Poznając bohaterów „Mamuta”, trudno oprzeć się wrażeniu, iż pierwszy anglojęzyczny film Lukasa Moodysona został obliczony na widownię amerykańską i jest głęboko zakorzeniony w tamtejszej mentalności. Szwedzki reżyser porusza bowiem nieco odległą z perspektywy polskiego widza, żyjącego w homogenicznej społeczności, kwestię udziału emigrantów w życiu klasy wyższej średniej, wręcz kreśli tezę, że ludność napływowa to spajająca wszystko zaprawa. Nie bez pewnej racji, ale i dozy demagogii. Moodyson jest zapalczywym krytykiem ery globalizacji, więc zachowania jego postaci muszą być tendencyjne – młode małżeństwo, Ellen i Leo, nie mają czasu dla swojej córki, korzystają zatem z pomocy filipińskiej niani. Powodem ich emocjonalnej (a także fizycznej) absencji jest nie tylko wykonywana przez nich praca, ale i obecność najnowszych zdobyczy techniki, które w „Mamucie” symbolizują pusty konsumpcjonizm. Ellen spędza wolny czas uprawiając jogging, lecz tylko na nowoczesnej bieżni, ustawionej na dachu zamieszkiwanego przez nich budynku. Z kolei Leo żyje gadżetami i z gadżetów – kieruje popularną stroną internetową z grami, otacza się technologicznymi nowinkami. Wyrażanie miłości sprowadzono do czysto materialistycznych gestów – Ellen wgrywa mężowi nowe mp3 do odtwarzacza, córce kupuje teleskop (koniecznie z wyższej półki), a Leo porywa ze sklepu wszystkie jedwabne apaszki, nie wiedząc, która może naprawdę spodobać się żonie; oboje nie widują ludzi spoza miejsca pracy.


Oczywiście Moodyson jest filmowcem zbyt inteligentnym, by postawić widza przed jednowymiarowymi wycinankami. Leo i Ellen, w niewielu wolnych chwilach, czują się ze swoim dzieckiem swobodnie, jedyną przeszkodą wydaje się chroniczny brak czasu - śmiech i zabawę przerywa często dźwięk pagera. Reżyser także na płaszczyźnie zawodowej nie czyni z bohaterów nieczułych robotów: Ellen, chirurg dziecięcy, wspólnie ze swoimi małymi pacjentami przeżywa ich tragedie, a Leo, gdy podczas służbowego wyjazdu do Tajlandii poznaje młodą prostytutkę, dzieli się z nią wymyślonym życiorysem i złudnymi marzeniami. Z kolei Gloria, filipińska opiekunka, reprezentuje postawę uduchowioną, kultywuje przywiezione z domu tradycje, jej praca służy dzieciom, czekającym na nią w rodzinnym kraju pod opieką babci. I tutaj pierwsze wrażenie odniesione przy kontakcie z filmem pryska, bo prowadzone równolegle wątki dotyczą innego niż emigracja tematu – rodzicielstwa. Moodyson stara się pokazać wszystkie oblicza problematyki związanej z wychowaniem i utrzymaniem dziecka, lecz zbytnie uproszczenia niebezpiecznie zbliżają jego film do powierzchownego uniwersalizmu. Chcąc zestawić sytuacje wszystkich ukazanych w „Mamucie” rodziców, reżyser jedynie zaznacza pogłębianie się uczuciowej przepaści między rodzicem a dzieckiem – nieważne jakie są przyczyny, skutek podobny.

„Mamut” to kino zachowawcze, niewiele w nim głębszej myśli i prawdziwej emocji. Moodyson we wcześniejszych filmach nie bał się zmierzyć z tematami trudnymi, wymagającymi od reżysera prawdziwej ikry. Postawieni przed różnymi problemami bohaterowie naprawdę ich nie rozwiązują – być może chodziło w „Mamucie” o niemoc towarzyszącą podejmowaniu decyzji, ale Moodyson nawet nie prowokuje widza, by zastanowił się nad tym, co widzi. Prowadzi swój film w sposób stateczny, uporządkowany, mimo wielości wątków i wielowarstwowej narracji równoległej. Ciekawie, ale aż zbyt przykładnie. Brak tutaj twórczej prowokacji, do której zdążył już przyzwyczaić publiczność.

Ocena: 6/10

Autor artykułu: Bartosz Czartoryski - KEDDIE [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 17 stycznia 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]

STRONA GŁÓWNA KMF