Strona główna KMF

IT'S PARTY TIME!!!
    Jak ogólnie wiadomo (albo i nie), każdy z nas nosi maskę skrywającą naszą prawdziwą naturę, maskę pod którą tłamsimy ukryte lęki i obawy, skłonności do szaleństwa, czy niczym nieskrępowanego sexu; czyli to, co chcemy zachować tylko dla swojej wiadomości i co nie powinno (nie może) ujrzeć światła dziennego, gdyż może być przez społeczeństwo, "źle widziane". Nękani ogólnie ustalonymi konwenansami dusimy się we własnym, wykreowanym na potrzeby świata zewnętrznego "ja". O tym, jakże poważnym i głębokim problemie, w poważny i głęboki sposób opowiada dzieło Sama Mendesa "American Beauty". Tu jednak, skupimy się na mniej poważnej (czyt. przygodowo/komediowej) stronie tego tematu ;)
Któż z nas nie marzył bowiem choć raz, o posiadaniu wielkiej, niczym nieograniczonej mocy - o byciu ponad wszystkim, ponad systemami, ponad zasadami, poza prawem... poza rzeczywistością. Niezniszczalność to cecha papierowych postaci z komiksowych kartek i filmów powstałych na ich kanwie. To odwieczne marzenie człowieka o ponadludzkiej sile, było jest i będzie w nas zawsze; w rezultacie czego powstały i powstawać będą wszechmocni herosi o końcówkach "man" - Bat, Super, Spider, X, tylko Pac-Man nie pasuje do tego zestawu... ;) - towarzystwo walczące z wszelakimi przejawami wielowymiarowego "zła". Wymienieni przed sekundą "superheroes", wykonują swoją robotę rzetelnie, jednak w znakomitej większości, opowieści o nich to ponure i często pozbawione znaczącej porcji humoru przygody w świecie przemocy, gwałtu i chaosu. Z mroku przemocy i tego nurtu, musiała się więc kiedyś wyłonić postać "z jajem" - tym razem już nie "man". Oczywiście "Maska" - bo o niej tu mowa - bazuje na utartym i sprawdzonym szablonie superbohatera; i tutaj więc mamy człowieka zwyczajnego, by nie powiedzieć - do bólu przeciętnego i nijakiego. Stanley Ipkiss (Jim Carrey), jest szarakiem, pracuje w banku, w domu "hoduje" psa i ubiera się równie nieciekawie, jak nieciekawe i pozbawione znamion polotu jest jego życie. Brakuje mu powodzenia u kobiet i pewności siebie. Wtedy to, gdy jego życie jest na skraju "nijakości", znajduje maskę... która po nałożeniu na twarz, wytwarza projekcję alter ego Stanleya, powodując przemianę jego wad i słabości w siłę i pewność siebie. Stanley/Maska - nie kwapi się jednak (od razu) do wykorzystania swojej potęgi do walki z przestępczością; najpierw daje (tak chyba zrobiłby każdy z nas) nauczkę tym, którzy z niego kpili - odwiedza więc nieuczciwych mechaników samochodowych i obrabia bank w którym za dnia pracuje, szykanowany przez znianawidzonego szefa. Paradoksalnie, po zdjęciu maski, Stanley - z reguły nie pamiętając swoich wyczynów pod postacią Maski - nieświadomie sam zmienia się na lepsze. Stoi już pewniej na nogach, a kobieta którą próbował poderwać jako zwariowany Maska - w rzeczywistości woli oryginalną wersję Stanleya.



 
 



    "The Mask", mimo iż jest filmem czysto rozrywkowym i mającym za zadanie widza rozśmieszyć, ociera się właśnie o problemy dwojakiej natury człowieka. Ociera, to dobre słowo, bo to nie "Stowarzyszenie umarłych poetów" i aspiracji na stworzenie traktatu filozoficznego "Maska" nie ma i mieć nie miała, więc (nie bójcie się) w nadinterpretację filmu nie popadnę i filozofować już kończę ;) "The Mask" zadanie podstawowe spełnił - śmieszył i bawił; był popisem specjalności efektów specjalnych, które do dziś pozostają niezwykle świeże i efektowne, niesamowicie ciesząc oko wściekłą zielenią ;) Można się jedynie dziwić, że praca specjalnych efekciarzy nie została nagrodzona Oscarem; jednak biorąc pod uwagę bardzo silną wówczas konkurencję, nie można się dziwić ;) "Maska" walczyła o Oscara z "True Lies" Camerona i "Forrestem Gumpem" Zemeckisa, którą to konkurencję wygrał ten drugi i, patrząc z perspektywy czasu, efekty w "Masce" były wtedy bardziej widowiskowe, choć trzeba przyznać, że "Forrest Gump" miał efektów więcej i były bardziej zróżnicowane - Porucznik Dan bez nóg, wybuchy napalmu w Wietnamie, spotkania z Prezydentami, czy gra w Ping Ponga. Cóż, "Maska" musiała jednak dzielić drugie miejsce z Harrierem z "True Lies".



 
 



    Efekty efektami, Hollywood nie mogło jednak stworzyć "Maski", zanim na horyzoncie nie pojawił się on, płynący właśnie na fali sukcesu "Ace Ventury" Carrey Jim. Sam komputer, mimo iż wykreował najbardziej widowiskowe fragmenty filmu (np walka z budzikiem, oczy wylatujące z orbit czy szczęka opadająca na stół), nie oddałby w żaden sposób skomplikowanej architektury ludzkiej twarzy. Za to Carreya "gumowa twarz" była jedyną, zdolną poradzić sobie ze zwariowaną postacią szytą na jego miarę, w którą miał się wcielić zakładając na głowę zieloną charakteryzację. Mimika jaką wyćwiczył Carrey nie ma sobie równych; mięśniami twarzy potrafi zrobić wszystko... co tylko za pomocą twarzy zrobić można ;) Maska w wykonaniu Carreya to typ nieprzeciętny i totalnie nieprzewidywalny. Chwilami zdaje się być wręcz nieobliczalny i nadekspresyjny, szalony i nigdy nie zmęczony kretyńskimi wyczynami - Maska żyje pełnią życia! ;) Jeśli przyszłoby wskazać mi komediową rolę życia Jima Carreya, połączoną z najbardziej trafnym wykorzystaniem jego rzadkiego talentu, to bez wątpienia wskazałbym właśnie postać Maski!

    Największa umiejętność Carreya, miała jednak stać się jego przekleństwem. Po "zakręconych" i trafionych w zapotrzebowanie widzów występach w "Ace Ventura", "Masce" i "Dumb & Dumber", zaczął być obsadzany wyłącznie w obrazach wymagających jedynie głupawej ekspresji, wyrażanej za pomocą twarzy i reszty ciała. Carrey nie bawił już zupełnie w "Ace Ventura - Zew natury", gdzie powtarzał tylko miny i zachowania z oryginału. Przeszarżował również w "Batman Forever", zniesmaczył w "Ja, Irena i ja" był nie do poznania w makijażu Grincha, z całkiem średniego "Grincha" ;), a najniżej upadł w zupełnie nieśmiesznym "Cable guy", mając za partnera Matthew "co ja tu robię" Brodericka, że z litości nie wspomnę porażki, jaką był (nie wiedzieć czemu, dobrze radzący sobie w Box Office'ach) "Kłamca, kłamca" w reżyserii Toma Shadyaca - twórcy pierwszego sukcesu Carreya, czyli wspomnianego już "Ace Ventury". Sam Carrey boleśnie odczuł etykietkę Hollywoodzkiego speca od ekranowych kretynizmów (czy nie kojarzy się Wam to z naszym Cezarym Pazurą? ;). Został pominięty przez Akademię przy okazji wielce udanej roli dramatycznej w "Truman Show", nie został także doceniony za jeszcze lepszy występ w "Człowieku z Księżyca" - choć za obydwie te role otrzymał Złoty Glob - i zapewne jego kolejna poważna kreacja, w filmie "Majestic" także przejdzie bez większego echa. Cóż, taką cenę płaci się za niezwykły dar, za gumową twarz ;)
Carrey ponownie spotkał się w roku 2003 z Tomem Shadyacem; wspólnie zrealizowali średnio udaną komedię "Bruce Wszechmogący" z wykorzystaniem błazeńskiego arsenału Carreya




    Ciekawostką jest fakt, że kostium który nosił w filmie "Maska" Jim Carrey, na licytacji internetowej został sprzedany za 16,000$, przebijając takie perełki jak kostium Jennifer Lopez z "Celi" (5,000$), odznakę Jackie Chana z "Godzin szczytu" (1,500$), rękawicę Freddy'ego Kruegera z autografem Roberta Englunda z "Nightmare on Elm Street" (tylko 1,200$), oryginalny klaps z "Władcy pierścieni" (niecały 1,000$) i kostium Uruk Haia z tegoż samego filmu (10,000$)






SZYBKA OCENA +/-
- Efekty specjalne
- Humor
- Sprytnie zmodyfikowany
       motyw superbohatera
- Za mało scen z udziałem Maski
- Mimo pozorów,
       płyciutka to opowieść ;)


AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX
      
dux@film.org.pl