MILLENIUM ACTRESS


Czy złapać króliczka, czy gonić go?
"Millenium Actress" to jeden z tych filmów, który przybliża nas do odpowiedzi,
ale jej nie daje...



W 2003 roku jeden z tematów na maturze z języka polskiego brzmiał: "Bywają takie spotkania, które w jednej chwili odmieniają ludzkie życie". Żadna powieść, ani film, nie pasowałyby bardziej do zilustrowania powyższej tezy, jakby powiedziała pani uczycielka, niż dzieło Satoshiego Kona. Gdybym obejrzał "Millenium Actress" zaraz po premierze, na pewno nie omieszkałbym wykorzystać tego anime w swojej pracy maturalnej. Być może, w celu wyczerpania tematu, musiałbym się nawet ograniczyć do analizy tego, jedynego filmu.

Chiyoko Fujiwara, odkąd trzydzieści lat temu zakończyła swoją bujną aktorską karierę i wycofała się z życia towarzyskiego stolicy, mieszka na odludziu, stroniąc od blasku fleszy. Ale chociaż bohaterka z zasady nie udziela nikomu wywiadów, to pewien zafascynowany jej talentem i minioną urodą reżyser, Genya Tachibana, pragnie za wszelką cenę przygotować film dokumentalny na temat tej już zapomnianej gwiazdy. Idealnym pretekstem wydaje się zwrot cennej dla Chiyoko pamiątki, odnalezionej przy okazji rozbiórki legendarnego studia filmowego, w którym występowała. Widok souveniru, którym okazuje się zwykły kluczyk od szkatułki, prowokuje bohaterkę do wspomnień...


  


Od tego momentu widz przenosi się w czasie i przestrzeni razem z reżyserem i jego kamerzystą, którzy wędrując pośród reminiscencji Chiyoko, stając się niemalże ich interaktywną częścią. Okazuje się przy tym, że to właśnie przeżycia z przeszłości, wciąż jeszcze intensywne i żywe w jej pamięci, stanowiły siłę i źródło talentu aktorki, która w kolejnych filmowych produkcjach odgrywała po prostu sceny ze swojego życia, oddając przy tym stan emocjonalny, który towarzyszył jej przez całą karierę - poczucie niespełnienia, oczekiwania i tęsknoty za utraconym.

Jednak gdyby nie spotkanie z tajemniczym nieznajomym, to życie Chiyoko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Pewnie nawet nigdy nie wystąpiłaby w żadnym filmie. Oglądając ją teraz, jako pogodzoną ze sobą sędziwą staruszkę, opowiadającą o swoich losach, mimowolnie zastanawiamy się, czy robiąc u kresu swoich dni swoisty rachunek sumienia, ani przez chwilę nie wzbierze w niej gorycz żalu? Czy nie zwątpi w słuszność drogi, którą obrała? Czy piękny, choć nieosiągnięty cel wart był tego, by się dla niego poświęcić? Czy jednak czasami, przez te wszystkie lata, nie żyła zwykłą iluzją, która niczym w koszmarnym śnie wymykała jej się za każdym razem, kiedy już wydawała się w zasięgu ręki? A może realne są tylko uczucia i nieważne, czy odpowiadają prawdziwym czy też nieprawdziwym bodźcom? Przecież i tak nigdy nie kocha się drugiego człowieka, tylko swoje wyobrażenie o nim.


  


Chociaż Genya Tachibana nie przeżywa podobnych rozterek, ponieważ obiekt, który obdarzył miłością, zdaje się w zupełności odpowiadać jego wyobrażeniu o nim, to i tak przepełnia go żal i frustracja. Tym większa, że akurat jego marzenie nigdy nie było mrzonką niemożliwą do spełnienia, ale czymś wręcz boleśnie namacalnym, choć dla niego nieosiągalnym. On sam, w miarę oglądania filmu i poznawania kolejnych faktów z życia bohaterów, staje się postacią coraz bardziej tragiczną, choć niekiedy skrzętnie ukrytą pod maską błazna. Ale i jego postawa życiowa nie poddaje się ani jednoznacznej krytyce, ani aprobacie. W końcu poczucie szczęścia nosi się w sobie, a dążenie do celu może kogoś uszczęśliwiać znacznie większym stopniu, niż jego osiągnięcie. Poza tym, czasami od zdobycia ukochanej osoby ważniejsze jest uchronienie jej przed głębokim skrzywdzeniem i dotkliwym rozczarowaniem.

Aktywność artystyczna bohaterki przypada akurat na początek i czas rozkwitu twórczości Akiry Kurosawy, przez co w "Millenium Actress" znajdziemy bardzo wiele odniesień do dzieł mistrza z tego właśnie okresu (szczególnie rzucają się w oczy analogie do "Tronu we krwi"). Ale Chiyoko przez te wszystkie lata wystąpiła w wielu różnych, także mniej ambitnych produkcjach, które wszystkie razem składają się na historię japońskiej kinematografii. Sama fabuła nawiązuje zaś do klasyki światowego kina, nie tylko amerykańskiego, ale przede wszystkim radzieckiego. Główny wątek nieszczęśliwej, wojennej miłości jest jakby żywcem wyjęty z filmu "Lecą żurawie" Michaiła Kałatozowa. Widać też literackie inspiracje Szekspirem (co oczywiste, zważywszy na powiązania "Tronu we Krwi" z "Makbetem") czy nawet pisarstwem Edith Wharton - "Millenium Actress" kończy się podobną puentą jak "Wieku niewinności".


  


Bohaterowie, jak to zwykle bywa u Satoshiego Kona, zostają nakreśleni w sposób bardzo realistyczny. Ich osobowości, uczucia, motywacje są bardzo ludzkie i nie mają nic wspólnego z bajkowymi postaciami o papierowych charakterach. Świat przedstawiony, chociaż animowany, ma za zadanie imitować rzeczywistość, w związku z czym obserwując losy i poczynania Chiyoko odnosi się wrażenie obcowania z żywym człowiekiem. Tylko humorystyczne wstawki z udziałem Tachibany są nieco przerysowane, ale przez to zabawne i rozładowujące miejscami naprawdę ciężką i przygnębiającą atmosferę.

Grafika dobrze wkomponowuje się w ten quasi-realizm, aczkolwiek nie rzuca na kolana, pełniąc tylko funkcję służebną w całej opowieści. Zarówno wszystkie postacie jak, i tła narysowane są bardzo starannie, animacja wykonana została bez zarzutu, ale nie ma w tym ani jakiegoś szczególnego pietyzmu, ani tym bardziej artystycznego rozmachu. Ot, po prostu poprawnie wykonana robota. Nie jest to powód, żeby obniżać ocenę całości, ale przypuszczam, że gdyby jakość graficznego wykonania dorównywała fabule, to film "Millenium Actress", chociaż i tak nie przeszedł bez echa, mógłby liczyć na znacznie większy rozgłos i osiągnąć światowy sukces.


  


Podobnie rzecz się ma z muzyką, która została tak dobrana, aby pełnić rolę tła wydarzeń, a nie wybijać się na pierwszy plan. Oczywiście dzieje się tak z korzyścią dla przekazywanych treści, które niczym niezakłócone, tym bardziej przykuwają uwagę widza. Nie zmienia to jednak faktu, że przydałby się jakiś chwytliwy, wpadający w ucho motyw muzyczny, najlepiej powtarzający się przez cały seans, który widz mógłby potem skojarzyć sobie z obejrzanym anime i gwizdać pod nosem w wolnych chwilach. Czym w końcu byłyby "Gwiezdne wojny", "Indiana Jones" czy "Szczęki", bez tematów skomponowanych przez Johna Williamsa?

"Millenium Actress" idealnie podsumowują ostatnie słowa pana Ignacego Rzeckiego (dla niewtajemniczonych - bohatera "Lalki" Bolesława Prusa vel Aleksandra Głowackiego): "Czy ja to wszystko istotnie widziałem, czy mi się tylko śniło?" Sposób prowadzenia fabuły - przeplatanie rzeczywistości scenami z filmów, w których zagrała bohaterka - stwarza wrażenie uciekającego życia. Przed widzem wartko przewijają się kolejne obrazy, dopóki film-życie nie dobiegnie końca...




MILLENIUM ACTRESS

Rok produkcji: 2001, Japonia
Czas trwania: 87 min.
Reżyseria: Satoshi Kon
Scenariusz: Satoshi Kon, Sadayuki Murai
Muzyka: Susumu Hirasawa
Projekt: Satoshi Kon, Takeshi Honda

Głosy podkładali:

Fumiko Orikasa (nastoletnia Chiyoko), Mami Koyama (dorosła Chiyoko), Miyoko Shoji (starsza Chiyoko), Shozo Iizuka (Genya), Shoko Tsuda (Eiko), Masane Tsukayama (Scarface), Hirotaka Suzuoki (Otaki), Masaya Onosaka (Kyoji), Naoko Kyooda (matka Chiyoko), Kouichi Yamadera (mężczyzna z kluczem)
e-mail Autor recenzji gościnnej: Hitori Okami Moja ocena: 10/10 
Klub Miłośników Filmu, 6.10.2011 STRONA GŁÓWNA KMF | WIĘCEJ RECENZJI ANIME



Podziel się