Strona główna KMF
        
A N A L I Z A     P O D     K Ą T E M     C A Ł E J     T R Y L O G I I

!!   T E K S T    Z A W I E R A    I S T O T N E    D L A    F A B U Ł Y    S P O J L E R Y   !!


"Matrix Rewolucje" przynoszą nam końcowe (?) rozstrzygnięcia uznawanej już dzisiaj za kultową trylogię braci Wachowskich. Czy film "dorósł" do oczekiwań widzów, a szczególnie fanów "Matrixa", biorąc pod uwagę fakt, że tak wiele osób nie polubiło "Reaktywacji" - śmiem twierdzić, że nie. Ale po kolei. Film od strony technicznej jest perfekcyjny - TĄ poprzeczkę braciom "Łaczołski" udało się kolejny raz podnieść. Obraz ma również biblijnych rozmiarów charakter i atmosferę. Akcja i sceneria jest monumentalna, efekty wizualne wybitne, choć niestety nie pobudzają już tak wyobraźni jak w dwóch poprzednich częściach. Należy przyznać, że twórcy kolejny raz pokazali nam niespotykany realizacyjny rozmach i techniczną sprawność pozostawiając w tyle wszystkie dzisiejsze superprodukcje (z aspirującymi szumnie do tego miana nowymi, cukierkowymi "Star Wars"). Zresztą, przy każdej tak wielkiej superprodukcji machina promocyjna mówi nachalnie o "efektach, których jeszcze na ekranie nie było!". Akurat... W odróżnieniu od "Reaktywacji", część trzecia ma kilka ekscytujących akcji, które podobnie jak w "jedynce" trzymają w napięciu i nie są tak przewidywalne (mimo, że te w "dwójce" to również majstersztyki) jak w środkowym "epizodzie". To na plus. Muszę przyznać, że sam zostałem wciągnięty w wir potężnej bitwy, ale efekciarstwo to jeszcze nie wszystko.


  


Przede wszystkim "Rewolucjom" paradoksalnie brakuje matrixowego klimatu. Choć większość kinowej widowni bardzo narzekała na pseudo-filozoficzny bełkot (czy aby na pewno?) "Reaktywacji", to ci bardziej zaangażowani w świat Matrixa widzowie upatrzyli siłę "dwójki" właśnie w niejasnej interpretacji wszystkich bardzo ważnych dla fabuły filmu dialogów i rozmów. Może się narażę, ale bardziej zafascynowała mnie w "Reaktywacji" rozmowa z Architektem czy zatrzymanie sentineli przez Neo, które to wydarzenia pozwalały na różnorodną interpretację zdarzeń niż "nadmuchana" do granic możliwości przed premierą, 14-minutowa, autostradowa pogoń. Ileż to snuło się teorii, że Neo jest programem, że istnieje matrix w matrixie itd., itp. Musicie przyznać, że w dzisiejszym kinie chyba żadna tego typu blockbuster nie stwarza po seansie takich szans na dyskusję - choć "Reaktywacja" była filmem innym i niewątpliwie słabszym od "Matrixa".


  


Sceny zbiorowe. Kiedy zobaczyłem w "Reaktywacji", że pojawi się tyle postaci drugoplanowych (nie wspominając o rozczarowującym Zionie) wiedziałem, że część magii pierwszego filmu bezpowrotnie przepadnie. No bo przecież siłą "Matrixa" było to, że śledzimy losy zaledwie grupki bohaterów - to powodowało silne utożsamianie się z nimi i co tu nie mówić, kibicowanie im. W "Rewolucjach" niestety trend ten osiągnął znamiona absurdu, kiedy to nikomu nie znana dziewczyna-wojowniczka (nie wspominając czwarto-planową ważność ukochanej Linka) są ważniejsze od min. samego Morfeusza! Zepchnięcie na absolutny margines tej niezwykłej osobowości (dzięki charyzmie i aktorstwu znakomitego Laurence'a Fishburne'a) uważam za jeden z grzechów ciężkich popełnionych przez Wachowskich w "Rewolucjach". Podajcie chociaż jedną godną wyrycia się w pamięci scenę z tym bohaterem. I co? Wielka szkoda, prawda? Już w końcówce "Reaktywacji" wyszedł niejako na szaleńca, a tutaj o zgrozo, robi za pomocnika Niobe! - też zresztą zupełnie niepotrzebna postać i na siłę lansowana. Sceny z radą starszych - kolejna porażka; rażą sztucznością nowych "Gwiezdnych wojen" albo telewizyjnego "Star Treka" a przecież ambicje twórców były zgoła wysokie. Jak to trafnie określił jeden z amerykańskich recenzentów: lucasoid.


  


Drugim grzechem jest prawie całkowity brak bullet-time'u. Wiem, zabrzmiałem teraz jak jakiś dzieciak złakniony taniego efektu, ale przecież to znak firmowy tych filmów! Kalkę genialnej sekwencji z hallu w części pierwszej znajdziemy tu w scenie z klubu "Hell", ale niestety sposób filmowania tej prawdziwej strzelaniny wygląda jak gra komputerowa, gdy najeżdżamy dokładnie celownikiem na bohatera (choć ten cały czas do nas strzela!) i kładziemy go trupem. Oczywiście to Matrix w końcu i anything is possible, ale nie do końca udane wrażenie zostaje. Cała batalistyka, choć trzeba to oddać ekipie Johna Gaety, niezwykle intensywna i z niezwykłą dbałością o szczegół, również nijak pasuje do całej matrixowej atmosfery. Paradoksalnie za dużo tu realnego świata. Przyznam się szczerze, że z ulgą odetchnąłem oglądając "Reaktywację", gdy po nudnym, zionowym-prologu Neo na powrót podłącza się do Matrixa celem spotkania z Wyrocznią. Niestety w "Rewolucjach" niemal cały film opiera się na akcji w świecie realnym. Cała fabuła jest tak prosto poprowadzona, że poczułem się głupio na seansie gdy po głównej bitwie w Zionie spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że zostało tylko 20 minut filmu i oprócz nadchodzącego (zresztą machina reklamowa swoje zrobiła i każdy już wiedział, co będzie punktem kulminacyjnym trylogii) pojedynku antagonistów żadnych więcej fabularnych atrakcji już nie będzie! Przecież w dwóch pierwszych filmach akcja przenosiła się z miejsca na miejsce, co raz pokazując nam tajemnicze zakamarki Matrixa czy też świata realnego - tutaj próżno tego szukać


  


Nie odkryję Ameryki, jeżeli powiem, że wszystko co fascynujące wizualnie i fabularnie, już teraz w całej trylogii, rozgrywa się w wirtualnej rzeczywistości. Nie wiem gdzie reżyserzy i operator Bill Pope zagubili wizualną brawurę z pierwszej i częściowo drugiej odsłony. "Wypieszczone" w komiksowym charakterze kadry i perfekcyjne, nowatorskie często ujęcia zaginęły całkowicie w "Rewolucjach". Jakiegoż poziomu emocji i wizualnego artyzmu dostarczało np. genialne ujęcie z dołu gdy Morfeusz skacze w objęcia Neo przyczepionego liną do helikoptera - tu nic nawet nie zbliża się do tego poziomu. Nadrobić stara się to, jednak przyznajmy spektakularny, pojedynek finałowy godny dwóch bogów, ale całościowo gdzieś ucieka ten szczegół matrixowego klimatu. Wielu skrytykowało już zanadto bajkowość i wybuchowość pojedynku Smitha z Neo, ale należy stwierdzić, że musiał tak wyglądać z uwagi na to, że każdy ich pojedynek (tak jak kolejne walki Neo w "Matrixie") to kolejny "stopień wtajemniczenia". Nie należy zapomnieć, że Smith miał w sobie siłę Wyroczni i być może wszystkich istnień podłączonych do "macierzy", choć tego do końca nie wiemy, gdyż pojedynek ów może mieć wymiar tylko symboliczny (Smith był jednak wirusem, który mógł zainfekować wszystko). Jak by na to nie patrzeć, jest to realizacyjna perła wzmocniona dodatkowo genialną muzyką Dona Davisa, który zastosował tu chór śpiewający w języku sanskrit (w tym samym co słynne "Duel of the Fates" z soundtracku "Mrocznego widma"). Uwaga: jeszcze trzy akapity tekstu :-)


  

  


Pewne pytania w filmie zostają wyjaśnione poprzez pryzmat zrównoważenia sił rządzących matrixowym światem, więc w końcówce sam Architekt dopina swego, gdyż Matrix zostaje jednak zresetowany! Sama końcówka jest inteligentnie poprowadzona przez Wachowskich i przemawia do mnie idea pokoju, zważywszy na tło całej historii wojny z maszynami i to, że jednak ludzkość jest tutaj winowajcą całego zaistniałego zła i zniszczenia - kłania się "Animatrix" i epizody "Drugi renesans". Rażą jednak dwie rzeczy. Nachalna, niezwykle dosadna i dosłowna parabola Mesjasza, kompletnie pozbawiona wdzięku a przecież Wachowscy to tacy geniusze! Wszyscy zachwycaliśmy się geniuszem (?) i pomysłowością braci-reżyserów, którzy w pierwszym "Matrixie" zrobili sobie czytelne (bądź co bardziej fascynujące) ukryte aluzje do współczesnej literatury s-f, kultury masowej, filozofii, religii czy mitologii, jednak w "Rewolucjach" po prostu wszystko to zniżyło się do miana prostactwa. I nie chodzi tu o to, że kulminacyjna scena jest obrazoburcza (bo kompletnie nie jest), ale jej symbolika jest po prostu prostacka i nic dziwnego, że Watykan(sic!) skrytykował film. Bracia chcieli chyba zakasować samych siebie i myśleli, że widownia to "kupi" bez najmniejszego sprzeciwu - z przykrością należy stwierdzić, że nie udało się. Również końcowa scena pozostawia wrażenie złego smaku, z wschodem słońca na tle komputerowego miasta - tak ma się zakończyć taka trylogia! Rozumiem, że reżyserzy i scenarzyści w jednej osobie chcieli mając za punkt wyjścia stechnicyzowany do granic możliwości świat, by zwrócić się w finale ku miłości, romantyce i idei symbiozy ludzi i maszyn (jednak rozmowa Neo z przywódcą rady w Zionie ma duży sens!), czerpiąc min. z problematyki poruszanej w "Ghost in the Shell" czy nawet "Blade Runner" co jest jak najbardziej chwalebne, ale pozostawiają zakończoną trylogię z tyloma nie rozwiązanymi sprawami... Samo zachowanie Architekta z jego pogardliwym tonem nie zwiastuje optymistycznej przyszłości dla niedobitków ludzkości... A sam Neo? Może jednak żyje, choć podobno ktoś wypatrzył, że na ławeczce jest umieszczony napis In memory of Thomas Anderson - to powinno wyjaśnić sprawę.


  


Nie budzi poklasku również przedstawienie miłości Neo i Trinity. Nie dość że oboje aktorzy grają (łagodnie mówiąc bo lubię Carrie-Ann Moss ;-)) nieprzekonywująco, to co zdumiewające istotę miłości wydaje się najlepiej rozumieć sama Persefona! Zauważcie jej zachowanie gdy bohaterowie na jej oczach zaczynają walkę w klubie i co mówi do swego męża widząc zdesperowaną Trinity - istny wampir ludzkich uczuć. Zresztą ten początkowy wątek filmu jest rozwiązany żenująco jeżeli chodzi o dramaturgię. Pewny siebie "Merv" miałby tak sobie oddać Neo, gdy Trinity, Morfeusz i Serafin są dookoła otoczeni? Widać od razu, że scenarzyści nie potrafili wybrnąć z tej sytuacji i był to zupełnie niepotrzebny wątek. Wracając do love story, sto razy więcej "chemii" między tymi dwoma postaciami było w jednej scenie "Matrixa", gdy Carie-Ann Moss patrzy się głęboko w oczy Keanu Reevesa po uratowaniu jej z spadającego helikoptera. Po co w ogóle został wprowadzony w filmie wątek z Kolejarzem i czemu w ogóle służyły tak intrygujące, a rozpoczęte w poprzedniej części wątki Merovigniana czy Serafina? Jaki jest ich cel? Nie dowiemy się tego. Tak znakomita postać jak grający go równie znakomicie Lambert Wilson został tak zaprzepaszczony! Kilka słów należy się doskonałemu jak zawsze Hugo Weaving'owi, który pobił na głowę aktorstwem wszystkich głównych bohaterów. Choć zawsze fascynujący i z świetną autoironią, tutaj potrafi być nawet budzącym grozę, gdy przechadza się ze swoimi "klonami" do domostwa Wyroczni. Udany, choć nie grzeszący również oryginalnością jest epizod Claytona Watsona jako "Dzieciaka" a ważna scena, w której mówi Neo, I Believe jest jedną z najlepszych w całym filmie.


  

  


"Rewolucje" bez wątpienia będą przez jakiś jeszcze czas wzbudzać emocje, ale już teraz należ stwierdzić, że niestety część ta nie wytrzymuje porównania z poprzednikami. Siłą pierwszego filmu było to, że nikt o nim nie wiedział a swoją "dobrą prasę" zawdzięcza przekazywanym z osoby na osobę wrażeniom i dyskusjom - był kompletnym szokiem i fabularnym i wizualnym. Problemem sequeli jest to, że są to po prostu hollywoodzkie blockbustery "jadące" na legendzie "jedynki" i milionach fanów na całym świecie. Skalą żywotności (wielkości, klasy, artyzmu itp.) filmu jest min. to jak często i czy w ogóle do niego powracamy. Nie sądzę, by ta część trylogii była równie często "odświeżana" jak dwie poprzednie, a w szczególności pierwsza. I niech reżyserzy i wszechmocny producent Joel Silver nie wciskają nam "kitu", że to miała być zawsze trylogia. Już się więcej na to nie nabierzemy. Miejmy nadzieję, że Silverowi nie przyjdzie do głowy jakiś kretyński pomysł z "dokręceniem" czwartej części, co dziś jest tak praktykowane w Hollywood, bo Wachowscy zostawili sobie nie lada "furtki" do prowadzenia dalej tej historii. W ogóle nie powinni naruszać legendy "Matrixa" - no ale cóż, fani byli nieubłagani i teraz mają to co chcieli. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby nakręcenie tylko jednego sequela, w końcu nie ma tu aż tak dużo fabuły. Filmu tego nie da się nie ocenić przez pryzmat poprzednich części, w końcu to ma być zamykająca się w całość historia dlatego też tak często powracałem do obu wcześniejszych "epizodów". Niestety bracia TEJ poprzeczki nie przeskoczyli. I z politowaniem można teraz ocenić ich decyzję o nie udzielaniu żadnych wywiadów ("nasze filmy będą mówiły same za siebie"). Podobną "taktykę" swego czasu zastosował wielki Stanley Kubrick. Fakt, prowokują do dyskusji, ale w połowie przypadków tylko dlatego, że porównuje się je z wybitnym kinem s-f jakim był "The Matrix". Niewątpliwie są to niezwykle utalentowani filmowcy i należy z wielką uwagą śledzić ich kariery, gdyż niewielu w historii było twórców, którzy stali na absolutnym piedestale kina rozrywkowego w tak młodym wieku, ale prosiłbym ich o nabranie większej pokory na przyszłość.



MATRIX REWOLUCJE

Tytuł oryginalny: The Matrix Revolutions
Rok produkcji: 2003, USA
Reżyseria: Larry i Andy Wachowscy
Scenariusz: Larry i Andy Wachowscy
Zdjęcia: Bill Pope
Muzyka: Don Davis
Montaż: Zach Staenberg
Scenografia: Owen Paterson
Efekty specjalne: John Gaeta, Steve Courtley

Występują:

Keanu Reeves (jako Neo)
Carrie-Anne Moss (jako Trinity)
Hugo Weaving (jako Smith)
Laurence Fishburne (jako Morfeusz)
Mary Alice (jako Wyrocznia)
Sing Ngai (jako Serafin)
Jada Pinkett Smith (jako Niobe)
Ian Bliss (jako Bane)
Lambert Wilson (jako Merowing)


e-mail
 Autor recenzji/analizy (tekst gościnny): Tomasz Rokita