|
Uwaga! Tekst zawiera lekkie spojlery zdradzające treść filmu.
Oglądanie tego filmu kojarzy mi się z narastającą co kilka minut irytacją. Wielki szum reklamowy, światowa premiera, przecieki o błyskotliwym scenariuszu i mistrzowskich efektach specjalnych - to wszystko okazało się jedną wielka bzdurą na którą nabrać się nie potrafię. Tak, proszę Państwa. "Matrix: Rewolucje" to fabularny niewypał, bo widać, że twórcom, czyli braciom Wachowskim, zabrakło tak potrzebnej wybraźni do wykreowania nie tylko efektów specjalnych, których tutaj co niemiara, ale najważniejsze - permanentnego zaskoczenia, którego mocno oczekiwałem.
Czczym gadaniem jest sentymentalne wspominanie wspaniałego filmu SF z 1999 roku, choć na miejscu jest zaskakująca konstatacja, że ci sami twórcy, ten sam producent, dodatkowo większe pieniądze nie zrodziły poprawnej kontynuacji fascynującej historii. Dwoję się i troję, aby zrozumieć i - najważniejsze - uwierzyć na słowo braciom jakoby pomysł na trylogię pojawił się w ich głowach dawno temu, bez pomocy Joela Silvera i jego 300 milionów $. "Reaktywacja" i (szczególnie) "Rewolucje" to nie jest już ta sama błyskotliwość i zaskoczenie, ale przewrotnie sequele takie nie mogły być, gdyż odkryto parę lat temu najważniejsze karty. Ale nie wszystkie przecież o czym wszyscy mogli sie przekonać przy zapoznawaniu się ze słowami Architekta. W jakiś sposób ostatnie 30 minut rozczarowującej "Reaktywacji" pozostawiły nadzieję, że oto część następna może przewrócić do góry nogami świat wcześniej przedstawiony. Podsunięto prosto pod nos widza wizję świata kompletnie cyfrowego, na czele z Syjonem oraz Neo, Smithem i Wyrocznią, którzy okazali sie być anomaliami komputerowymi w systemie, a sam system wybrykiem starszego pana z siwą bródką. I już sam koniec - Neo poza systemem posiadający siły tożsame z tymi zaprogramowanymi gdy był podłączony do Matrixa. Przyznam, że było to szalenie intrygujące i intelektualnie prowokujące do szerszych dyskusji. Punkt wyjściowy niezmiernie ciekawy mimo zauważalnej w "Reaktywacji" pretensjonalności i przeładowania efekciarstwem.
"Rewolucje" to błache i nieudane rozwinięcie historii. Żeby nie tkwić w ciągłym narzekaniu powiem na początku o pozytywie. Jeśli kogoś drażniły obecne w "Reaktywacji" odwołania do greckiej mitologii, gnozy, buddyzmu i chrześcijaństwa irytować się "Rewolucjami" braci Wachowskich tak bardzo nie będzie. W dalszym ciagu bawią się braciszkowie ładnymi słówkami i imionami o mitologicznym rodowodzie nie zdając sobie pewnie sprawy z ich znaczenia, jednak w ostatnim akcie trylogii bełkotliwych dialogów jest znacznie mniej, choć nie znaczy to, że twórcy uniknęli śmieszności, żeby wspomnieć mesjanistyczne zapędy Neo (i wielce znaczącą jedną scenę). Amerykanie o polskim rodowodzie próbują czarować w obu sequelach mdłymi i Szalenie Ważnymi Słowami, co nie buduje spójnej całości, a wywołuje mimowolny śmiech ze względu na trywialne potraktowanie symboli. Ale czegóż można było oczekiwać od dwóch chłopaków wychowanych na komiksach, grach komputerowych i azjatyckich filmach akcji klasy B? Nie odkryli przecież Ameryki swoim pomysłem o dwubiegunowości świata. Wystarczy zajrzeć do książek Janusza A. Zajdla czy Stanisława Lema, aby przekonać się o istnieniu fabuł wspominających o czerwonych pigułkach, nagłych przebudzeniach, olśnieniach i walce z Systemem bez popadania w intelektualne absurdy, a z potraktowaniem tematu w sposób ciekawszy.
Mamy jednak widowiskowość, której być może oczekują widzowie najbardziej. Cóż, film akcji, a do takich z pewnością zaliczyć można "Matrix", bijatykami, wybuchami, strzelaninami stoi. Są one na nieprawdopodobnie wysokim technicznie poziomie, jednak - trzeba przyznać to ze smutkiem - ani trochę nie trzymają w napięciu, wręcz są zadziwiająco nudne. Sekwencja w holu klubu "Piekło" jest czytelnym nawiązaniem do części pierwszej i atrakcyjnej rzezi w wykonaniu Neo i Trinity. Znowu mamy rozpryskujące filary, zawisanie w powietrzu, fruwanie i chodzenie po ścianach. Nic więc nowego, co mogłoby zadziwić czy zaprzeć dech w piersiach. Następnie niemiłosiernie długa obrona Syjonu przed atakującymi Strażnikami wzbudziła wyłącznie moją obojętność. Trwa długo, zdecydowanie za długo, wyglądając przy tym jak demo gry komputerowej w której chodzi wyłącznie o "wykoszenie" jak największej liczby wrogów przy pomocy setek karabinów i bomb. Nie ma w tym jakiejś mocy, choć jest spektakularnie. Pamiętacie może "wycinkę" dżungli w "Predatorze" bądź skromną strzelanine na ulicach Los Angeles w "Gorączce"? Jeśli tak, to zapewne zgodzicie się z tezą, że nie przepych czyni mistrza, lub inaczej mówiąc: nie ilość karabinów maszynowych i ich wielkość wzbudzić może emocje, a jedynie pewien typ filmowego podniecenia wynikający z zaangażowania w oglądaną opowieść. W podobny sposób mozna odnieść się do finałowej bijatyki Neo z agentem Smithem. Strugi deszczu, dwóch mężczyzn wściekle na siebie patrzących. Co z tego skoro żadnych emocji finałowa walka nie wywołuje, chyba, że za takie uznać poczucie zażenowania? Ciosy wywołujące moc nuklearną oraz pojedynek w chmurach godny komiksowego Supermana bynajmniej nie wywołują emocjonalnych rumieńców i zdecydowanie ich dyskusyjna spektakularność nie jest godna jakiejkolwiek wytężonej uwagi.
Obraz jest oczywiście przeładowany pikselami na najwyższym poziomie, Oscar więc na półki ich twórców z pewnością trafi. Trudno dojrzeć błędy, jakieś zaniedbania (Adi powinien je jednak zauważyć i dać znać czytelnikom za jakiś czas:), choć rzuca się w oczy zupełny brak słynnych bullet-time. "Matrix" jest w ogóle dość ciekawy estetycznie. Ascetyczne przestrzenie Matrix, znakomicie skomponowane kadry, bezbłędna, mechaniczna scenografia świata rzeczywistego. Uwagę zwracają też kostiumy - prowokujące, efekciarskie, skórzane ubrania oraz gustownie zrobione szaty mieszkańców Syjonu.
Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że pod atrakcyjną powłoką czai się fabularna miernota. Wiele wątków, które miały początek w "Reaktywacji", takich jak Merrowing, jego partnerka Persefona, czy Serafin, nie mają swojej sensownej kontynuacji, są wręcz zbędne. Nie mam najmniejszego pojęcia jak odnieść się do tych i wcześniej nie widzianych postaci, oprócz tego, że pojawiły się na kilka minut i nie wniosły nic a nic do fabuły (na przykład Monica Belucci wypowiada w "Rewolucjach" aż ze trzy słowa ponętnie spoglądając z ekranu). Nie dość tego. Jeśli "Reaktywacje" mogły w jakimś sensie zaintrygować, to "Rewolucje" rozczarowują na całej linii nie odpowiadając na wiele pytań i zostawiając widza z poczuciem wielkiego zawodu. Nie zdradzając, niewielkich tym razem, zawiłości fabuły, warto zganić braci Wachowskich za brak pomysłu na zakończenie całej historii. Z premierowego seansu wyszedłem najzupełniej obojętny. Obojętny i zaskoczony właśnie tą obojętnością, co jest oczywiście sprzeczne z oczekiwaniami jakie żywiłem względem "Rewolucji"! Nie pokusili się twórcy na coś przewrotnego, nie wywrócili świata do góry nogami, ani nie zostawili widza z intrygującymi pytaniami na które znaleźć odpowiedź chciałby każdy. Mamy za to kupę dziur fabularnych o które zapytać wypada, choć niestety z kłopotem odpowiedzi pozostaniemy sami sobie co doprowadzić może co poniektórych do umacniania interpretacyjnego absurdu.
Gdy parę dni temu pojawiła się w księgarniach książka "Wybierz czerwoną pigułkę", zawierająca analityczne teksty dotyczące pierwszej części "Matrixa", bez większego zaskoczenia stwierdziłem, że film Wachowskich z 1999 roku to rzeczywiście dzieło, które w znaczący sposób wpłynęło na kino science-fiction. Pomijając pewną pretensjonalność zasługuje ten film na głębsze analizy i z całą pewnością uznanie za klasykę SF. Sequele natomiast, szczególnie "Rewolucje" z racji roli wieńczącej historię, "zarżnęły" legendę i skompromitowały wcale banalny pomysł. Przeładowanie efektami specjalnymi, niedopracowana fabuła, nagromadzenie wątków filozoficzno-religijnych na poziomie szkolnego bryku, kiepskie zakończenie i niedosyt to główne grzechy "Rewolucji", jak i "Reaktywacji".
Niemniej można być pewnym, że "Rewolucje" sprzedadzą się doskonale, a sami bracia Wachowscy nie jeden raz jeszcze zwodzić będą publikę efektownymi pomysłami wspartymi milionami dolarów. A nuż czekają nas za kilka lat kolejne sequele, wszak furtka o dziwo wydaje się być otwarta...
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
|
MATRIX REVOLUTIONS
reżyseria: Larry Wachowski, Andy Wachowski
scenariusz: Larry Wachowski, Andy Wachowski
muzyka: Don Davis
obsada: Keanu Reeves jako Neo
Laurence Fishburne jako Morpheus
Carrie-Anne Moss jako Trinity
Hugo Weaving jako agent Smith
Monica Bellucci jako Persephone
Daniel Bernhardt jako agent Johnson
Nona M. Gaye jako Zee
Nathaniel Lees jako Mifuno
Harry J. Lennix jako Lock
Matt McColm jako agent Thompson
Sing Ngai jako Seraph
Harold Perrineau Jr. jako Kain
Jada Pinkett Smith jako Niobe
Adrian Rayment jako Bliźniak Pierwszy
Neil Rayment jako Bliźniak Drugi
Clayton Watson jako Dzieciak
producent: Grant Hill, Joel Silver
zdjęcia: Bill Pope
scenograf: Owen Paterson
kostiumy: Kym Barrett
montaż: Zach Staenberg
efekty specjalne: Steve Courtley
efekty wizualne: John Gaeta
choreografia scen akcji: Yuen Wo Ping
STRONA GŁÓWNA
|