11. Tydzień Kina Hiszpańskiego już dawno za nami, a tymczasem w oczekiwaniu na dwunastą edycję imprezy krótka recenzencko-wrażeniowo-opisowa relacja z edycji 2011.


FILMY

 
NOWE KINO HISZPAŃSKIE


SAMOTNA WYSPA
(reż. Dunia Ayaso, Félix Sabroso, Hiszpania 2009)

Od długiego czasu interesują mnie filmy, które w jakiś sposób poruszają temat godzenia się ze śmiercią. Tym razem chodzi o śmierć ojca, który nie potrafił stworzyć silnej, oddanej sobie rodziny. Matka (Geraldine Chaplin) nieco neurotyczna, starsza córka pod płaszczykiem sukcesu zawodowego skrywa skrajne załamanie nerwowe, młodsza ledwo wiążąc koniec z końcem rozpaczliwie szuka miłości, a syn od dziecka marzy o karierze pisarza powoli starzejąc się w domu rodziców. Każdy z nich jest zatem tą tytułową samotną wyspą. Los jednak chciał, aby spotkały się one ponownie.

Zbliżenie nie jest proste, a momentami wydaje się być wręcz niemożliwym. Sprawy nie ułatwia skrzętnie skrywana rodzinna tajemnica, która z czasem zaczyna wychodzić na jaw zrywając niezwykle cienką nić porozumienia pomiędzy ludźmi, którzy teoretycznie powinni być sobie bliscy. Czym właściwie jest w dzisiejszych czasach rodzina? Czy aby nie tylko martwym terminem, kategorią antropologiczną?

Zagrana ‘na skraju załamania nerwowego’ ‘Samotna wyspa’ w sposób niezwykle subtelny porusza ważne dla współczesnej widowni tematy. Film zdecydowanie wart polecenia.


CELA NR 211
(reż. Daniel Monzón, Hiszpania 2009)

Czyli sprawnie zrealizowany thriller więzienny, który naprawdę trzyma w napięciu i pozwala poczuć duszną atmosferę świata za kratami. Choć jest w nim kilka znaczących niedociągnięć (na czele ze scenariuszową wpadką, która ma miejsce już na samym początku filmu), to i tak ogląda się ‘Celę’ znakomicie. Mimo tego, że nieszczęście goni nieszczęście, a co za tym idzie z czasem dość łatwo domyśleć się rozwiązania scenariusza, to i tak polecam – mnie przekonał jak najbardziej.


POŁOWA OSKARA
(reż. Manuel Martín Cuenca, Hiszpania 2010)

Manuel Martin Cuenca w trakcie spotkania z widzami po seansie filmu zaznaczył, że dla niego ‘Połowa Oskara’ jest filmem o miłości niemożliwej, przez co tak pięknej i tragicznej zarazem. Muszę przyznać, że trudno się w tym przypadku z twórcą nie zgodzić.

Świetnie sfotografowane wybrzeża Almerii pełne wielkich, pustych przestrzeni, które niespodziewanie spotykają się z Morzem Śródziemnym, wszechogarniająca cisza, oszczędność dialogów i jeszcze większa oszczędność mimiki aktorów potęgują uczucie alienacji oraz smutku. W zaledwie kilku momentach obserwujemy wybuchy emocji, choć nie znaczy to, że brak ich w pozostałej części filmu. Wręcz przeciwnie – ‘Połowa Oskara’ jest w zasadzie dziewięćdziesięciominutowym zapisem emocji, których kulminacja przypada na niezwykłą scenę błądzenia po andaluzyjskich wzgórzach. Czuć w tym ‘Przygodę’ Antonioniego, czuć filmową poezję. Nie jest to kino łatwe i przyjemne, za to szalenie satysfakcjonujące – polecam.
 


BULLYING
(reż. Josetxo San Mateo, Hiszpania 2009)

Media już od kilku lat regularnie podejmują temat przemocy w szkołach. Film Josetxo San Mateo jest dość wstrząsającym głosem w dyskusji i zdecydowanie powinien zostać usłyszany.
Teoretycznie obserwujemy doskonale znany nam schemat, ponieważ głównym bohaterem jest nie do końca radzący sobie w otoczeniu rówieśników chłopak, który staje się przedmiotem okrucieństwa ze strony tych silniejszych, bardziej znanych, ‘ modnych fajnych’. W trakcie pojawia się dziewczyna, która wbrew opinii wszystkich zaczyna spotykać się z ośmieszanych chłopakiem oraz osoba dorosła, która – w sposób dość nieudolny zresztą – próbuje przerwać spiralę przemocy. Nie ma się co zatem oszukiwać, ‘Bullying’ jest filmem schematycznym do bólu.

Jego siła tkwi jednak w wizualnej dosłowności. Sceny okrucieństwa nie są pozostawiane w domyśla, a zademonstrowane widzowi bez zbędnych niedomówień. Może byłbym i przeciwnikiem tego typu podejścia do tematu, gdybym sam nie miał okazji uczęszczać do najgłupszego tworu w historii naszego systemu oświaty – gimnazjum. Film, mimo ogromnych pokładów okrucieństwa zarówno fizycznego jak i psychicznego, wcale nie wyczerpuje tematu. Takie rzeczy dzieją się naprawdę i właśnie dlatego warto widowni problem uzmysłowić. Dzisiejsze czasy to nie żadne spłuczki, szturchańce i rozbite nosy – to już stare, słabe i niemodne.

Warto zatem obejrzeć ‘Bullying’, bo mimo momentami rażącej schematyczności mówi prawdę o tym, co dzieje się za murami niemal każdej szkoły.


FAMILYSTRIP
(reż. Luis Miñarro, Hiszpania 2009)

W moim odczuciu jest to najlepszy film 11. Tygodnia Kina Hiszpańskiego. Siedemdziesięciominutowy dokument rozgrywa się w malutkim pokoiku domu rodzinnego słynnego hiszpańskiego producenta filmów artystycznych, Luisa Miñarro. Statyczna kamera towarzyszy procesowi tworzenia obrazu rodzinnego, na którym znajdują się ojciec, matka oraz sam Miñarro.

Całość jest jedynie pretekstem do wielogodzinnej rozmowy o życiu rodziców producenta. Oko kamery rejestruje dla nas najbardziej osobiste opowieści z życia dwojga ludzi, szybko okazują się być one również historią samej Hiszpanii. Słuchanie i oglądanie dwójki pełnych życia staruszków jest wprost niezwykłym doświadczeniem. Mimo wagi podejmowanych tematów uśmiech nie znika z twarzy nawet na moment. Film na przemian wzrusza i rozbawia, nigdy jednak nie pozostawia obojętnym.

Jest to zatem zapis istnienia dwóch niby zwykłych osób, nic nie znaczących w kontekście wielkiej historii Hiszpanii, a co tu dopiero mówić o świecie. Nic innego jak rodzinne nagranie. Tym bardziej zaskakującym wydaje się fakt, że ‘Familystrip’ tak silnie porusza. Wyjaśnienie jest jednak na wyciągnięcie ręki – oko kamery jest przecież spojrzeniem samego Miñarro, a dla niego dwójka staruszków i podniszczone mieszkanie wypełnione modelami samolotów ojca jest centrum świata, axis mundi. Oglądamy zatem dokument i o ludziach zwykłych, i o ludziach niezwykłych jednocześnie. Magia życia i magia kamery – małe arcydzieło.



MOSKITIERA
(reż. Augusti Vila, Hiszpania 2010)

Komedia czarna jak smoła. Wydaje mi się nawet, że miejscami konwencja zostaje przekroczona, że film staje się zbyt zaangażowany w problemy bohaterów, zaczyna tracić dystans do przedstawianych wydarzeń. Nie poczytuję jednak tego jako minus. Uważam, że tego typu podejście do tematu działa na film pozytywnie, ponieważ gdy w trakcie obserwacji psychicznej agonii bohaterów zaczynamy łapać się za głowę i coraz szczerzej angażować się w ich problemy reżyser nagle zaskakuje nas krótką, absurdalnie śmieszną sceną, choć pozornie rozładowującą ekranowe napięcie. Efekt zdecydowanie odświeżający i ciekawy.

Ciekawy tak, jak i sam film Agusti Vila, który – podobnie jak omawiana już ‘Samotna wyspa’ – porusza temat funkcjonowania lub niefunkcjonowania instytucji rodziny w dzisiejszym społeczeństwie. Wnioski są zgoła podobne.


NAWET DESZCZ
(reż. Iciar Bollain, Hiszpania 2010)

KFilm Bollaina to niezwykle sprawnie zrealizowana produkcja rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych. Obserwujemy przenikanie się świata Kolumba i jego konkwistadorów oraz współczesnej rzeczywistości potomków indiańskich plemion. O ile ta druga płaszczyzna jest jak najbardziej realna, to pierwsza zostaje wytworzona przez hiszpańskich filmowców, którzy na terenie Boliwii realizują film opowiadający o odkrywcy Ameryki. Mamy zatem film w filmie.

Młody i ambitny reżyser (Gael Garcia Bernal) nie chce jednak nakręcić kolejnego peanu pochwalnego na cześć odkrywcy z półwyspu iberyjskiego, a ukazać ambiwalencję jaka towarzyszyła wydarzeniom historycznym związanym z jego osobą. Dostrzegamy zatem w jego zachowaniu coś na miarę próby przeprosin za zachowania swoich przodków – takie uderzenie się w pierś, spóźnione przeprosiny. Okazuje się jednak, że sam reżyser i duża część jego ekipy nadal ma za nic indiańską społeczność, która zaczyna być wykorzystywana jako tania siła robocza przy produkcji filmu. Dodatkowo, w okolicy nasila się konflikt ‘o wodę’, która za duże pieniądze dawkowana jest Indianom przez rząd Boliwii wyraźnie ignorujący umierających z pragnienia tubylców.

Kolejne sceny będą zestawiane ze sobą na podstawie klucza ‘popatrzcie jak było kiedyś – popatrzcie jak jest teraz’. Widz szybko zaczyna orientować się, że reżyser manipuluje materiałem w taki sposób, aby wykazać, że ludzie nie zmienili się od czasów kolumbijskich nawet odrobinę. I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, bo przecież ciężko się z takim stanowiskiem nie zgodzić (zmieniają się czasy, nie ludzie), gdyby nie zbytnie zachłyśnięcie się hollywoodzkimi wzorcami silnie ciążące na ostatnich 20-30 minutach filmu. Z widowiska (używam słowa świadomie, ponieważ pod katem technicznym oraz operatorskim naprawdę jest co podziwiać), które ma nam do powiedzenia coś ciekawego robi się tym samym amerykańska przypowieść o przyjaźni, honorze, heroizmie i dojrzewaniu do odpowiedzialności. Trochę niepotrzebnie.


WSZYSTKO CZEGO ZAPRAGNIESZ
(reż. Achero Manas, Hiszpania 2010)

Czyli jak z ciekawego pomysłu zrobić pospolity wyciskacz łez próbujący udawać, że jest filmem ważnym i społecznie zaangażowanym.

Umiera matka, a ciężar wychowania małej dziewczynki spoczywa na barkach zapracowanego ojca. Wkrótce dziecko zaczyna tęsknić za obecnością kobiety w swoim otoczeniu. Niezdolny do rozpoczęcia kolejnego związku ojciec postanawia odgrywać zatem dwie role – jedną już znamy, drugą będzie rola zmarłej matki. I nie chodzi tu o jakieś metaforyczne zachowania, a o pełną mimikrę. Ojciec homofob zaczyna paradować więc w damskich ciuchach, makijażu, peruce. Co więcej, aby być bardziej wiarygodnym postanawia zasięgnąć rady u miejscowego homoseksualisty, który od lat wciela się w rolę kobiety (wpierw musi się z nim pogodzić, ponieważ swojego czasu zwyzywał go od najgorszych).

I w taki sposób z ciekawego pomysłu, który przynajmniej w zalążku zakładał poważne podejście do ewolucji konserwatywnego ojca otrzymujemy film z cyklu: ‘ach jak on się poświęca dla tego dziecka’, ‘ach jak on się zmienił w imię miłości’, ‘ach jaki ten świat nieuczciwy i nietolerancyjny’. Podkreślmy jeszcze każdy kolejny odważny akt ojca odpowiednim podkładem muzycznym i z filmu o poważnym problemie robi nam się film sponsorowany przez producentów chusteczek higienicznych oraz antydepresantów. Szkoda.
 


RETROSPEKTYWA ALEXA DE LA IGLESII


Do retrospektywy zostały wybrane cztery filmy hiszpańskiego eksperymentatora, a wśród nich świeżo zdjęty ze szpuli ‘Hiszpański cyrk’, czyli opowieść o Hiszpanii opowiedziana przez pryzmat pojedynku dwóch makabrycznych klaunów. Ponad to, widzowie mogli zobaczyć: ‘Dzień bestii’, czyli rzecz o próbie pokonania szatana jego własną bronią, ‘Kamienicę w Madrycie’, czyli kilka słów o chciwości oraz ‘Umrzeć ze śmiechu’ – historię, no właśnie, o czym?

Trzy bardzo dobre filmy i jeden niewypał – bilans jak najbardziej w porządku, ale po kolei.


DZIEŃ BESTII
(reż. Álex de la Iglesia , Hiszpania 1995)

Ksiądz Angel nieco zagalopował się ze swoimi studiami nad Apokalipsą św. Jana i doszedł do wniosku, że tekst jest niczym innym jak zakodowaną informacją na temat narodzin Antychrysta. Po serii zdekodowań i wyliczeń doszedł do wniosku, że szatan jest już w drodze, a jedynym sposobem na jego powstrzymanie jest nawiązanie z nim kontaktu i wywiedzenie na manowce. I tu od razu pojawia się problem, ponieważ to raczej szatan wybiera osobę, z którą chce kontakt nawiązać, a do bogobojnych księży, którzy muchy by nie skrzywdzili odzywa się raczej rzadko. Ksiądz Angel postanawia zatem zwrócić na siebie uwagę Belzebuba poprzez czynienie jak największej ilości złych uczynków w akompaniamencie świeżo zakupionych płyt z muzyką death metalową.

Ciężko odmówić Iglesii oryginalnego pomysłu. Robi się jeszcze dziwniej i ciekawiej w momencie, gdy do księżulka dołącza satanista pracujący w miejscowym sklepiku z ciężkimi brzmieniami oraz (mimo własnej woli) telewizyjny hochsztapler-okultysta, który wie o szatanie tyle, co Wikipedia. Z czasem po ekranie zaczynają biegać jakieś kozy, na podłodze wycinane są pentagramy, a ksiądz rusza w poszukiwaniu dziewiczej krwi. Nieźle, nieźle.

I choć początkowo czułem się w świecie Iglesii nieco nieswojo, to w ostatecznym rozrachunku muszę przyznać, że w jego szaleństwie zdecydowanie tkwi jakaś metoda. Zamierzony idiotyzm ‘Dnia bestii’ naprawdę angażuje widza. To dobrze się ogląda i, co najważniejsze, chce się oglądać nadal nawet po przeleceniu wszystkich napisów końcowych. Myślę, że to wystarczająca rekomendacja. Pierwszy bardzo dobry film Iglesii.


KAMIENICA W MADRYCIE
(reż. Álex de la Iglesia , Hiszpania 2000)

Na ostatnim piętrze madryckiej kamienicy umiera nie-szczęśliwy zwycięzca loterii pieniężnej. Wszyscy mieszkańcy niecierpliwie oczekują na oddalenie się policji oraz lekarzy, aby móc rozpocząć poszukiwania ukrytego majątku. Ten wpada jednak niespodziewanie w ręce pracownicy agencji nieruchomości, która od jakiegoś czasu usiłuje sprzedać jedno z mieszkań znajdujących się w obrębie budynku. Rozpoczynają się krwawe szachy.

Szachy, ponieważ nie mamy tu frontalnego uderzenia mieszkańców do drzwi pośredniczki. Wszystko odbywa się podstępem, ze sztuczną gościnnością oraz kulturą osobistą, która ma maskować złodziejskie zamiary. Kobieta szybko zdaje sobie sprawę z rozgrywki, w jaką została wciągnięta. Nie mając dużych szans na ucieczkę nie ma innego wyboru jak zasiąść do ‘szachowej partyjki’ i zacząć wykonywać własne ruchy.

Film jest czarną komedią przypominającą nieco swoim klimatem kolaż tarantinowskich ‘Wściekłych psów’ oraz ‘Czterech pokojów’. Dosłownie pokazana przemoc oraz atmosfera śmiertelnej rozgrywki zbliża go do opowieści o kolorowych policjantach i złodziejach, typ humoru i topografia pasują z kolei bardziej do filmu z Timem Rothem paradującym w śmiesznej czapce. Ostatecznie otrzymujemy film o klasę niższy od ‘Wściekłych psów’, ale i o niebo lepszy od nieudanych ‘Czterech pokojów’. Mamy zatem drugi bardzo dobry film Iglesii wyświetlany w trakcie omawianej retrospektywy.


HISZPAŃSKI CYRK
(reż. Álex de la Iglesia , Hiszpania 2010)

To jest ten trzeci bardzo dobry film, po obejrzeniu którego popełniłem nawet recenzję, do której zapraszam:

[RECENZJA HISZPAŃSKIEGO CYRKU]


UMRZEĆ ZE ŚMIECHU
(reż. Álex de la Iglesia , Hiszpania 1999)

A to jest z kolei ten nieudany i mało zabawny, choć w pewnym sensie będący zapewnie reżyserską wprawką do ‘Hiszpańskiego cyrku’. Podobnie jak w opowieści o klaunach, tak i tu oś fabularna rozwija się wokół konfliktu dwóch bohaterów. Co więcej, podobnie jak wymalowani błaźni, ta i ci mają za zadanie rozbawiać zgromadzoną publiczność, ponieważ są niezwykle popularnym komikami telewizyjnymi.

Początkowo współpraca układa się wyśmienicie, potem zaczyna się gwiazdorstwo oraz kłótnie. Jeden z komików pozostaje na szczycie, drugi spada na samo dno. Nienawiść pomiędzy dwójką rośnie każdego dnia. Na horyzoncie pojawiają się jednak producenci telewizyjni, którzy po zaproponowaniu odpowiedniej sumy nakłaniają bohaterów do kilku kolejnych występów. Wojna rozpoczyna się na nowo.

Choć fabuła może i obiecująca, a PG-13 schowane głęboko w szafie z wielką przykrością muszę stwierdzić, że ‘Umrzeć ze śmiechu’ po prostu nie śmieszy, a co tu dopiero mówić o turlaniu się po podłodze i próbie złapania oddechu (w końcu na pewnej płaszczyźnie właśnie to sugeruje nam tytuł). Iglesii wyraźnie podwinęła się noga.



Co tu dużo podsumowywać. Mimo tego, że nie wszystkie filmy udało się zobaczyć, a z zobaczonych nie wszystkie się spodobały, to bilans i tak wychodzi na duży plus. Spotkanie z Iglesią na dużym ekranie (może choć trochę burzące almodovarohiszpańską wizję kina z półwyspu iberyjskiego dominującą w świadomości polskiego widza), poetycka wycieczka do Andaluzji, rozważania na temat rodziny i przejmująca jej afirmacja w ‘Falilystrip’ – wiele udanych godzin w kinie, było warto.

Autor relacji: Filip Jalowski - Fidel


POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ