Marley i ja

Większość produkcji rozrywkowych z miłością w tle, trzyma się pewnego szablonu. Widz obserwuje pałające do siebie uczuciem postaci, które dopiero po licznych perturbacjach padają sobie w ramiona i lądują na ślubnym kobiercu, a na końcu pojawia się napis: "I żyli długo i szczęśliwie", "Marley i ja" obrał sobie trudniejszą ścieżkę, film ten bowiem zaczyna się tam, gdzie większość tego typu produkcji się kończy.

Marley i ja zdjęcie 1 Marley i ja zdjęcie 2

Poznajemy Jenny (Jennifer Aniston) i Johna (Owen Wilson), którzy właśnie wzięli ślub i planują ułożyć sobie razem życie. Jenny przygotowała w głowie swój własny plan na to jak będzie ono wyglądało. Znalazła przystojnego męża, ma dobrą pracę, dom i samochód. Ostatnim ważnym punktem do odhaczenia wydaje się dziecko. Sam John, jak większość facetów w takiej sytuacji, jest na straconej pozycji i właściwie jedyne co mu pozostaje, to przystać na założenia Jenny i posłusznie zgodzić się na zrealizowanie wizji życia swojej żony. Posiadanie dziecka, to jak wiadomo jedna z najtrudniejszych decyzji w związku. John jest świadom tego, że potem nic już nie będzie takie samo. Wstępnie się zgadza (tak jakby miał jakiś wybór), jednak stara się odwlec to na później. W tym celu, za namową przyjaciela, sprawia Jenny urodzinowy prezent w postaci małego, słodkiego labradora, którego potem nazywa Marley. Psiak ma zostać chwilowym substytutem dziecka, ma ich przygotować i wytrenować w opiece nad przyszłym potomkiem. Marley wydaje się być przemiłym i niewinnym psiakiem, jednak szybko okazuje się, że jest to istny diabeł wcielony, który nadmiar energii wyładowuje na wszytkim i wszystkich wokół, swoim właścicielom niejednokrotnie spędzając sen z powiek. Pomimo tego para ma do niego anielską cierpliwość, przez co pies szybko staje się pełnoprawnym członkiem rodziny. W końcu po wielu próbach John i Jenny zostają szczęśliwymi rodzicami i to aż trójki dzieci. Marzenia obojga o wspaniałym życiu w domku z ogrodem i gromadką szkrabów, szybko jednak zderzają się z rzeczywistością, a niesforny Marley wcale nie ułatwi im zadania.

Komercyjne produkcje właściwie na każdym kroku obiecują nam znalezienie skutecznej drogi do szczęścia - wystarczy się zakochać, wziąć ślub i wszystko będzie cacy. Przeważnie widz łudzi się, że "I żyli długo i szczęśliwie" rzeczywiście się spełnia. Gdy jednak okazuje się, że dalej nie jest już tak kolorowo, nie ma już odwrotu. W przypadku "Marley i ja" jest inaczej. Obserwujemy postaci, które obrały sobie określoną drogę życiową oraz przyglądamy się ich problemom i niedogodnościom, jakie pojawiają sie na ich drodze w konsekwencji podjętych decyzji. Oczywiście wszystko w końcu jakoś się układa. Film stara się być uczciwy i nie mami nas fałszywą obietnicą rodziny jako totalnej sielanki, pełnej samych miłych chwil. Pokazuje nam, że jeśli chce się wejść na tę ścieżkę, trzeba porządnie się napracować. Wydaje się to banałem i oczywistością, ale patrząc na tłumy całkiem młodych rodziców wokół, którzy dosyć mechanicznie i lekkomyślnie podjęli decyzję o wspólnym życiu, sądzę, że takie filmy są potrzebne.

Marley i ja zdjęcie 3 Marley i ja zdjęcie 4

Twórców należy pochwalić za to, że nie poszli na łatwiznę. Z plakatów i zwiastunów można było odnieść wrażenie, że "Marley i ja" będzie lekką i zabawną familijną produkcją z niewybrednym humorem i slapstikowymi żartami, w której sednem będą harce uroczego labradora. I poniekąd tak jest, tyle, że nie do końca. Psoty Marleya nie są jedynym wątkiem i przy okazji nie są też zbyt przesadzone ani głupkowate. Film stara sie być w miarę blisko rzeczywistości, nie przekraczając granic dobrego smaku. Wynika to zapewne z tego, że powstał na kanwie książki, napisanej na podstawie prawdziwych przeżyć autora. Poza tym przez cały film nie obserwujemy milusińskiego pieska, któremu trudno się oprzeć. Marley dosyć szybko rośnie, przybiera na wadze i przestaje być milutki. Zamienia się w całkiem sporą, nieokrzesaną bestyjkę, którą trudno widzowi polubić.

Dosyć często obraz ten wchodzi też na trochę cięższe tematy. Śmiechu i zabawnych sytuacji nie ma więc aż tak dużo, jak można by się tego spodziewać. To spory plus, w sytuacji kiedy robi się wiele filmów o zwierzakach, pełnych gadających psów, kotów, wiewiórek i tym podobnych, kierowanych głownie do dzieci. "Marley i ja" mógł pójść w stronę psiej wersji "I kto to mówi", ale tego nie zrobił i chwała mu za to. Widzowie oczekujący tego typu rozrywki mogą wyjść z kin nieco zawiedzeni.

Marley i ja zdjęcie 5 Marley i ja zdjęcie 6

Oczywiście nie mamy tu do czynienia z jakimś ponurym i ciężkim filmem. Nadal jest to całkiem miła dla oka, przyjemna, rozrywkowa propozycja na weekend, na której dobrze będzie bawić się cała rodzina. Aktorstwo nie zachwyca (do czego i Wilson i Aniston zdążyli już nas przyzwyczaić). Melodramatyczne wtręty i zmiany tonacji, od wesołej do dosyć smutnej, mogą trochę drażnić i nie zawsze pasować do sytuacji. W dodatku, sporo tu schematów i fabularnych uproszczeń (problemy bohaterów z czasem mijają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki), a pod koniec robi się nawet trochę sentymentalnie. Mimo to "Marley i ja" w swoim gatunku stoi przynajmniej o stopień wyżej od reszty. Jest to głównie film o przyjaźni i rodzinie, ot taka miła historyjka, w sam raz na ciężkie i niespokojne czasy.

Plakat

Marley & Me
Marley i Ja
reżyseria - David Frankel
scenariusz - Scott Frank, Don Roos
zdjęcia - Florian Ballhaus
muzyka - Theodore Shapiro
montaż - Mark Livolsi
czas projekcji - 120 minut

wystąpili:

Jennifer Aniston (Jennifer Grogan)
Owen Wilson (John Grogan)
Eric Dane (Sebastian)
Alan Arkin (Arnie Klein)
Haley Bennett (Lisa)
Kathleen Turner (Pani Kornblut, treserka psów)
Haley Hudson (Debby)
Clarke Peters (Wydawca)

Plakat 2

Autor recenzji: Przemysław Dobrzyński - Home-ER | Klub Miłośników Filmu, 29 marca 2009

Strona główna | Recenzje KMF| Napisz do autora