Strona główna KMF


Blisko pięć lat produkcji, ponad pół roku oczekiwań na polską premierę i ponad sto minut doskonałej zabawy na najwyższym poziomie - to chyba najlepsze podsumowanie produkcyjnej otoczki i końcowego wrażenia jakie wywiera na widzach "Mała Miss". Nakręcony przez Jonathana Daytona i Valerie Faris ciepły i wzruszający komediodramat szturmem zdobył serca widzów i krytyków na kilku różnych festiwalach (m.in. w Sydney i Sundance), by w sierpniu ubiegłego roku wraz z oficjalną premierą zacząć tryumfalny pochód w kierunku czterech Oscarowych nominacji za rok 2006. "Little Miss Sunshine" to, w dużym skrócie, zdumiewająco prosta historia, opowiadająca o zdumiewająco zwyczajnych ludziach w zdumiewająco ciekawy i zaskakujący sposób. Ale zacznijmy od początku.




Poznajcie rodzinę Hooverów. Oto Richard, opętany manią zwyciężania niespełniony autor książek o samodoskonaleniu, czasem głowa rodziny. Przed wami Edwin, tata Richarda - wyrzucony z domu starców, operujący rynsztokowym językiem erotoman, narkoman i kochający dziadek zarazem. Nadchodzi Dwayne, odcinający się od świata przyszły pilot oblatywacz amerykańskich sił zbrojnych, obecnie nastolatek-niemowa. Obok niego wujek Frank, rozmiłowany w twórczości Marcela Prousta wykładowca akademicki, prywatnie niespełniony uczuciowo gej o skłonnościach samobójczych. Jego siostra Sheryl, żona Richarda, ze swoimi problemami z rzuceniem papierosów i niespełnioną chęcią utrzymania rodziny w ryzach wydaje się przy nich najnormalniejszą osobą na świecie. Ale jest tu jeszcze Olive. Mała, absolutnie słodka dziewczynka, do niedawna oczko w głowie każdego członka rodziny Hooverów, a od kilku chwil finalistka narodowego konkursu na Małą Miss. To dla niej, mimo dziury w domowym budżecie, cały ten klan zapakuje się do podstarzałego żółtego mini-busa marki Volkswagen i wybierze w pełną przeróżnych perypetii podróż na wschodni kraniec Ameryki.




Brzmi strasznie? Może trochę, ale w rzeczywistości jest też niesamowicie zabawnie i to już od pierwszych scen. "Little Miss Sunshine" to komedia z prawdziwego zdarzenia - co prawda operująca momentami bardzo czarnym humorem, ale jednocześnie autentycznie przesympatyczna. To obraz obfitujący w znakomite, natychmiastowo zapadające w pamięć sceny, wzbogacone kapitalnie rozpisanymi dialogami i mistrzowską ścieżką dźwiękową, której można słuchać na okrągło. Ale tak naprawdę cała siła tej produkcji tkwi w bardzo trafnie dobranej obsadzie, czyli w postaciach, których interakcje, mimo tych wszystkich udziwnień, są szalenie naturalne i tak prawdziwie ludzkie. Wszystkie role są w "Małej Miss" zaiste fantastyczne, a najwspanialszą z nich stworzyła Abigail Breslin - swoją naturalną grą i autentycznym ciepłem od niej bijącym wykreowała postać dziewczynki, której nie sposób nie pokochać (i nie sposób nie docenić, co potwierdziła Amerykańska Akademia Filmowa, przyznając jej nominację za najlepszą rolę drugoplanową). Wypadałoby napisać coś więcej również o innych kreacjach, ale nie sposób tego uczynić nie krzywdząc żadnego z aktorów - każdy z nich zagrał rolę niemal życiową, każdy z nich powinien zostać nagrodzony, lecz niestety nie starczyłoby chyba nagród na tym świecie, aby odpowiednio uhonorować kunszt jaki reszta obsady posiada. Może brzmi to nieco hiperbolicznie, ale zaprawdę powiadam wam, nie ma w mych słowach ani grama "przesadyzmu". Rodzinka z "Małej Miss" to prawdopodobnie najoryginalniejszy zespół aktorski od wielu, wielu lat.




Ta autorska produkcja aż kipi od prawd i morałów, o których ostatnie co można powiedzieć to to, że zostały podane w nachalny sposób. Tutaj niemal każda scena zawiera jakąś większą lub mniejszą, ale zawsze celną życiową radę. To film rozprawiający się z amerykańską (ale nie tylko) obsesją ciągłego zwyciężania i nieustannego pięcia się w górę po drabinie kariery, czy dążenia do sukcesów na innym polu. To film pokazujący, że w życiu liczą się tak naprawdę rzeczy niewielkie, że cieszyć może nawet najdrobniejszy szczegół. Wreszcie to film, który na swój sposób wychwala rodzinne wartości, jednocześnie nie ukazując rodzinnych relacji jako misternie ortodoksyjnych zachowań. Jak wspomniałem na początku, "Mała Miss" to banalna historia, opowiedziana w sposób daleki od banału. To ciepłe, rozweselające kino, które można oglądać wciąż i wciąż, bez ustanku, do znudzenia, które nigdy nie nastąpi. To film, w którym zakochać się można już od pierwszego wejrzenia, a takich tworzy się niestety bardzo niewiele.




Zapewne znajdą się tacy, którzy uznają recenzowany obraz za podróbkę "W Krzywym Zwierciadle: Wakacje", z tym, że podaną w wersji bardzo zintelektualizowanej, zahaczającej o filozofię Nietzschego czy dotykającej poglądów Prousta. Znajdą się też tacy, którzy w "Małej Miss" nie zobaczą nic więcej poza kolejną produkcją z nieco już wyeksploatowanego kina drogi, urozmaiconego zaledwie kilkoma oryginalnymi postaciami. Oczywiście i jedni i drudzy będą mieli po części rację, gdyż opowiadana historia jest nam przecież dość dobrze znana. Ale nie tylko z filmu o rodzinie Griswoldów, bo czyż nie każda rodzina nie miewa czasem podobnych, zwariowanych perypetii? Czyż w każdej rodzinie nie znajdzie się kilku podobnych oryginałów? Jonathan Dayton i Valerie Faris w dość zakamuflowany sposób pokazali, że i takie familie mogą kochać się zarówno na dobre, jak i na złe. Czyż nie jest to wspaniałe?









Tytuł polski: Mała Miss
Rok i kraj produkcji: 2006 / USA
Czas trwania: 101 minut

Reżyseria: Jonathan Dayton, Valerie Faris
Scenariusz: Michael Arndt
Zdjęcia: Tim Suhrstedt
Muzyka: Mychael Danna, Devotchka

Obsada:
Abigail Breslin   .....Olive
Greg Kinnear   .....Richard
Paul Dano   .....Dwayne
Alan Arkin   .....Grandpa
Toni Collette   .....Sheryl
Steve Carell   .....Frank


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Michał Fedorowicz - hOPS
Klub Miłośników Filmu
23.01.2007