Strona główna KMF

Pisać scenariusz każdy może...

Wielką kampanię reklamową przed premierą dało się łatwo odczuć. Plakaty reklamowe, reklamówki w telewizji, radiu, Internecie (wyjątkowo nachalne). Nie warto rzucać tutaj liczbami... ile zarobił film, ile osób poszło na niego w ciągu pierwszego tygodnia... dla wielkiego fana filmu liczby są i pozostaną tylko liczbami. Ważne, aby wreszcie dostać bilety na seans, skupić się na filmie i nie zawieść się.

Pierwsza części filmu, moim zdaniem, nie wymagała kontynuacji, aczkolwiek znakomite, otwarte zakończenie jednak skusiło braci Wachowskich na kontynuację. Ten zapierający dech w piersiach, zmuszający do różnorakich refleksji, ale nie pozbawiony wad film, zyskał dużą ilość zwolenników. Matrixowe gadżety stały się niemal tak popularne jak te z gwiezdnych wojen. "Matrix" słynie ze znakomitości pod względem treści jak i formy. Efekty specjalne idą w parze z przesłaniem. Zrobienie z tego filmu sagi uważam za pomysł ryzykowny. Odnosiłem wrażenie, że w tym filmie powiedziane zostało wszystko co najważniejsze. Po obejrzeniu "Matrix: Reaktywacja" utwierdziłem się w takim przekonaniu. Być może trzecia część sagi dowiedzie tego, że jednak się mylę. Jak na razie z przykrością stwierdzam, że kontynuacja "Matrixa" sprawiła mi zawód...
 

Efekty specjalne nie powinny zawieść fanów pierwszej części. Jednak wielkiej przepaści technologicznej pomiędzy "jedynką" a "dwójką" nie dostrzegłem...

Przełom w ukazaniu pionierskich efektów specjalnych na pewno będzie kojarzony z pierwszym "Matrixem". Obok nich plasuje się równie nowatorski scenariusz, i chociaż sam osobiście wyciąłbym z niego kilka fragmentów, które niepotrzebnie czyniły film momentami nudnym, to jednak właśnie ów skrypt czynił "Matrixa" wyjątkowym przodownikiem w kinie s-f. Niestety, to co było dużą zaletą "jedynki", jest niezaprzeczalną wadą "dwójki". Scenariusz drugiego "Matrixa" to najzwyklejsza ciężkostrawna mozaika, chaos, który ciężko mi ogarnąć, dzięki któremu akcja filmu wygląda mniej więcej tak: bełkot, akcja, bełkot, akcja, bełkot... Na początku pomyślałem, że  sceny, w których jest duża ilość dialogów, próbują widzowi coś ważnego przekazać. Momentami przestawałem wierzyć w swoją inteligencję. Wkrótce jednak zacząłem się niecierpliwić. Ile przecież można było słuchać tych naiwnych, pozbawionych dynamizmu gadek? Czy twórcy filmu kierowali się jakimś konkretnym celem, przedstawiając nam dłużącą się w nieskończoność rozmowę dziwacznej Wyroczni z Neo, a gest, w którym częstowała ona wybrańca cukierkiem, miał jakieś głębsze znaczenie, czy był obliczony na tani greps? Kim w ogóle jest wyrocznia: wrogiem czym sprzymierzeńcem człowieka? Skąd u licha pojawił się agent Smith, który w "Matrix: Reaktywacja" replikuje się w zastraszającym tempie? Z filmu dowiadujemy się tylko, że odciął się od programów chroniących system. Skoro nie jest po stronie agentów, to jaką spełnia rolę w całej intrydze? W końcu istnienie przeznaczenia, w które wierzy Morfeusz, zostaje w filmie podważone... No i ta Monica Belluci grająca Persefonę - jak na mój gust zupełnie niepotrzebna postać filmu, nie wnosząca do niego niczego odkrywczego, podobnie jak wiele innych charakterów. Przez cały czas miałem wrażenie jakby reżyserzy prowadzili dziwną grę z widzem, albo zwyczajnie nie wiedzieli, czego potrzebuje wymagający kinoman. Nurtujących pytań jest tutaj oczywiście więcej, a odpowiedzi nie otrzymujemy, co jest już irytujące... No i to zakończenie, utrzymane zupełnie w innym stylu niż to z "jedynki"... Scenariusza nie uważam jednak za niedopracowany dlatego, że nie daje odpowiedzi na ważne pytania, jedynie je pomnażając, ale dlatego, że błahe sprawy czyni ważnymi, a ważne sprowadza do parteru. Poza tym należy wspomnieć, że w drugiej części "Matrixa" zabraknie kultowych tekstów, podobnych do tych z pierwszej części.  Skoro już piszę o tym, co najgorsze, to poruszę kwestię Zionu. Pierwszy raz kiedy go ujrzałem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że widzę dosłownie replikę bazy Rebeli z gwiezdnych wojen. To zdecydowanie najnudniejsza część filmu. Interesujące są na przykład obyczaje ostatniego, zamieszkanego przez ludzi miasta. Otóż tuż po patetycznym przemówieniu proroka - Morfeusza, tubylcy urządzają sobie dyskotekę... 10 minut potańcówki... Jeśli chce sobie obejrzeć teledysk to włączam MTV. Naprawdę ukazanie tańczących mieszkańców Zionu podczas, gdy maszyny są bliskie przebiciu się do Zion, nie było dobrym pomysłem. Przecież "Matrix" nie zasłynął jako film efekciarski, o czym świadczy to, że pisano o nim prace naukowe...

O ile w pierwszej części Wachowscy świetnie poradzili sobie z przedstawieniem pewnych zjawisk i wyjaśnieniem idei Matrixa, tak w drugiej części najzwyczajniej pogubili się w budowaniu nastroju. Tam gdzie film powinien niepokoić, intrygować widza, tam właśnie nudzi (to dziwne, ale nie irytuje) swoją ckliwością, brakiem dramatyzmu, beznamiętnością. Być może bełkot, który dane mi było momentami oglądać czemuś jednak służy, tyle tylko co mnie to obchodzi, jeśli to, co chcieli pokazać reżyserzy zostało podane w tak nieprzystępny dla widza sposób, że można by było równie dobrze powycinać owe sceny z filmu. A może wyciągam zbyt pochopne wnioski? Niech więc trzecia część "Matrixa" odwiedzie mnie od takiego sposobu myślenia. Chciałbym w to głęboko wierzyć, bo jeśli podejść do sprawy w nieco inny sposób, to należy stwierdzić, że Wachowscy pootwierali bardzo ciekawe wątki, które MUSZĄ być zamknięte w trzeciej części, bo jeśli nie... To oczywiście nie zmienia faktu, że zostały one przedstawione w dość nieciekawy sposób.

Efekty specjalne to dewiza "Matrixa". Rozbicie się helikoptera o wieżowiec, Neo unikający strzałów agenta na dachu wieżowca, strzelanina w holu i tym podobne sceny można było oglądać wielokrotnie bez znużenia. Były kopiowane, parodiowane w innych, często miernych filmach. To zdecydowanie uzasadnia kult "Matrixa". Realizatorzy doszli do wniosku, że im więcej wpakują do drugiej części podobnych scenek tym lepiej dla samego filmu... tradycyjne działanie wedle zasady "im więcej tym lepiej." Niektóre sceny walk są nakręcone podobną techniką i w podobny sposób do pierwszego "Matrixa". Znajdują się w filmie Wachowskich również dwie znakomite sekwencje walk. Mowa tu o pojedynku Smitha (po raz kolejny Hugo Weaving potrafi przyciągnąć oko widza swoim cwaniackim zachowaniem), a raczej Smithów z Neo i pościg na autostradzie, którym już cały świat się zachwyca. Faktycznie, technicznie "Matrix: Reaktywacja" prezentuje się bez zarzutu. Sceny walk są piękne, zrealizowane z wielkim rozmachem, cieszą oko widza. Niestety są w większości przypadków pozbawione dramatyzmu, czego o pierwszej części nie można było powiedzieć! Rozpoczyna się jatka, ale my wiemy, że niczym ona nie jest nas w stanie zaskoczyć, bo i tak Neo i jego towarzysze odniosą zwycięstwo. Ciężko to wytłumaczyć, ale pierwsza części miała jakąś magię, która pozwalała wracać do poszczególnych scen walk i zachwycać się nimi tak samo jak za pierwszym razem. Tutaj ciężko było mi uświadczyć czegoś podobnego. Po prostu popatrzyłem na piękny, olśniewający obrazek i poszedłem bez wzruszenia dalej... Tak można określić moje doświadczenia po obejrzeniu kolejnych efektów specjalnych, jakimi uraczyli mnie reżyserzy. Przełomowość? Oczywiście, poprzeczka jeśli chodzi o ten aspekt została po raz kolejny podniesiona do góry... Czegoś jednak tu zabrakło. Jednak na pewno walka Neo ze Smithem i pościg na autostradzie uwieńczony rewelacyjnie sfilmowaną kolizją dwóch ciężarówek na pewno zapiszą się w historii kina. Przesadą jest jednak według mnie, pisanie, że "druga część jest pod względem technicznym 10 razy lepsza" od "jedynki". Należy zauważyć, że większość sekwencji walk to powielenie tego, co widzieliśmy w pierwszej części. Zgodziłbym się raczej na stwierdzenie, że efektów w drugiej części jest 10 razy więcej - to w jakimś sensie odzwierciedla to, co dane mi było zobaczyć na ekranie. Podsumowując tę kwestię, mogę powiedzieć że było fajnie, ale to stanowczo nie to, czego oczekiwałem od filmu.
 

Smithowi w tej części "Matrixa" wyraźnie poprawił się humor...

Za to Morfeusz wygląda na bardziej zatroskanego... Syndrom wieku średniego..

Ścieżka dźwiękowa robi bardzo pozytywne wrażenie. Kilka całkiem nieźle dobranych kawałków. W filmie wypada dobrze, słuchana poza nim trochę zawodzi, zwłaszcza w porównaniu z pierwszym "Matrixem". Szczególnie rozczarował mnie zespół "Rage against the Machine" i Marylin Manson.

Jestem bardzo ciekaw rozwiązania całej intrygi. Wachowscy rozwinęli w drugiej części sporą ilość interesujących wątków. Mam nadzieję, że w ostatniej części wszystkie znajdą swoje logiczne i w pełni wytłumaczalne rozwiązanie. Być może, tak jak mówił jeden z bohaterów filmu, dosłownie wszystko ma swoją przyczynę i skutek, a łańcuch przyczyno-skutkowy jest obecny w każdej dziedzinie naszego życia... Czy powinniśmy to traktować jako wskazówkę, czy jako niepotrzebny wątek, który został wrzucony do filmu na siłę, to już czas pokaże... W ten sam sposób można by potraktować postać Persefony. Moja intuicja podpowiada mi się, że jednak w "Matrix: Revolutions" twórcy jednak nas pozytywnie zaskoczą, bo wierzę w ich potencjał. Niech już tylko zostawią te nieszczęsne efekty specjalne i zajmą się scenariuszem, bo żadne wrażenia audiowizualne nie zrekompensują niechlujnie napisanego skryptu - będącego podstawą dobrego filmu.

 

||Autor recenzji: LazyLUK||

||Ocena: 6/10||



 

||info||


reżyseria: Larry Wachowski, Andy Wachowski
scenariusz: Andy Wachowski, Larry Wachowski
obsada: Keanu Reeves, Laurence Fishburne, Carrie-Anne Moss, Hugo Weaving
gatunek: s-f
kraj: USA
rok produkcji: 2003
strona oficjalna: www.whatisthematrix.com
czas trwania: 138 min