KRÓTKI TEKST O EKRANIZACJACH
na przykładzie filmowej adaptacji "Mikołajka"
Ilekroć pojawia się temat ekranizacji utworów literackich jako takich, prędzej czy później pojawia się i problem: czy warto porównywać?
"Książka była lepsza!", wołam rozgoryczona po n-tej adaptacji znakomitej powieści. "Komiks to zupełnie inna jakość",
zaznaczam, wychodząc z seansu n-tych "...manów". I zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: "nie porównuj, bo po co?".
Film, sztuka teatralna, musical, opera, słuchowisko, powieść, nowela, komiks - media to różne, rzecz oczywista. Każde mówi odrębnym kodem,
pobudza różne zmysły, inaczej kontaktuje się z odbiorcą. Ekranizacja "idealna" możliwa nie jest. To chyba rozumiemy wszyscy i marudzenie
ośmiolatków, że Ron Weasley był w książce chudszy i bardziej piegowaty od wcielającego się w jego rolę Ruperta Grinta, może budzić jedynie
uśmiech politowania. Ale powróćmy do głównego pytania: czy warto porównywać?
"Uproszczono całą wymowę, happy end doklejono, i jak ja mam się na to zgodzić?", powtarzam. "Film to autonomiczne dzieło, po prostu nie myśl o książce",
słyszę w odpowiedzi. Wtedy myślę o Hanku Moodym, bohaterze serialu "Californication", pisarzu, Charlesie Bukowskim w wersji pop, którego powieść przeniesiono
na ekran w konwencji słodko-kiczowatej i zatytułowano "A Crazy Little Thing Called Love". Kiedy Hank na ten kom-rom się skarży, zawsze ktoś przypomina mu o
niebagatelnej sumie, którą owa pulpa mu przyniosła. "A więc chodzi o pieniądze!", zauważam, "trzeba było od razu...". Wzruszenie ramion, bo przecież
"zawsze chodzi o kasę i nic z tym nie zrobisz" i "przestań narzekać, przyjmij film takim jaki jest, oceniaj w oderwaniu od pierwowzoru". Ta wymijająca odpowiedź
pojawia się zawsze, kiedy mamy do czynienia z ekranizacją przeciętną bądź wręcz kiepską. Nikt natomiast nie protestuje, gdy mówimy o adaptacjach wielkich,
znakomitych, nietuzinkowych. Dlaczego? Analizowanie związków pomiędzy literaturą a filmem uznaje się wtedy za oczywiste. Stanley Kubrick kręcił wariacje na
postawie literatury ("Lśnienie"), jak i otwarcie z nią polemizował ("Mechaniczna pomarańcza"). Filmy Wojciecha Hasa do dziś uchodzą za "ekranizacje niemożliwe"
(dość wspomnieć "Rękopis znaleziony w Saragossie" i "Sanatorium pod klepsydrą"). "Blade Runner" Ridleya Scotta, chociaż funkcjonuje w świadomości widzów jako
adaptacja książki Philipa K. Dicka "Czy androidy śnią o elektronicznych owcach?", jest w rzeczywistości zaledwie nią inspirowany; jeśli uznać "Łowcę androidów"
za film dickowski, to ze względu na pojawiające się tam obsesje Dicka z całej jego twórczości SF. Davidowi Cronenbergowi bliskie były paranoje Williama S.
Burroughsa (dlatego nakręcił "Nagi Lunch"), a także fascynacja J. G. Ballarda hipernowoczesnością i przerażającą przestrzenią miejską (dlatego powstała "Kraksa").
Robert Altman nakręcił "Na skróty" jako kompilację dziewięciu opowiadań Raymonda Carvera - przeniósł akcję do miasta, połączył bohaterów, obojętny styl mistrza
krótkiej formy zamienił na równie nieczuły obiektyw kamery. Natomiast w przypadku większości ekranizacji spuszcza się nad pierwowzorem zasłonę milczenia.
|
 |
|
Argument o autonomii filmu odrzucam - to znaczy uznaję jego odrębność jako dzieła, natomiast ucieczkę od porównań taktuję jako ciche przyzwolenie na cynizm
producentów po prostu. Oczywiście nie jest zestawienie literatury i kina kluczem do każdej oceny, natomiast trudno zaprzeczyć, że często ta sama osoba,
która głosi "osobność" danego obrazu, zestawia go z innymi filmami, umieszcza w pewnym kontekście gatunkowym, estetycznym, problematycznym i w nim właśnie
formułuje swoją ocenę. W czym tkwi różnica? Czemu nikt nie protestuje przeciwko porównywaniu różnych tytułów w obrębie jednego gatunku, natomiast gorzkie
"książka była lepsza!" nie wydaje się poważnym argumentem? W czym tkwi istota ekranizacji jako takich? Czy adaptacja filmowa nie powinna być twórczym dialogiem
reżysera z pisarzem, jak w przypadku wyżej wspomnianych - Kubricka i Hasa? Po co komu uproszczone ilustracje?
Premiera ekranizacji "Mikołajka" przypada w pięćdziesiątą rocznicę publikacji pierwszego opowiadania o Mikołajku, "Jajka wielkanocnego", na łamach francuskiego
"Sud-Ouest Dimanche" (wcześniej w ilustrowanym "Le Moustique" ukazywały się komiksy). To półwiecze samo w sobie nic nie znaczy; ot, przypomniało się komuś, że
"Mikołajek" wciąż nie ma swej filmowej wersji. Jednocześnie pojawiły się w księgarniach "Nieznane przygody Mikołajka", zbiór nieznanych dotąd tekstów o Mikołajku
i chłopakach, które dopiero teraz doczekały się oprawy graficznej Sempé'ego (wyjątkiem jest pierwsze w kolejności "Jajko wielkanocne", wspomniane powyżej, nigdy
dotąd niewydane w żadnym ze zbiorów). Nic, tylko się cieszyć.
Szkoda tylko, że film nie jest nawet w połowie tak ciekawy jak wyciągnięte z archiwum Goscinny'ego opowiadania. Nie potrafię otrząsnąć się z wrażenia, że w
przypadku tej ekranizacji mamy do czynienia z jeszcze większym niż zwykle cynizmem. I to nie dlatego, że jest "Mikołajek" filmem bardzo nieudanym, bo nie
jest; oscyluje w rejonach przeciętności, ma swoje momenty lepsze i gorsze, potrafi i rozbawić, i wynudzić. Cyniczne jest wykorzystanie dla celów komercyjnych
ukochanej przez dzieci i dorosłych postaci, z góry skazana na porażkę próba przeniesienia na ekran materiału literackiego, którego na żadnej płaszczyźnie poza
fabularną przenieść się nie da. W przeciwieństwie do większości literatury dziecięcej formy opowiadań o Mikołajku zignorować nie można: jest ona równie istotna
jak akcja, a przyczyny tego stanu rzeczy są przynajmniej trzy: René Goscinny - to raz. Jean-Jacques Sempé - to dwa. Opowiadanie jako gatunek - to trzy.
|
 |
|
Goscinny, bo obraz świata w "Mikołajkach" opiera się na stylu, charakterystycznej narracji. Goscinny całkowicie przyjmuje percepcję dziecka.
Dochodzą do tego kapitalne wyczucie absurdu i specyficzny język, jakim posługuje się główny bohater. A język, wiadomo, jest trudny do przeniesienia na ekran.
Sempé - bo "Mikołajka", który debiutował w komiksie, bez ilustracji Sempé'ego wyobrazić sobie nie można. Rysunki - często drobniutkie, niby urwane, zawsze dowcipne
- stanowią integralną część opowiadań. Dobrze, że twórcy filmu zdecydowali się złożyć hołd wybitnemu ilustratorowi - w postaci kapitalnej czołówki.
Gatunek - bo "Mikołajki" to takie "sceny z życia", rozsypane, fragmentaryczne opowiastki o jednej rodzinie i jednej szkole. Kłótnie w domu i na szkolnym boisku,
lekcje, "kupa zabawy": żadnej osi fabularnej, która by to spajała, żadnych wydumanych intryg. Samo życie. Hymn na cześć zwyczajnego dzieciństwa, cuda codzienności,
wielkie małe chwile.
To, czego brakuje filmowi Laurenta Tirarda ("Zakochany Molier"), to brak pomysłu na uporanie się z tymi trzema punktami. Mamy tu narrację zza kadru, prowadzoną
oczywiście przez Mikołajka, ale przecież kilka cytatów nie odda ducha opowieści; według mnie bez szkody dla obrazu mogło być mikołajowej paplaniny więcej,
łącznie z charakterystycznymi powtórzeniami i "całą kupą refleksji". Nieporadna próba posklejania z pojedynczych epizodów spójnej intrygi uświadamia, że jeśli
gdzieś szukać Mikołajka, to raczej w formie serialowej, na małym ekranie, która może ocaliłaby chociażby charakterystykę postaci. A z tymi bywa różnie: Kad Merad
jest bardzo dobry jako Tata Mikołajka, podobnie krucha Sandrine Kiberlain jako Pani. Gorzej natomiast z Valérie Lemercier w roli Mamy, głównie za sprawą scenariusza:
w filmie matka Mikołaja jest idiotką, a nie, jak było w książkach, ostatnią ostoją normalności (ale o tym za chwilę). Wyrazistości brakuje samemu Mikołajkowi, w
którego roli występuje debiutant Maxime Godart. Można to zarzucić z resztą większości dziecięcej obsady; wyłamuje się z konwencji nijakości przede wszystkim
świetny Victor Carles jako Kleofas, wielkooki dzieciak o naćpanym spojrzeniu i grzywie splątanych włosów. Niezły jest też Charles Vaillant jako Godfryd.
Rozczarowaniem są za to postaci Alcesta (Vincent Claude) i Ananiasza, pierwszego ucznia i pieszczoszka "naszej pani" (Damien Ferdel). Z niewiadomej przyczyny
w scenariuszu zupełnie zabrakło postaci Maksencjusza (tego, co ma długie nogi i brudne, wystające kolana), choć i Euzebiusz, ten, który dawał wszystkim fangi
w nos (Benjamin Averty) pozostaje zupełnie poza zainteresowaniem twórców.
|
 |
|
Problemy obsadowe dobrze pokazują, czego brakuje w filmowym "Mikołajku": koncepcji. Bo niby historyjki z opowiadań, bohaterowie nakreśleni podobnie (poza matką
i może samym Mikołajkiem, tu wyjątkowo naiwnym i grzecznym), wszystko w porządku, tylko że w pewnej chwili pojawia się ten rodzaj przerysowania, którego u
Goscinny'ego i Sempé'ego po prostu nie było. Samo odejście od pierwowzoru oczywiście nie jest niczym złym, natomiast pojawia się pytanie: w jakim celu? Bo z
jednej strony próba poprawnej ilustracji wciśniętej w ramy półtoragodzinnego filmu, z drugiej trochę slapsticku, który nie bawi, wydumany motyw gangsterski,
sekwencja samochodowa z zupełnie innej konwencji (a z konwencjami sprawa nie jest prosta) i w końcu matka Mikołajka, która upija się przed szefem męża,
panem Moucheboume. Taka reinterpretacja postaci, która, jak wspomniałam, w opowiadaniach była godną podziwu żoną i matką, nadanie jej głupich kompleksów,
rozsądku nastolatki - pokazuje jak na dłoni płyciznę i efekciarstwo filmu, brak refleksji nad pierwowzorem. Więc po co to wszystko?, powtarzam. Skoro nikt
nie miał pomysłu, co zrobić z Mikołajem i chłopakami na dużym ekranie, po co się za to brał? Więcej dopowiadać nie trzeba.
Problem polega na tym, że ten film broniłby się znacznie lepiej jako opowiastka o małym Jeanie, co biega po szkole z Michelem, Erikiem, Pierre'em czy Alainem.
To film średni, z garścią sympatycznych dialogów i jedną wartą zapamiętania rolą dziecięcą. Małym widzom powinno się podobać - szkoda, że tylko im, podczas gdy
czytanie "Mikołajków" to wręcz rytuał międzypokoleniowy. Największą wadą filmu Tirarda okazuje się sam jego tytuł - obnażający wyrachowanie filmowej machiny.
A ja na taki cynizm wobec moich ukochanych bohaterów lat dziecięcych zgodzić się nie mogę. Po prostu. No bo co, kurczę blade!
Dedykuję tekst mojej Mamie, która mi czytała (i nigdy nie płakała), mojemu Tacie, który nie został siatkarzem, i mojej siostrze Marcie, która jest mądra jak Ananiasz.