Po II wojnie światowej, amerykańskie kino SF odradzało się niezwykle dynamicznie, choć jakość powstających filmów prezentowała się różnie. Od przygodowych widowisk za duże pieniądze, aż do potworkowatych agitek o agresorach z Czerwonej Planety, co było mało subtelną aluzją do Związku Radzieckiego. Oczywiście podźwigające się z wojennych zgliszcz, biedne kinematografie państw socjalistycznych, sięgnęły po fantastykę naukową zdecydowanie później (choć czechosłowacki "Krakatit" Otakara Vavry, powstał już w 1947 roku). Kilka filmów, eksploatujacych najbardziej klasyczne motywy literatury SF, powstało w Związku Radzieckim już w latach 50-tych. Kinematografie pozostałych demoludów, rozpoczęły flirt z science fiction dopiero od następnej dekady. Jako jedni z pierwszych, na taką próbę porwali się bratni artyści z Polski i NRD. Zaś za materiał scenariuszowy tej prestiżowej koprodukcji, posłużyła pierwsza opublikowana powieść SF Stanisława Lema, "Astronauci" z 1951 roku. Nakręcony w 1959 roku film, nosił tytuł "Milcząca gwiazda", w reżyserii czołowego NRD-owskiego twórcy, Kurta Maetziga. Zdjęcia powstawały w halach zdjęciowych wytwórni DEFA w Babelsbergu pod Berlinem, we wrocławskich halach zdjęciowych oraz w pobliżu Zakopanego. Premiera miala miejsce 7 marca 1960 roku.
Dlaczego Lem? Po pierwsze, nazwisko młodego pisarza, było już szeroko znane w Polsce i zagranicą (choć tam bardziej z powodu egzotyki żelaznej kurtyny i odwilży Chruszczowa). Stanisław Lem pod koniec lat 50-tych, święcił triumfy z przygodami Ijona Tichego w "Dziennikach gwiazdowych", miał już za sobą także "Obłok Magellana" i "Eden", a "Powrót z gwiazd" i "Solaris" miały ujrzeć światło dzienne już za kilka lat. A znane nazwisko we wspólnej, prekursorskiej, socjalistycznej produkcji filmowej, stanowiło dodatkowy atut. Po drugie, tematyka "Astronautów", była z gatunkowego punktu widzenia niezwykle korzystna. Opisany przez Lema pierwszy załogowy lot na Wenus, doskonale spełniał postulaty pierwszej kinowej produkcji SF w polskim kinie. Po cóż mieliby nasi twórcy porywać się lot pozaukładowy z "Obłoku Magellana", skoro najpierw trzeba było symbolicznie oderwać się rakietą od Ziemi i wylądować znacznie bliżej. światowe kinematografie startowały od wypraw księżycowych, opartych na prozie Verne'a i Wellsa, co wyznaczyło nieformalną kolejność lotów kosmicznych dla twórców, nieco później rozpoczynających eksplorację filmowego kosmosu.
Twórcy filmu przenieśli czas akcji z lemowego 2003, do bliższego ich czasom roku 1970. Triumfująca, radziecka socjalistyczna gospodarka, z powodzeniem cywilizowała najbardziej nieprzyjazne rejony kraju. Współpraca międzynarodowa, w ramach której założono stałe bazy na Księżycu, kręci się pomyślnie dzięki państwom socjalistycznym. Podczas prac na Syberii odnaleziono kawałek metalu, całkowicie nieznany ludzkości, będący pozostałością meteorytu tunguskiego w 1908 roku. Zaprzęgnięte do pracy sztaby naukowców i mózgów elektronowych, po obliczeniu domniemanej trajektorii lotu meteorytu, doszli do wniosku, że kawałek metalu to pozostałość statku kosmicznego z Wenus, który rozbił się na naszej planecie. To spowodowało podjęcie decyzji o pierwszym, międzyplanetarnym, załogowym locie na Wenus. Załoga statku kosmicznego Kosmokrator, została złożona z przedstawicieli Japonii, USA, Polski, ZSRR, Indii, Niemiec, Chin i jednego z krajów Afryki. Astronauci, spodzewając się ujrzeć pod powłoką chmur zaawansowaną, kwitnącą cywilizację Wenusjan, zobaczyli czerniejące, radioaktywne zgliszcza wenusjańskiej technologii, obrócone w perzynę. Wniosek nasunął się sam - mieszkańcy Wenus planowali inwazję na Ziemię, lecz pieczołowicie gromadzony arsenał wykorzystali w bratobójczej walce...
Stanisław Lem wielokrotnie podkreślał, że powtykane w powieść ideologiczne peany na cześć jedynie słusznego komunizmu, już podczas pisania traktował wyłącznie jako pokazowy serwitut dla władzy, by jego twórczość spełniała statystyczną normę prawomyślności. Scenarzyści "Milczącej gwiazdy", przytomnie zrezygnowali z przeterminowanej, socrealistycznej otoczki. W powieści, całemu atomowemu złu winny jest krwiożerczy kapitalizm; film odchodzi od tych absurdów, na rzecz jakże wówczas aktualnego apelu o rozbrojenie atomowych mocarstw. Idea szlachetna, lecz przedstawienie jej na ekranie to kolejne potwierdzenie, dlaczego Stanisław Lem tak bardzo nie lubi ekranizacji swoich powieści. Zamiast pokierować aktorami jak należy, Kurt Maetzig poustawiał przed kamerą figurki, ulepione z samych wzniosłych idei, polane gęstym, niezdatnym do przełknięcia, moralitetowym sosem. Postaci na ekranie są pozbawione życia i energii, nie mówiąc już o dowcipie czy autoironii. Szczególnie celuje w tym Yoko Tani w roli atrakcyjnej, japońskiej pani doktor, z wiecznie cierpiącym wyrazem twarzy, pozostałością po traumatycznych wydarzeniach Hiroshimy oraz śmierci męża na Księżycu.
Aktorstwo w "Milczącej gwieździe" to podręcznikowy przykład "akademii ku czci z pokazem artystycznym". Skutkiem takiej reżyserii (lub raczej jej braku) jest właściwie całkowita obojętność widza na to, czy nasi bohaterowie wrócą cało z Wenus, czy też nie. W tym międzynarodowym sosie, na szczęście tkwił tylko jeden polski aktor, Ignacy Machowski w roli inżyniera pokładowego (wiele lat później zagrał on ojca Kasi Pióreckiej w serialu "Zmiennicy" Stanisława Barei). Z rodzimych artystów w rolach drugoplanowych, widać na ekranie jeszcze Lucynę Winnicką, w roli dziennikarki Interwizji. To już była straszna rozrzutność Maetziga, gdyż ta wybitna aktorka z całym wianuszkiem wspaniałych ról w kinie polskim, zagrała w "Milczącej gwieździe" praktycznie tylko ładny ozdobnik i nic więcej.
Strona wizualna filmu to najprawdziwsze muzeum wyobraźni SF, które mogło poruszyć tylko ówczesnych widzów. Potwierdza się stara prawidłowość, że scenografia w filmach science fiction starzeje się tym szybciej, im bardziej nowocześnie chce wyglądać. Dla współczesnego widza widok wnętrza Kosmokratora to ramotka, nad którą trudno przejść do porządku dziennego bez uśmieszku na twarzy. Mózg elektronowy statku, noszący nazwę Marax, może wykonać zawrotną ilość 5 mln operacji na sekundę. Urządzenia pokładowe to obowiązkowe zestawy mrygających światełek, bądź ekranów, wyświetlających abstrakcyjne wzory. Patrząc na niego, nagle mnie olśniło, skąd twórcy starego, choć wciąż przeuroczego telewizyjnego programu "Przybysze z Matplanety", zerżnęli widok komputera, przemawiającego do Sigmy i Pi. W jednej ze scen mamy także pokazaną nieważkość. Niestety, pasy bezpieczeństwa są unoszone na ewidentnie widocznych linkach.
Ale mówiąc poważnie, pamiętać należy, że "Milcząca gwiazda" była właściwie prekursorskim widowiskiem SF w naszej kinematografii. Wczuwając się w widza sprzed 40 kilku lat, trzeba jasno powiedzieć, że wizja wspaniałego polskiego scenografa Anatola Radzinowicza (oraz Niemca Alfreda Hirschmeiera), musiała robić wrażenie i to niemałe. Wenusjańskie plenery, dziwaczne konstrukcje, pokrywające powierzchnię zniszczonej planety, jak na ówczesne czasy stanowiły wybitne osiągnięcie, podobnie rzecz miała się z wnętrzami Kosmokratora. Takiego wyobrażenia o dekoracjach do filmu SF nie ma już nikt, ale do tego fantastyka kosmiczna musiała dojrzeć, dzięki właśnie takim próbom artystów ekranu z lat minionych.
Zresztą porównując oprawę plastyczną "Milczącej gwiazdy", z wyglądem serialu "Star Trek", którego produkcję rozpoczęto w USA pięć lat później, można dojść do wniosku, że naszym artystom wyobraźni nie brakowało i - pomimo opóźnienia cywilizacyjnego - wizje scenograficzne po obu stronach żelaznej kurtyny były momentami łudząco podobne. Skoro jesteśmy przy porównaniach wschodu z zachodem, także efekty specjalne w "Milczącej gwieździe", były jak na tamte lata (i możliwości techniczne) dość zaawansowane. Optyczne łączenie zdjęć miniatur z żywą akcją, zostało wykonane bez zarzutu, jedynie samo użycie miniaturowych dekoracji kosmodromu, aż krzyczy naiwnością i brakiem wiarygodności. Nagrodzone Oscarem efekty Waha Changa i Gene'a Warrena do powstałego w tym samym roku w USA "Wehikułu czasu", wbrew pozorom wcale nie sprawiają wrażenia bardziej zaawansowanych. Kilku amerykańskich krytyków napisało nawet, że "Milcząca gwiazda" to najlepiej wyglądający kosmiczny film SF tamtych lat, wyprodukowany poza Hollywood.
"Milcząca gwiazda" istnieje w dwóch wersjach montażowych, (81 i 99 minut), z których o tej dłuższej krążą nie zawsze potwierdzone informacje. Amerykanie, przygotowując film do dystrybucji w USA (pod tytułem "First Spaceship on Venus"), dokonali wielu drastycznych zmian, m.in. wymienili narodowości większości członków załogi na amerykańskie, oraz usunęli wszelkie aluzje do tragedii Hiroshimy. "Milcząca gwiazda" otworzyła serię ekranizacji prozy Stanisława Lema, kontynuowaną przez Andrzeja Wajdę ("Przekładaniec"), Andrieja Tarkowskiego ("Solaris"), Marka Piestraka ("Test pilota Pirxa") czy niedawno Stevena Soderbergha i Jamesa Camerona, dokonujących trzeciej adaptacji "Solaris". Film Kurta Maetziga, jest z pewością słabszy od wszystkich tu wymienionych. Stanisław Lem dosadnie określił go jako "dno dna" oraz "bełkotliwy, socrealistyczny pasztet". No, cóż, Mistrz z Krakowa nigdy nie przebierał w słowach, choć z drugiej strony on sam sprzedawał prawa do ekranizacji ludziom, którzy raczej nie powinni tego robić... Obecnie "Milczącą gwiazdę" cechuje już tylko unikalna i trudna do podrobienia atmosfera starego, naiwnego kina SF, którego wartość obecnie mogą docenić chyba tylko zagorzali fani lub historycy gatunku. Jest to też z pewnością jeden z najtrudniejszych do zdobycia filmów wg prozy Lema (choć dostępny jest w zagranicznych sklepach internetowych, niestety tylko z niemieckim dubbingiem i bez napisów). Ja sam zdobyłem go przypadkiem, od Jana Sladecka, czeskiego fana filmów SF (wielkie dzięki!), który zresztą posiadał wyłacznie jego niemieckojęzyczną wersję, nagraną z niemieckiej telewizji MDR i z której to kopii, fotki w niniejszej recenzji prezentuję...
przeczytaj także:
Ekranizacje twórczości Stanisława Lema
 |
MILCZĄCA GWIAZDA
tytuł niemiecki - Der Schweigende Stern
wytwórnia - DEFA, Roter Kreis - NRD, Zespół Filmowy "Iluzjon" - Polska, 1960
reżyseria - Kurt Maetzig
asystent reżysera - Hieronim Przybył, Doris Borkmann
scenariusz - Jan Fethke, Wolfgang Kohlhaase, Gunter Reisch, Gunther Rucker, Alexander Stenbock-Feromor, Kurt Maetzig
wg powieści - "Astronauci" Stanisława Lema
zdjęcia - Joachim Hasler
muzyka - Andrzej Markowski
montaż - Lena Neumann
scenografia - Anatol Radzinowicz, Alfred Hirschmeier
efekty specjalne - Ernst Kunstmann, Jan Olejniczak
wystąpili:
Yoko Tani (Sumiko, japońska pani doktor)
Oldrich Lukes (Hawling, amerykański fizyk)
Ignacy Machowski (Sołtyk, polski inżynier)
Julius Ongewe (Tulus, afrykański astronauta)
Michaił Postnikow (Arseniew, radziecki astronauta)
Kurt Rackelmann (Sikarna, indyjski matematyk)
Gunther Simon (Brinkmann, niemiecki pilot)
Tang Hua-Ta (Tschen-Yu, chiński lingwista)
Lucyna Winnicka (reporterka TV)
Stanisław Igar (naukowiec)
Józef Pieracki (naukowiec)
|
|
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI
|