Cofnijmy się do czasów, kiedy wideoklip nie śnił się jeszcze nikomu, a jedynym sposobem na wypromowanie piosenki poza radiem było nagranie musicalu, który w mniejszym lub większym stopniu unieśmiertelniał zarówno utwory, jak i wykonawców. "Mamma Mia!" to film, który wygląda jakby powstał kilkadziesiąt lat temu - pretekstowy scenariusz służy jedynie do upchnięcia jak największej liczby kawałków śpiewanych, a fabuła razi schematami. Do tej, zabójczej w dzisiejszych czasach, mieszanki dodajmy jeszcze jeden element, a mianowicie zespół ABBA. I co? Rewelacja! Pod koniec opowiadana historia tak jakby zbacza nawet z utartego szlaku i szczerze zaskakuje.
Wypadałoby teraz wspomnieć o tym, za co człowiek piszący skrypt wziął pieniądze. Sophie ma 20 lat, mieszka wraz z matką na jednej z greckich wysp w rozsypującym się ze starości hotelu (którego są właścicielkami) i właśnie przygotowuje się do swojego ślubu. Chciałaby jednak, żeby do ołtarza poprowadził ją jej ojciec, którego nigdy nie dane było jej poznać. Po przeczytaniu starego pamiętnika swojej rodzicielki, znajduje trzech potencjalnych kandydatów i w tajemnicy zaprasza ich na uroczystość. Następnie akcja toczy się radosnym schematem komedii romantycznej, prawie do samego końca. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że wszystko łaczy się ze sobą w niezwykle zgrabny sposób - przy odrobinie dobrej woli można dać się nabrać i pomyśleć, że to piosenki zostały napisane do scenariusza, a nie na odwrót.

Częstym problemem w dzisiejszych musicalach jest dobór obsady - aktorzy są albo znani, albo potrafią śpiewać. Trudno znaleźć osobę, która otrzymuje pozytywny wynik w obu kategoriach (dużo łatwiej odszukać kogoś, kto obu kryteriów nie spełnia i taki ewenement w filmie również się pojawia). Meryl Streep jak zwykle nie zawodzi - w końcu posiadanie -nastu nominacji do Oscara o czymś świadczy, tak więc wszechstronna Pani M. odnajduje się w tej roli również wokalnie. Nie mogę również niczego zarzucić aktorce będącej przyczyną całego zamieszania, czyli Amandzie Seyfried - słuchając "Thank You For The Music", jednej z moich ulubionych piosenek ABBY, byłem po prostu zauroczony. Mile zaskoczył mnie równiez Colin Firth, który koncertowo zaśpiewał "Our Last Summer", do spółki z Pierce'em Brosnanem. Jednak koncertowo utwór wykonał tylko Firth, z Brosnanem sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Najwyraźniej w MI6 Bond nie brał lekcji śpiewu (chyba żeby nie wyśpiewać niczego po dostaniu się w niewolę), więc jego rola jest trochę "w kratkę". Według mnie rewelacyjnie wypadł w "SOS", dość średnio w pozostałych piosenkach, a w scenie w kościele pod koniec filmu po prostu fatalnie. Do Brosnana jak ulał pasuje zasłyszane przeze mnie stwierdzenie: "podczas śpiewu na jego twarzy widać prawdziwy wysiłek". Jednak najsłabszym ogniwem jest jegomość grający pana młodego - ani on znany, ani śpiewający. I do tego bezczelnie kaleczy moje ukochane "Lay All Your Love On Me".
Aktorom (niezależnie od zdolności wokalnych) trzeba przyznać jedno - na planie musieli bawić się naprawdę świetnie. W mało którym filmie można w pewien irracjonalny sposób "poczuć" nieskrępowaną radość bijącą z ekranu, która wylewa się z każdego ujęcia i udziela się widzom. Nawet jeśli wspomniane ujęcia są niebezpiecznie kiczowate, mocno przestylizowane i miejscami lekko żenujące.

"Mamma Mia!" jest wyjątkowym przykładem musicalu, w którym każda piosenka może pretendować do miana "tej ulubionej" i "tej najlepszej". Wystarczy dodać jeszcze kilka tytułów, do tych wymienionych już wcześniej: "Super Trouper", "Money, Money, Money", "Take a Chance On Me", "The Winner Takes It All" (Benny Anderson - założyciel zespołu ABBA - był pod ogromnym wrażeniem głosu Meryl Streep, kiedy udało jej się zaśpiewać ten utwór poprawnie już za pierwszym razem). Ogólnie działa to tak: pomyśl o piosence ABBY, która podoba ci się najbardziej, a na pewno usłyszysz ją w filmie. Do pełni szczęścia brakuje jedynie "Fernando".

Ten film będzie hitem w polskich kinach. Rozglądając się po sali podczas seansu można było zobaczyć prawdziwy przekrój przez społeczeństwo - młodzi przychodzili równie chętnie jak starsi, oglądali film z uśmiechem na twarzy i przytupywali w rytm piosenek. Chyba nadszedł czas, żeby odkurzyć CD z największymi przebojami szwedzkiego kwartetu i jeszcze raz rozsmakować się w niepodrabialnym stylu lat siedemdziesiątych. Refleksja na koniec - skoro wyszło z jednym skandynawskim zespołem, może spróbować z innym? Nightwish?
PS. Warto zostać do końca ostatniej, wydawałoby się, piosenki. W nagrodę czeka "Waterloo" i widok Brosnana, Firtha i Skarsgarda w obcisłych i beztrosko tandetnych kostiumach "na Elvisa" z dekoltami do pasa.


wytwórnia - Universal Pictures, 2008
reżyseria - Phyllida Lloyd
scenariusz - Catherine Johnson
zdjęcia - Haris Zambarloukos
muzyka - Benny Andersson
montaż - Lesley Walker
scenografia - Nick Palmer
kostiumy - Ann Roth
czas projekcji - 108 minut


Amanda Seyfried
Meryl Streep
Pierce Brosnan
Colin Firth
Stellan Skarsgard
Julie Walters
Christine Baranski
Dominic Cooper


Sophie Sheridan
Donna Sheridan
Sam Carmichael
Harry Bright
Bill Anderson
Rosie
Tanya
Sky


Autor recenzji: Maciek Poleszak - CIUNIEK [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 1 września 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF