Strona główna KMF
            

Sztuczna rewolucja

Zagrajmy w szybkie skojarzenia. Lata 60. - długie włosy - film "Hair" - Milos Forman. To wszystko automatycznie przyszło mi do głowy (może nie do końca słusznie i sensownie) podczas oglądania "Marzycieli" Bertolucciego. W obu obrazach bohaterowie to rewolucjoniści i buntownicy z lat 60. Wspólny mianownik to także hasła: wolność, swoboda (także, a może głównie seksualna), wojna w Wietnamie, pacyfizm. Jednakże jest jedna wielka różnica dzieląca oba filmy niczym przepaść. Bohaterów Formana darzy się sympatią, natomiast ci Bertolucciego pozostają widzowi obojętni. I to są główne przyczyny tego jak różnie się te filmy odbiera. "Marzyciele" zaczynają się intrygująco. Czuć atmosferę specyficznej dekadencji i "artystyczności" Paryża, czaru i romantyzmu tego miasta, młodość i energię bijącą od jego mieszkańców. Dialogi są celne, niektóre myśli ciekawe i zastanawiające, bohaterowie tajemniczy: w Isabelle i jej bracie Theo jest jakaś wyższość i aura enigmatyczności. Matthew to przyjezdny student, Amerykanin, który dopiero aklimatyzuje się w Paryżu. Jest cichy, spokojny i brak mu przebojowości. Szuka przyjaciół i takich w szalonym rodzeństwie znajduje. To z jego ust padają słowa: "W czasie pobytu w Paryżu nauczyłem się życia" - jednak to, co potem oglądamy, pozwala poddać te słowa w wątpliwość.


  


Ponieważ później film z intrygującego robi się pornograficzny. A tam gdzie jest dosłowność nie ma miejsca na domysły. Gdzie brak niedopowiedzeń, nie ma zainteresowania. Dialogi odsłaniają tylko nieporadność życiową bohaterów. A sami bohaterowie okazują się w gruncie rzeczy bezbarwni. Tak, bezbarwni - mimo ich odwagi w sprawach seksu, jawią się jako ludzie nieciekawi, płytcy i puści. Nie mają idei, nie żyją tak naprawdę. Ich życie nie ma sensu i celu, a ich pasja - oglądanie filmów - jest tylko pozorowaniem, że coś robią. Bo gdy przyjdzie im walczyć o tę pasję (dyrektor Filmoteki zostaje zwolniony) oni zamiast uczestniczyć w demonstracjach zaszywają się w domu. Nie umieją żyć, są niesamodzielni. Gdy kończą się pieniądze zostawione przez rodziców szukają jedzenia w koszu na śmieci. Budzą momentami dziwną litość, odrazę i niezrozumienie. A co najgorsze - przede wszystkim obojętność. Chcą rewolucji - ale udaje im się ona tylko w sprawach cielesnych. Utrata dziewictwa przez Isabelle na podłodze w kuchni, podczas gdy jej brat smaży coś na patelni, kąpiel całej trójki w wannie nie tylko w wodzie, ale i krwi miesiączkowej dziewczyny - to tylko niektóre z ich rewolucyjnych dokonań, które nie są w gruncie rzeczy rewolucyjne, bo nie zmieniają świata, nie wnoszą do niego nic nowego, nie ulepszają go. Co więcej - nie są one w stanie zmienić nawet ich samych, relacji między nimi i członkami ich rodzin. A przez to pozostawiają widza obojętnym, niewzruszonym.


  


Ich styl życia to nie sposób na życie. Bohaterowie z "Hair" też byli zwariowani, robili co chcieli, nic ich nie ograniczało, ale towarzyszył temu bunt, jakaś ideologia, chociażby zwierająca się w słowach "make love not war". A "Marzyciele" to ludzie, którzy chcą spędzić życie w domu, uprawiając seks, jedząc na koszt rodziców. Nic sobą nie reprezentują, nie przedstawiają żadnych wartości, za które mogłabym ich podziwiać. Amerykanin Matthew zmienia się pod wpływem Isabelli i Theo. Jednak on czuje, że ich życie nie jest takim, jakie chciałby podziwiać. Ale poszukuje miłości, przyjaźni i zwykłej akceptacji, dlatego też przystaje na postępowanie rodzeństwa. Zaprzedaje siebie, swoje wychowanie, swoje poglądy. I przez to budzi litość - bo nie pasuje do Isabelli i Theo. a za dołączenie do nich płaci dużą cenę. Bertolucci w gruncie rzeczy krytykuje postawę trójki bohaterów - pokazując pustkę ich życia i bezcelowość ich rewolucji. I dlatego ten film jest dla mnie nijaki. Bo po co pokazywać bunt, który nie ma sensu? A jego bezsens nie tkwi w tym, że nie osiąga założonych celów, ale dlatego, że tych celów nie posiada. Po co pokazywać ludzi, którzy budzą obojętność? To są główne grzechy tego filmu. Kolejnym - jest epatowanie erotyką. Dla sztuki można zrobić wiele rzeczy. Kiedy jednak przekracza się pewne granice, zastanawiać się można czy to na pewno dalej sztuka czy raczej prowokacja, zatkanie luk scenariusza lub niedostatków gry aktorskiej? W przesadzie tkwi jeden z błędów tego filmu.


  


Film wionie pustką podobnie jak wnętrze bohaterów. Bertolucci być może chciał przekazać tym filmem coś ważnego, jednak jego myśli okazały się równie płytkie jak wanna, w której kąpali się bohaterowie. Być może chciał wskrzesić ducha tamtych czasów, ducha lat 60. - jednak by uzyskać taki efekt nie wystarczy puścić w tle muzyki Janis Joplin i Jimiego Hendrixa. Być może chciał coś w tym filmie powiedzieć, ale zagłuszyły go jęki Evy Green podczas kolejnego orgazmu. I właśnie owa Green może trochę paradokslanie i mimo wszystko jest dużym plusem tego filmu i pewnie w przyszłości w jej biografiach będzie napisane: wylansowana przez Bertolucciego.



MARZYCIELE

Tytuł oryginalny: The Dreamers
Rok produkcji: 2003, Wielka Brytania/Francja/Włochy/USA
Czas trwania: 115 min.

Reżyseria: Bernardo Bertolucci
Scenariusz: Gilbert Adair
Produkcja: Jeremy Thomas
Zdjęcia: Fabio Cianchetti
Montaż: Jacopo Quadri
Dekoracje: Eric Viellerobe
Kostiumy: Louise Stjernsward
Casting: L. Boulting, H. Feuer, J. Menager

Występują:

Michael Pitt (jako Matthew)
Eva Green (jako Isabelle)
Louis Garrel (jako Theo)
Anna Chancellor (jako matka)
Robin Renucci (jako ojciec)
Florian Cadiou (jako Patrick)


e-mail
 Autor recenzji: Karina Kalemba - KARINA