Strona główna KMF

(D)efekt specjalny

(Tekst zawiera SPOJLERY!)

    Po obejrzeniu "Matrix Rewolucje" w kinie IMAX, nurtuje mnie przede wszystkim jedno zasadnicze pytanie;
jak można zapinać but przez 10 minut?! ;)
    A teraz już na poważnie, do rzeczy, czyli do wielkiego wydarzenia jakim był "Matrix 3" na gigantycznym ekranie kina IMAX. Zanim się zaczęło, zastanawiałem się nad tym, w jakim formacie film zostanie wyświetlony - w końcu szerokość i wysokość ekranu w IMAXie to standardowe, telewizyjne proporcje 4:3. Siłą rzeczy zatem, "Matrix Rewolucje" wyświetlony został z czarnymi pasami (kaszetami) u góry i dołu, co jednak zupełnie nie przeszkadzało w oglądaniu.






    Zaczął się seans... obraz jak żyletka (podrasowany na potrzeby IMAXa), dźwięk cudo - dudniąco i głośno, czyli tak jak lubię! Wrażenie niesamowite - wysiadają wszystkie multipleksowe i multikinowo silverscreenowe ekrany i nagłośnienia! Obraz w IMAX był krystalicznie wręcz idealny, a dźwięk donośmy z mocnym naciskiem na bas (12 tysięcy Wat mocy głośników robi swoje!) - dzięki czemu wreszcie poczułem się jak w środku akcji. Największa sekwencja filmu - obrona hangaru, została wręcz stworzona do oglądania w takich warunkach - te zbliżenia na naparzające ciągłym ogniem lufy, to olbrzymie wnętrze hangaru, te tysiące strażników, ten dźwięk, ten olbrzymi obraz, który trudno było ogarnąć wzrokiem choć siedzieliśmy w dziesiątym rzędzie od ekranu.






    Powtórzę raz jeszcze, że sekwencja batalistyczna w ogromnym hangarze jest książkowym wręcz przykładem na trafne wykorzystanie 6-piętrowego ekranu IMAXA dla potrzeb zwykłego filmu. To wszystko złożyło się na fantastyczną podróż filmową i nowe doświadczenie - szkoda tylko, że poza obroną Zionu i finałową walką, film jest niestety nudny i nie wciągający. Nie wiadomo gdzie i po co wszyscy lecą, idą, i czemu wiążą buty 10 minut. Nic z niczego nie wynika; a przecież tyle prawił Merowing o akcji i reakcji, przyczynach i skutkach... a Wachowscy zwyczajnie zignorowali jego rady.






    Przez brak logicznego scenariusza i charyzmatycznych postaci - Morfeusz przemienił się w kluchę z rodzaju ciepłych - w ogóle nie interesowało mnie też kto zginie, kto przeżyje, a kto będzie biegał do góry nogami i dlaczego Kolejarz ma takie brzydkie zęby. Losy bohaterów nie wciągały nic a nic... za to Trinity nie umierała wcale o wiele dłużej niż Yoda czy Boromir, co niektórzy zarzucają przydługawej scenie agonalnej.






    Cóż, "Matrix" i "Matrix Reaktywcja" zdążyły już przyzwyczaić do pewnego stylu narracji i prowadzenia fabuły w tym cyklu - mnóstwo mdłego gadania i podciągania wszystkich zjawisk tego świata pod wytwór Matrixa, przeplatane genialnymi w warstwie widowiskowej sekwencjami akcji - Bullet time na dachu i rozwałka w Holu w "Matrix", pościg na autostradzie i ratunek spadającej Trinity w "Reaktywacji" i wreszcie wspomniana wyżej obrona hangaru przez Opancerzonych (wszystkie sceny z tymi maszynami są niesamowicie widowiskowe!) oraz finałowa walka Neo ze Smithem w "Rewolucji". Tak więc oglądając trzecią odsłonę "Matrixa", zaciskałem zęby żeby znieść po raz kolejny nudną paplaninę, która zamiast choć spróbować trochę zaintrygować, coraz bardziej konsekwentnie zniechęcała do rozmyślań nad rozwikłaniem tajników fabuły i prawd ukrytych za fasadą komputerowej zasłony efektów specjalnych. Niekonsekwencje w rozwoju akcji, gubienie bohaterów (Merowing, Persefona i do cholery intrygujący Bliźniacy z "Reaktywacji" którzy przecież PRZEŻYLI eksplozję!) i brak identyfikacji widza z bohaterami, a co za tym idzie; nie przejmowanie się ich losami - to największe błędy "Rewolucji". Zatem sceny mówione zwyczajnie przeczekałem, a na dziurska (bo już nie dziury) w scenariuszu, przymknąłem oczy ;)






    Gdy za to nadeszły sceny akcji - zaciskałem z wrażenia piąstki a moje oczęta były szeroko otwarte i bez pamięci wlepione w ekran, bo co jak co, ale spektakularności i magii sekwencjom strzelano/wybuchowym nie można odmówić, a dzięki potędze dźwięku i obrazu kina IMAX, wrażenie było spotęgowane 10-krotnie! Niestety, emocje pozostały na zwyczajowym, matrixowym poziomie, czyli bez emocji - a szkoda, bo wrażenie ogólne byłoby o wiele lepsze gdyby Wachowscy zmusili nas do przejmowania się losami bohaterów. A tak, pozostało nam tylko oglądanie efektownej bo efektownej nawalanki Neo ze Smithem, wyrwanej spod kontroli przyciągania ziemskiego i wyobraźni twórców.

    W kinie IMAX oglądało się "Rewolucje" po prostu jak czystą, widowiskową rozrywkę, a chwilami niczym gigantyczną reklamę firmy produkującej efekty specjalne; szkoda jednak, że mimo wszystko nie w 3D, bo przyznacie sami, że byłoby niezwykłym przeżyciem, gdyby tuż przed naszym nosem zatrzymała się pięść Neo...







AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl

FOTO: Alieen