|
|||
Szybciej (!) więcej(!) lepiej (!)...? W pierwszych scenach filmu jest takie ujęcie, któremu nie można odmówić bliźniaczego podobieństwa do pionierskich eksperymentów pierwszych filmowców na naszej planecie. To bardzo krótkie ujęcie, gdy Trinity zbliża lufy karabinków UZI tak blisko kamery (widowni), że daje się odczuć ten rodzaj ekranowej magii, którą czuli widzowie pierwszych filmów, oglądający wjazd pociągu na peron. Ale wzorem tychże, nie chciałem uciec w popłochu z sali kinowej; wręcz przeciwnie - poczułem, że jeśli zostanę, to nigdy nie zapomnę tego co zobaczę. Niestety, po fenomenalnym prologu przychodzi mniej fenomenalny fragment nudy. I to jest właśnie bolączką nowego "Matrixa". Ale nie oznacza to wcale, że jest źle. Pod wieloma względami jest bowiem bardziej niż genialnie! ![]() ![]() ![]() Konstrukcja całego filmu przypomina sinusoidę; na "dole" zupełny brak napięcia, nuda i gadanina o wybrańcu, Zionie i przepowiedniach; na "górze" wręcz przeciwnie - spektakularne akcje, bombastyczna muzyka (Juno Reactor!), szybkość, dynamika i ogólny power (!); nie można się więc nudzić (O NIE!) gdy film wkracza na górny etap wspomnianej sinusoidy. Wszystkie te wzloty i upadki próbuje splatać ze sobą dość lichy i skrojony na szybko scenariusz, który sprawia wrażenie niezbyt spójnego i średnio trzymającego się kupy. Istnieje tylko po to, aby w miarę logiczny sposób połączyć ze sobą sceny dialogowe (nudne!), z sekwencjami akcji (REWELACYJNYMI!). Przeplata się zatem powolność dialogów z megaszybkim tempem kolejnych akcji - przy pierwszym można usnąć; przy drugim nie można złapać oddechu; bardzo ciekawe przemieszanie tempa opowiadania. Mamy więc Agenta Smitha, który nie wiedzieć jak, zdołał się pozbierać do kupy po tym, jak Neo rozniósł go na kawałki w części pierwszej. Mamy rozmowę Neo z Wyrocznią (nuuuuda), po zakończeniu której, nagle (nie tłumaczy tego ani scenariusz ani związki przyczynowo skutkowe) pojawia się wspomniany wyżej Smith i w setkach egzemplarzy rozpoczyna pojedynek z Neo - choreograficzno/montażowa perełka!. Mamy masę nowych postaci, nowe wątki, gościa o imieniu Klucznik, dwóch dość oryginalnie wyglądających bliźniaków i czujemy, że robi się to wszystko strasznie zagmatwane, a towarzystwo nazbyt się rozrasta. Rozwija się też wątek "Mesjasza/Wybrańca" - do Neo lgną ludzie wszystkich wyznań i kolorów skóry, dochodzi też do cudownego uzdrowienia i... (nie powiem) ![]() ![]() ![]() Tyle do warstwy scenariuszowej w płaszczyźnie treści, bo już walki, pościgi i strzelaniny są szybsze, lepsze i o niespotykanym rozmachu, co stanowi główną siłę napędową filmu i zastrzyk adrenaliny dla widzów. Efekty specjalne osiągnęły w obrazie Wachowskich PERFEKCJĘ, której nie uświadczyliśmy w pełnym tego słowa znaczeniu, ani we "Władcy pierścieni" Jacksona, ani w "Ataku Klonów" Lucasa. I właśnie w stronie wizualno dźwiękowej tkwi potęga (bo siła to zbyt małe słowo) "Matrix: Reloaded". Pościg na autostradzie stał się z miejsca niekwestionowanym, realizatorskim dziełem sztuki - które rozmachem inscenizacyjnym wgniotło w ziemię wszystko co do tej pory nakręcono! Do tego nie można zapomnieć o muzyce Dona Davisa, oraz Juno Reactor; utwór "Mona Lisa Overdrive" ilustrujący tenże pościg, to muzyczna rewelka, podobnie jak "Burly Brawl", którego takty usłyszymy podczas niesamowitej, i niesamowicie długiej bitwy Neo z kopiami Agenta Smitha. Tych scen, tych walk, tych pościgów, tych strzelanin się nie ogląda; je sie podziwia z otwartymi z wrażenia ustami! Śmiem w tym miejscu stwierdzić, że widziałem w życiu naprawdę wiele filmów, a przy okazji wielu z nich padały słowa reklamowe w stylu: "Takich efektów jeszcze nie widzieliście... to zupełnie nowa jakość... czegoś takiego jeszcze w kinie nie było" - przestałem zupełnie wierzyć w takie tanie chwyty reklamowe. W przypadku "Matrix: Reaktywacja" słuchy przed premierą chodziły podobne... jednak w tym przypadku okazało się to w 100% prawdą, gdyż czegoś tak genialnego w swym rozmachu, wysublimowaniu ujęć, pieczołowitości montażu i realności efektów specjalnych - FAKTYCZNIE W KINIE NIE BYŁO. Po prostu oglądać i podziwiać, przeczekać spokojnie nudne fragmenty i... oglądać i podziwiać, podziwiać kunszt i niczym nieskrępowaną wyobraźnię realizatorów!!! ![]() ![]() A jak wygląda "Matrix: Reaktywacja" w porównaniu z pierwszym "Matrixem"? Wygląda tak, że zostawia część pierwszą daleko daleko w tyle, tworząc tym samym ogromną, jakościową przepaść. Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że "Matrix" do dziś pozostaje dziełem, które nie straciło nic ze swojej świeżości (scenariusza) i rozmachu (wykonania). Zatem jeśli część druga jest pod względem technicznym 10 razy lepsza, to wyobrażacie sobie chyba, jak wspaniale się to ogląda. Część pierwsza "Matrixa" zwycięża zdecydowanie jedynie w kategorii "scenariusz", gdyż fabuła właśnie jest najsłabszym punktem części drugiej. Kto by się tym jednak przejmował; jedne filmy powstają dla ukazania wciągającej fabuły (tu polecam na przykład trylogię "Ojca Chrzestnego"), a inne dla czystej rozkoszy oglądania na ekranie rozwałki za rozwałką, efektownej strzelaniny za efektowną strzelaniną. I tym właśnie jest "Matrix: Reaktywacja" - dla jednych niestety, dla mnie "stety", bo podczas seansu poczułem to coś, co nazywa się magią kina, a o to przecież w tym wszystkim chodzi! Pozwolić się oszukać, dać się uwieść obrazowi, dać się ponieść, dać się wkręcić w ekranowy świat, kupić fikcję, przyjąć narzuconą konwencję - i to się braciom Wachowskim, w moim przypadku udało. Boję się tylko jednego; jeżeli w trzeciej odsłonie przygód Neo i spółki, sceny akcji będą utrzymane w jeszcze szybszym tempie, to możemy nie nadążyć z ich oglądaniem... ale to chyba dobrze, bo dzięki temu może i my staniemy się szybsi... i lepsi (?) ![]() SZYBKA OCENA +/- - Efekty specjalne - Muzyka - Elementy nudy - Kulawy scenariuszAUTOR RECENZJI: Rafał Donica - DUX ![]() |