Wiara w potęgę sprawczą wyobraźni z czasem nieubłaganie gaśnie. Kiedy
już raz zawiodła, a zwłaszcza, gdy zawiodła kilka razy. Trzeba sporo
wysiłku, by od nowa jej zaufać. O ile w ogóle ma się ochotę ten wysiłek
włożyć, by osiągnąć cel wyzbyty wszelkiej praktyczności.
Każdy chociaż raz w życiu słyszał mantrę "jeśli czegoś naprawdę bardzo
chcesz, to osiągniesz swój cel". Mantra piękna i motywująca, pełna
nadziei. I niewątpliwie sprytna. Nigdzie bowiem nie precyzuje, jak
prawdziwe ma być "naprawdę" i jakiej ilości wymaga "bardzo". Zakładając,
że siła pragnienia zderza się z powikłanymi ścieżkami karmy, a
spełnienie oczekiwań łączyłoby się z oszukaniem przeznaczonego losu - to
największa potęga nie będzie mimo wszystko dość mocna.
W dzieciństwie wyobraźnia jest jednym z największych skarbów, jakie
mamy. Sny snute na jawie spełniają się, ponieważ nie stawiamy im tych
wymogów, które nadchodzą wraz z dojrzałością. Nie żądamy od nich
materialnej manifestacji, nie chcemy, by otoczenie je dostrzegło i
odpowiednio doceniło. Marzenia wystarczają same sobie. Tak powstaje
Nibylandia. Każdy ma swoją - i każdy po swojemu ją nazywa.
Ale potem przestajemy wierzyć w Nibylandię. Oczekiwania się zmieniają
- i marzenia też. Ich spełnienie nie jest już aktem twórczej mocy.
Wymaga sprzężenia okoliczności, ludzi, zdarzeń. Zebrania w czasie
dostatecznej ilości niezbędnych czynników. Nieraz - ciężkiej pracy. Gdy
któryś z tych elementów zawodzi, sny pozostają w swoistej poczekalni - w
sferze niespełnienia. A ponieważ to nie jest przyjemne ani wygodne, do
tej poczekalni się nie zagląda. Scenariusz tyleż świadomy i praktyczny,
co bezgranicznie smutny. Ogromny przeskok następuje od momentu, gdy
wyobraźnia miała tak wielką siłę, do momentu, gdy stanowi co najwyżej
ubogą siłę pomocniczą. A przecież ta tak starannie umeblowana i
pokolorowana Nibylandia wciąż jest. Była prawdziwym tworem, miała w
sobie życie - doskonale to czuliśmy będąc dziećmi. Coś tak żywotnego nie
może po prostu zniknąć - może natomiast popaść w uśpienie, kto wie, czy
nie na zawsze.
Mały Peter w filmie "Finding Neverland", w odróżnieniu od swojego
imiennika Piotrusia Pana, chce dorosnąć jak najszybciej. Wydaje mu się,
że w ten sposób oszuka cierpienie i stratę. Że będąc dorosłym, poradzi
sobie z nimi łatwiej. Wróżki mogą sobie istnieć albo nie, ale to nie
wróci mu ojca, nie uzdrowi matki, nie zespoli rodziny. Dobra wróżka,
która nie jest w stanie tego zmienić, nie zasługuje na wiarę. Nie może
być dzielnym piratem ktoś, kto nie ma mocy uratowania bliskich przed
złym losem, przed prawdziwym kapitanem Hakiem. Nie można stać się
prawdziwym Indianinem, jeśli szamańskie zaklęcia nikogo nie uzdrowią.
Czy nie tak?
"Więc ty jesteś Piotrusiem Panem - tak jak on, nie masz cienia!" śmieją
się widzowie po premierze sztuki o Nibylandii, zaczepiając małego
Petera. "Nie, to nie ja" odpowiada chłopiec, i wskazując na autora
sztuki, dodaje "on nim jest!". James Barrie nie stał się Piotrusiem
Panem dlatego, że życie szczędziło mu tragedii czy rozczarowań. Wręcz
przeciwnie, właśnie dlatego, że to życie nie było proste ani łatwe,
odnalazł swoją drogę do Nibylandii. I nawet jeśli gdzieś po drodze, na
chwilę, nie wiedział do końca, jaki jest jej realny kształt - umiał
znaleźć sposób, by znowu ten kształt dostrzec. Nibylandia zmienia się
tak jak my, wzrasta wraz z nami. Sekret tkwi w znalezieniu do niej
klucza, w udzieleniu jej swoistego kredytu zaufania. Wtedy się
odwdzięczy. Ma przecież wielką moc.
James Barrie był znanym i cenionym literatem. Miał żonę przepełnioną
chęcią brylowania w najlepszych kołach towarzyskich Londynu. Jednak to
wszystko nie było w stanie dać mu dostatecznej inspiracji. Po klapie
swojej sztuki szukał nowego natchnienia i znalazł je zupełnie
niespodziewanie. Pragnął pomysłu i dostał go, kiedy po prostu poszedł na
spacer do parku. Ale gdyby spotkanie z rodziną Daviesów było
jednostkowe? Gdyby nie zechciał tak po prostu i zwyczajnie podzielić się
z nimi swoim darem snucia marzeń? Gdyby uprzedzenia i konwenanse zdusiły
w nim piękny ludzki odruch niesienia pomocy i ofiarowania przyjaźni?
"Piotruś Pan", który uczynił go sławnym, nigdy by nie powstał. Czy też
może inaczej - nigdy nie zyskałby imienia. Nikt nie napisał książki
zamiast Barriego. Nikt nie ustrzegł go przed trudami tej nowej epoki w
jego życiu. Spotkały go i ból, i tragedia, i utrata. A jednak, czy
ktokolwiek zaprzeczy, że marzenia i Barriego, i chłopców, i młodej wdowy
Sylvii Davies, ich matki, się nie spełniły?
To jest właśnie sekret, który przekazuje "Finding Neverland". Marzeń nie
można się bać, trzeba im od nowa zaufać. Pozwolić się im prowadzić na
nowo - według innych reguł niż te, które stosowaliśmy będąc dziećmi, ale
z nie mniejszą radością. Porthos, pies marzący o zostaniu niedźwiedziem,
stanie się nim, jeśli mu na to pozwolimy, chociaż pozornie nadal będzie
psem. To, że nie ma kłów, pazurów, brązowego futra i kołyszącego chodu,
nie oznacza jeszcze, że jest "tylko psem".
Ten film przekazuje piękną prawdę, że marzenia nie muszą stać się
rzeczywistością, aby się spełniły. Naszą Nibylandię zasiedla to, co
chcemy jej z siebie dać. Chociaż Barrie nie był w stanie uzdrowić Sylvii,
to jednak nauczył Petera, jak jej szukać - i jak ją znaleźć. A chłopiec
uwierzył, że jego marzenie się spełniło. I na tę chwilę nie żądał
niczego więcej.
Piotruś Pan został w świecie swojej Nibylandii. Ale Wendy, John i
Michael wrócili do swojego świata i przyszło im w końcu dorosnąć. Zaś
pan Darling, ich ojciec, dostrzega w jakiś sposób czarodziejski statek,
który powinien być przecież ukryty dla jego dorosłych oczu. Mówi "wydaje
mi się, że kiedyś go widziałem...dawno temu, kiedy byłem bardzo mały".
Warto zachować tę wiarę i pielęgnować to wspomnienie na długo po tym,
jak wyrośnie się z czasów dziecięcych psot. Odwaga snucia marzeń w
pewien sposób spełnia pragnienie, by nie stać się dorosłym. Magia kryje
się nie w takiej ich realizacji, jakiej żądamy. Kryje się w tym, co one
same mogą nam dać.
Sylvia zapytała, czym jest Nibylandia. James odpowiedział, że kiedyś ją
tam zaprowadzi.
Wiecie, co było dalej. Jednak czy ktokolwiek uważa, że tej obietnicy nie
spełnił?
Tekst ze specjalną dedykacją dla Beowulfa:)
 |
FINDING NEVERLAND
(MARZYCIEL)
USA 2004
reżyseria - Marc Foster
scenariusz na podstawie sztuki Allana Knee
- David Magee
zdjęcia - Roberto Schaefer
muzyka - Jan A.P. Kaczmarek
występują:
Johnny Depp (jako James Matthew Barrie)
Kate Winslet (jako Sylvia Llewelyn Davies)
Julie Christie (jako pani Du Maurier)
Radha Mitchell (jako Mary Ansell Barrie)
Dustin Hoffman (jako Charles Frohman)
Freddie Highmore (jako Peter Llewelyn Davies)
|
| Autor recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA |
Klub
Miłośników Filmu | 17 I 2005 |
|