Do George'a Clooneya przylgnęła ostatnio etykietka artysty angażującego się w projekty z tak zwanym przesłaniem, niestroniące od polityki ani krytyki zjawisk i konkretnych grup. Od razu nasuwa się więc pytanie, czy "Michael Clayton" również jest dziełem zmuszającym do istotnych przemyśleń, pomagającym otwierać oczy mas na ważkie problemy otaczającego świata?
Tytułowy bohater jest kimś w rodzaju zatrudnionego przez uznaną firmę prawniczą odpowiednika znanego z "Pulp Fiction" pana Wolfa. Do jego obowiązków należy opanowanie sytuacji kryzysowej, unikając przy tym niepotrzebnych komplikacji i zbędnego rozgłosu. Dostaje niełatwe zadanie - jeden z pracowników kancelarii, architekt strategii sądowej potężnej korporacji, doznaje swoistego przebudzenia moralnego i zaczyna stwarzać nie lada problemy swym klientom i pracodawcom. Jego działania, balansujące na granicy między obłędem a przemyślanym planem, oraz ich skutki, staną się motorem przemiany Michaela Claytona i stopniowego uświadamiania sobie prawdy o regułach rządzących światem, w którym funkcjonuje.
Twórcy zdecydowali się, zaburzając chronologię, poczęstować widza wybiórczą porcją scen z kulminacyjnych fragmentów filmu już na początku seansu. Wybieg ten zadziałał znakomicie dezorientując lekko widza, zwiększając jednocześnie apetyt na resztę wydarzeń, które pozwolą nadać obejrzanemu wyrywkowi pełnię sensu w kontekście całości fabuły. Dalszy ciąg opowieści również broni się świetnie, a umiarkowane tempo pomaga utrzymać odpowiedni poziom napięcia. Naprawdę niezłe dialogi przykuwają uwagę, a wszystko podane jest za pomocą sprawnie dobranych środków filmowego warsztatu.
Aktorstwo w "Michaelu..." również zasługuje na wyróżnienie. Kreacja George'a Clooneya być może nie powala, ale jest solidna i wiarygodna. Z kolei Tilda Swinton, w roli stojącej na straży korporacyjnych interesów Karen Crowder, odnalazła się wręcz idealnie. Emanuje z niej pełne zaangażowanie na rzecz pracodawcy, a cena, jaką płaci za poświęcenie i życie w nieustannym stresie, oddana jest w sposób wręcz namacalny. Tom Wilkinson, z zadania stworzenia kluczowej dla rozwoju historii kreacji na wpół zniszczonego kompromisami moralnymi prawnika, również wychodzi obronną ręką.
Tam, gdzie niektórzy widzą lewicowe przesłanie, moim zdaniem jest "tylko" wiarygodny punkt wejściowy do sprawnie skonstruowanej i opowiedzianej fabuły. Owszem, mamy tutaj utajniające niewygodne fakty wpływowe światowe korporacje, nie wahające się chronić swych interesów poza prawem i etyką, korzystając jednocześnie z parasola ochronnego korzystnych dla nich elementów tego pierwszego ..., i tyle.
Nawet pomijając znikomą oryginalność motywu ukrywania za wszelką cenę informacji mogących zaszkodzić czyimś interesom, trudno dostrzec w tym poważną krytykę czegokolwiek. Chyba dla nikogo nie jest odkryciem fakt, że intencje i środki, jakimi posługują się wielkie firmy, nie zawsze pokrywają się z hasłami w reklamach i oficjalnymi wiadomościami, nie mówiąc już o tym, że nie jest to tylko ich domeną. Nie ma tutaj żadnych istotnych spostrzeżeń, analizy patologii, nic nie wykracza poza ramy typowych środków w konstrukcji fikcyjnych opowieści.
Nie jest więc "Michael Clayton" filmem z ideową głębią, celnie wymierzonym ostrzem krytyki, nie zmieni spojrzenia na rzeczywistość. Jest za to niezwykle solidnym kawałkiem filmowego rzemiosła, opartym na znakomitym scenariuszu, przekonujących kreacjach i zręcznym operowaniu ekranowym napięciem.
 |

Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 119 minut
Reżyseria: Tony Gilroy
Scenariusz: Tony Gilroy
Zdjęcia: Robert Elswit
Muzyka: James Newton Howard
Obsada:
George Clooney, Sean Cullen, Tom Wilkinson, Tilda Swinton, Sydney Pollack, Michael O'Keefe, Ken Howard, Denis O'Hare Robert Prescott, Austin Williams, Merritt Wever i ini
|
 |
 |
Autor recenzji: Karol Grzyb - GONZO |
Klub Miłośników Filmu
10.01.2008 |
|