy widać bezradność i panikę.
Najlepiej oddaje to scena, w której idąc ulicą zaczyna gwizdać wspomnianą
melodię. Nagle przyśpiesza kroku i niczym szaleniec wpada do najbliższego
baru/restauracji bez pomysłu na to, co mógłby w tym miejscu zamówić. W końcu, po
serii nerwowych zmian zdania na temat tego, na co ma właśnie ochotę, prosi o
kieliszek czegoś mocniejszego. Melodia staje się coraz szybsza - próbuje ją
zagłuszyć, próbuje walczyć, ale jak wiemy: wszystko na nic (ten „drugi” jest
silniejszy).
|
 |
 |
|
Hiperbolizacją tego, i tak dość wymownego fragmentu, są dwie sceny następujące
chronologicznie po niej: scena obławy w opuszczonym budynku oraz scena sądu
dokonywanego na Hansie przez miejscowych przestępców i rodziny ofiar. Pierwsza z nich doskonale obrazuje strach, jaki towarzyszy życiu mordercy,
strach przed odkryciem jego drugiej natury, zupełnie niepasujący do policyjnych
profili opisujących seryjnych morderców. Możemy uzmysłowić sobie, że ten
człowiek nie jest kolejnym, pozbawionym uczuć dewiantem, który nie zdaje sobie
sprawy z powagi swych czynów. Kolejna scena mówi nam o nim jeszcze więcej.
Mianowicie, w trakcie popełniania przestępstwa wpada w amok powodujący wymazanie
go (przestępstwa) z pamięci. O makabrycznym wymiarze swych wypadów dowiaduje się on zatem z
nagłówków gazet i plakatów oferujących nagrodę za jego głowę. Gdyby tego było
mało, pada on na kolana i szczerze (widać to na pierwszy rzut oka) wyrzuca z
siebie całą wewnętrzną tragedię polegającą na niemożności zatrzymania chorych
popędów. „Nie wiecie, jak to jest” mówi, i chyba ma rację, nie wiemy.
Podsumowując, Hans na co dzień jest normalnym człowiekiem trzymającym się raczej
z dala od wielkich salonów, czy zapełnionych kawiarni. W żaden sposób nie
wyróżnia się z tłumu, nie szuka tanich podniet, unika problemów. Wbrew jego woli
budzi się w nim czasem (nazwijmy to używając nomenklatury religijnej) „demon”
nakazujący mu porywać i mordować dzieci. Dzieci, które najpierw raczy słodyczami,
balonami i innymi zabawkami. Wykorzystując ich ufność i naiwność doprowadza do
spełnienia swych dzikich żądzy. Niemniej, nie pamięta samego aktu uśmiercania.
Zdaje się, że pamięć zostaje wyczyszczona od momentu rozpoczęcia gwizdania do
momentu zaśnięcia po całym akcie agresji. Po powrocie do „normalnego” stanu,
czyli stanu sprzed popadnięcia w jeden z tych morderczych amoków, Hans szczerze
żałuje popełnionego czynu i umiera ze strachu na samą myśl o tym, że wkrótce z
jego ust znów wypłyną nuty napisane niegdyś przez Griega. Czy mamy prawo do
sądzenia Jeckylla, za krwawe eskapady Hyde’a, kładąc dodatkowy akcent na to, że
Hans nie kombinował z lekami, by swego Hyde’a stworzyć?
|
 |
 |
|
W ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu pada pytanie o niezwykłej, w sporze
pomiędzy abolicjonistami a retencjonistami, wadze – „Czy mamy prawo do
sądzenia?”. Film Langa zadaje je w sposób mistrzowski, żadne inne
słowo nie będzie tu odpowiednie. W tej kwestii „M” to po prostu majstersztyk.
Wystarczy ograniczyć się do sceny sądu społecznego, która odbyła się w jednej z
ciemnych, brudnych i zapomnianych piwnic, jakich pełno w każdym większym
mieście. Wspomnieliśmy już o „spowiedzi” Hansa dokonanej właśnie w trakcie
trwania tego fragmentu filmu Langa. Wspomnieć należy jednak o tym, że przed
mordercą zasiadają ludzie, którzy niejednokrotnie sami zabili lub zgrzeszyli.
Ludzie pozbawieni sądowych urzędów – bezapelacyjni przestępcy, typki spod
ciemnej gwiazdy, ale i matki zamordowanych dzieci z bólem wpatrujące się w ich
oprawcę. Pytania zadawane przez Langa wprost przenikają nasiąknięte kurzem
piwniczne powietrze nietypowej sali sądowej. Czy człowiek może rościć sobie
prawo do decydowania o życiu innego człowieka w momencie, gdy sam nie jest
idealny, a przecież idealnych ludzi nie ma i nigdy nie będzie? I, co może nawet
w tym kontekście wydaje się być rzeczą ważniejszą, czy sama instytucja sądu nie
jest czasem iluzją pozwalającą nam na uśpienie sumienia? Zauważmy bowiem, że nie
dokonano linczu – krwawego samosądu, a w tempie ekspresowym zorganizowano
substytut rozprawy. Po co, skoro jej wynik i tak był jasny od samego początku? W
końcu, już na samym początku procesu padły słowa: „Nie mamy zamiaru utrzymywać
cię w więzieniu, za nasze ciężko zarobione pieniądze”.
Sceną podsumowującą „M” i, w moim odczuciu, kluczową dla zrozumienia stanowiska
samego Fritza Langa i Thei von Harbou jest urywek oficjalnego procesu, a raczej
reakcja jednej z matek po usłyszeniu wyroku, którego my – widzowie – możemy się
jedynie domyślać. Zapłakana kobieta obleczona w żałobne materiały mówi (jakby do
siebie), że to, co stało się przed chwilą wśród masywnych sądowych ław,
rzeźbionych w jakimś szlachetnym drewnie i tak nie zwróci życia jej dzieciom.
Na co to wszystko?
|
 |
 |
|
Sugestywność tej sceny pozwala mi wierzyć, że Hans doczekał się wyroku śmierci,
odwleczonego w czasie przez interwencję policji w trakcie trwania procesu w
piwnicy. I wydawać się może, że w usta zrozpaczonej matki wkłada Lang własne
odczucia dotyczące kary śmierci. Po co, skoro życia i tak nie wrócimy, a jedynie
zabierzemy następne? Z drugiej strony, czy życie mordercy może zrównoważyć szale
wagi, jeśli po drugiej stronie znajdzie się życie jego niewinnej ofiary?
Ambiwalentny stosunek Langa tłumaczyłby również jego zarzekanie się, że
prawdziwe wydarzenia (w szczególności sprawa Kürtena) nie wpłynęły na historię
przedstawioną w „M”. O ile Hans Beckert mógł wzbudzić współczucie widza, to
pozbawiony jakichkolwiek zahamowań morderca, gwałciciel i dewiant pijący krew
swoich ofiar nie mógł zyskać żadnej sympatii opinii publicznej. Może Lang po
prostu nie chciał, aby społeczeństwo stwierdziło, że ich wielki reżyser broni
kogoś takiego, jak Kürten?
„M”, a formalna rewolucja
Zabawa ekspresjonistycznymi fetyszami...
...a w szczególności wciąż powracającym motywem cienia, jako bytu niemal
autonomicznego. O ile we wczesnych filmach ekspresjonistycznych, opierających
się na estetyce kaligaryzmu cień odrywał się od tego, co go rzuca, zajmując
wielkie płótna stłoczone w ciasnych studiach filmowych, to w późniejszej fazie
nurtu (głównie za sprawą Murnaua i samego Langa) otrzymał w prezencie życie.
Wystarczy przypomnieć wampira skradającego się do swej ofiary i perspektywę, z
jakiej nakręcono jego podchody. W początkowej fazie ujęcia nie widzimy samej
postaci (co, jak na tamte czasy nie jest rzeczą częstą), a umiejętnie oświetloną
ścianę, na której pojawia się olbrzymi cień nocnego gościa. Czarna plama rzucana
przez niego na ścianę przez chwilę staje się bardziej przerażająca, aniżeli on
sam. Podobne zabiegi możemy dostrzec w innych filmach Murnaua, na przykład
„Fauście”, i u Langa (chociażby w „Zmęczonej śmierci”, czy „Metropolis” –
swoistym mieście cieni). W „M” cień zyskuje jeszcze jedną właściwość – zaczyna
mówić. W pewnym momencie zastępuje bohatera (chodzi o scenę, w której twarz
Hansa rzuca cień na ogłoszenie o poszukiwaniach mordercy). Staje się zatem cień
autonomicznym bytem – tym, do czego rościł sobie prawa przez cały czas trwania
nurtu.
Przewartościowania...
... z których zdecydowanie najważniejsze jest wspominane wcześniej
przewartościowanie dychotomicznego modelu świata proponowanego przez kino
ekspresjonistyczne przez niemal cały okres swego trwania. W „M” nie mamy tych
dobrych i tych złych. Tych w białych ubraniach i jasnych pomieszczeniach oraz
odzianych w czarne łachmany ludzi gnieżdżących się w niemniej czarnych
siedliskach. W rzeczywistości zaproponowanej przez Langa wszyscy zdają się być
równi – i trochę źli i czarni, i trochę biali i dobrzy. Reżyser spogląda zatem
na świat z zupełnie innej perspektywy, niż ta, która obowiązywała jeszcze kilka
lat wcześniej.
Podobnie można spojrzeć na postać samego mordercy. Aparycja Petera Lorre’a – te
płaczące oczy i żal za grzechy w większości filmów ekspresjonistycznych
czyniłyby z niego bohatera pozytywnego. Lang rezygnuje z odmalowania obrazu
kolejnego szaleńca o trupiobladej cerze i czarnych oczach kontrastujących z
nienaturalną jasnością skóry, szaleńca śmiejącego się w niebogłosy ze swych
czynów, planującego wielkie zbrodnie przeciw ludzkości. W końcu pozbawia go
również wymiarów fantastycznych. Postać Hansa nie może być postrzegana jako
bohater legendy – symbol wyciągnięty z folkloru. To człowiek z krwi i kości, jak
mówi tytuł roboczy filmu – „ktoś, kto żyje pomiędzy nami”.
Genialne operowanie dźwiękiem...
...mimo, że „M” jest pierwszym filmem dźwiękowym, jaki wyszedł spod ręki Langa. O
ile większość filmów dźwiękowych, które powstały w krótkim okresie po
wynalezieniu sposobu udźwiękowienia filmu nadal stosowała świat nut i głosów do
dość prymitywnego obrazowania wydarzeń, które dzieją się na srebrnym ekranie, tak
Lang z miejsca osiągnął poziom, jakim legitymują się dzisiejsze produkcje. Od
razu zdał sobie sprawę z faktu, że dźwięk nie może być jedynie dodatkiem, a
wręcz przeciwnie – może stać się równoprawnym elementem filmu, wpływającym na jego
odbiór w sposób równie znamienny co obraz.
Dla zobrazowania tego o czym mówię, wystarczy przytoczenie kilku krótkich scen.
Pierwszą z nich będzie ta, która rozgrywa się w domu Elsie – dziewczynki
porwanej przez Hansa. Widzimy jej matkę przygotowującą posiłek. Nagle zegar
wybija godzinę, biją dzwony – matka uśmiecha się wiedząc, że córka właśnie
skończyła szkołę. Niestety, jej powrót wciąż się opóźnia. Matka zaczyna się
denerwować, a dźwięki zaczynają cichnąć i cichnąć aż do momentu, w którym nie
słyszymy zupełnie nic. Następnie matka biegnie do okna i zaczyna głośno, z
nieukrywanym zdenerwowaniem nawoływać córkę przez okno – Lang pokazuje nam wtedy
pustą klatkę schodową, puste poddasze i pustą polanę. W momencie gdy akcja
przenosi się na łono natury, krzyk cichnie. W kompletnej ciszy obserwujemy, jak
balonik, który Hans kupił Elsie, zatrzymuje się na drutach wysokiego napięcia…
Druga scena łączy ze sobą dwa odległe miejsca. Wizualnie znajdujemy się w domu
Hansa, dźwięki dochodzą do nas z komisariatu policji. Policjant podaje portret
psychologiczny potencjalnego mordercy zaznaczając, że jest on z całą pewnością
niczym niewyróżniającym się obywatelem. Hans z przerażeniem obserwuje się w
lustrze, po czym zaczyna nerwowo dotykać swej twarzy tak, jakby słyszał, że
funkcjonariusz opisuje właśnie jego.
W trakcie trwania filmu Lang kilkukrotnie kontrastuje również sceny
charakteryzujące się dużym natężeniem dźwięku (uliczny gwar) ze scenami zupełnie
niemymi. Doskonale rozumie, że cisza potrafi powiedzieć niekiedy dużo więcej od
hałasu. W końcu, trzeba wspomnieć o tym, w jaki sposób żebracy demaskują
mordercę – ślepiec rozpoznaje melodię wygwizdaną przez Hansa w trakcie kupowania
balonika dla Elsie. Wzrok zawiódł, dźwięk rozwikłał sytuację – symboliczny ukłon
starego medium wobec jego zmodyfikowanej wersji?
Kilka słów na zakończenie
Mimo upływu lat „M” ani trochę nie traci na wartości, a tym bardziej
aktualności. Spójrzmy chociażby na emocje, jakie swojego czasu wywołały filmy
traktujące w jakimś stopniu o karze śmierci: „Zielona Mila”, „Tańcząc w
ciemnościach”, „Przed egzekucją”. Zauważmy, jak wiele kontrowersji powstało
wokół egzekucji Saddama Husajna – niby ewidentnie winny zarzucanych mu czynów
zbrodniarz. Zresztą, przykładów nie należy szukać daleko. Wystarczy przypomnieć
sobie sprawę braci W. – odpowiedzialnych za zlinczowanie recydywisty, który
zagrażał życiom mieszkańców wioski. Sąd do dziś nie ogłosił wyroku. Wedle litery
prawa powinni zostać skazani za morderstwo z premedytacją, ale sąd ludzi jest
zupełnie odmienny – dla nich zostali miejscowymi bohaterami. Czuć tu te same problemy,
które pojawiły się i w „M” – czy życie przestępcy może równać się życiu ofiar,
czy sąd poszkodowanych nie jest naturalniejszy, aniżeli sąd urzędników? W końcu,
z jakiej racji mielibyśmy płacić pieniądze za utrzymanie recydywisty w więzieniu
(gdyby bracia nie wzięli sprawy w swoje ręce)?
Aktualność merytoryczna współgra z aktualnością formalną. Śmiem zaryzykować, że
gdyby ktoś postanowił pokazać „M” publice, która nigdy nie słyszała o jego
istnieniu i powiedział jej, że jest to film niezależny, powstały w czasach
współczesnych, to duża część osób kupiłaby historyjkę. Brak tu teatralnej gry
charakterystycznej dla okresu niemego, dźwięk i obraz tworzą pomiędzy sobą
relację znaną nam z filmów powstających obecnie, a temat jest nadal aktualny i
wzbudza wiele emocji – czego chcieć więcej?