Matka Mary pije na umór i na dodatek jest kleptomanką, zaś ojciec całe popołudnia spędza w szopie, pochłonięty wypychaniem martwych
ptaków znalezionych przy autostradzie. Jedynym przyjacielem klasowego cudaka ze znamieniem w kolorze kupy na czole jest paskudnie
brzydki kogut. Mary dorasta w przekonaniu, iż dzieci biorą się z piwa. Chcąc poszerzyć swe horyzonty, na wybrany przez przypadek
adres wysyła list do Nowego Jorku, list z pytaniem, czy w Ameryce dzieci rodzą się w puszkach coca-coli. Odpowiedź nadchodzi: nie,
dzieci nie biorą się z puszek po coli, mówiono mi, że wykluwają się z jajek. Jeśli są dziećmi żydowskimi, jajko jest wysiadywane przez
rabina; jeśli katolickimi, to przez zakonnice; dzieci ateuszy mają najgorzej, gdyż wysiadują ich jajka brudne, samotne prostytutki.
Nadawcą odpowiedzi jest Max. Max ma czterdzieści cztery lata i zespół Aspergera. Chodzi na spotkania Anonimowych Obżartuchów i,
podobnie jak Mary, jest wielbicielem kreskówki "The Noblets". I też nigdy nie miał przyjaciela.
|
 |
 |
|
Granica pospolicie pojmowanej normalności, pomylenie czy ześwirowanie, jakieś traumy, patologie, życiorysy pokrzywione, Mike Leigh udziela
lekcji Wesowi Andersonowi. Kto zna oscarowego "Harviego Krumpeta" z roku 2003, pełnometrażowym debiutem Australijczyka Adama Elliotta nie
będzie zaskoczony. Co nie znaczy, że "Mary i Max" to film wtórny. W prawdzie Elliott cytuje samego siebie z bezczelnością Quentina Tarantino,
niemniej trudno się w tej cudnym, bardziej gorzkim niż słodkim filmie nie zakochać. Ja się w każdym razie zakochałam - od niemal pierwszej
do ostatniej minuty miałam ochotę rozpłakać się z zachwytu. To jeden z tych filmów, na których nie wiadomo, czy klaskać, czy łkać, otworzyć
księgę cytatów czy próbować zatrzymać w pamięci jak najwięcej pojedynczych kadrów, gdyż w animacji nie ma nic bardziej rozczulającego niż
plastelina. Film się skończył, ochłonęłam: entuzjazm opadł (tętno także), jednak poczucie, że obejrzałam właśnie coś nietuzinkowego, pozostało.
Nie ze względu na oryginalność tegoż, gdyż, jak już wspomniałam, Elliott nijak nie wykracza poza krąg swoich zainteresowań naszkicowanych w "Harviem"
i, jeszcze wcześniej, w debiutanckiej trylogii zrealizowanej w czasie i krótko po ukończeniu studiów: "Wuju" nagrodzonym przez Australijski
Instytut Filmowy, oraz "Kuzynie" i "Bracie". Także charakterystyczna narracja (taka w stylu Wesa Andersona właśnie, choć Anderson nigdy nie był
tak perfidny...) była mi już znana; podobnie pokraczna fizjonomia postaci (wielkie oczy, dziwne głowy, olbrzymie okulary), rozkoszowanie się
detalem, te wszystkie zwierzątka, kotki, pieski, ptaszki (no i Cher z Sonnym oczywiście!), charakteryzowanie bohaterów przez ich dziwaczne zwyczaje,
obsesje mniejsze i większe. Elliott daje jednak widzowi, który jego krótkometrażówki znał, pełną satysfakcję w obserwowaniu, jak te same motywy
można nawet nie tyle rozwijać, co wykorzystywać na nowo. Ideologicznie też pozostał w tym samym miejscu, bo niby gdzie miałby się udać?
"Mary i Max" to historia o samotności, radzeniu sobie (lub też nie) z własną innością, odrzuceniem, alienacją, wrogością świata zewnętrznego,
tak okrutnego, tak niezrozumiałego i absurdalnego
|
 |
 |
|
Forma jest tu sprawą kluczową. Bo z jednej strony plastelina, chwytająca za serce największego cynika, a z drugiej scenariusz, piekielnie dobry
i piekielnie przykry, choroby psychiczne, alkoholizm, psychozy, natręctwa, kalectwo, zdrada, ucieczka, śmierć. Mary i Max zdają się, podobnie jak
Harvie Krumpet, być na swój sposób niewinni, lecz przecież w ich osobliwej, dwudziestoletniej przyjaźni pełno czarnych dziur, niezrozumienia i
egoizmu, gniewu i żalu. Ich postaci są brzydkie, nieforemne, ale budzą współczucie i czułość; ta pozorna słodycz brutalnie zderza się z zawiłościami
fabuły. Plastelinowa flaszka z sherry wciąż jest flaszką z sherry. Chcielibyśmy się do tych ludzików z plasteliny uśmiechać, traktować jak Wallace'a
i Gromita, ale tak się nie da. Udzielający głosu Maxowi Philip Seymour Hoffman kojarzy się z nieszczęśnikami z filmów Solondza, P. T. Andersona, Kaufmana
i tak dalej; z Toni Collette (dorosła Mary) wcale nie jest lepiej, wystarczy przypomnieć sobie "Wesele Muriel" czy "Był sobie chłopiec".
Ten dodatkowy kontekst jeszcze wzbogaca rozdźwięk pomiędzy fabułą a animacją samą w sobie. I choć sam motyw posiadania idealnego przyjaciela
gdzieś na drugim krańcu świata jest zupełnie bajkowy, życie bajką nie jest, nawet, jeśli chcieliśmy w to wierzyć przez minut pięć lub dziesięć.
Banał? Raczej nie i dlatego warto "Mary i Maksa" obejrzeć. Zagryzając czekoladowym hot-dogiem i popijając sherry.
OCENA: 9/10