METAFORA POPIEPRZONA
Zwykle kampania promocyjna filmu ma za zadanie sugerować widzowi, że
obraz będzie o niebo lepszy, niż jest w rzeczywistości.. Promocja
"Miłości na żądanie" to ciekawy przykład działań wręcz odwrotnych.
Dystrybutor robił przez ostatnie tygodnie wszystko, co było w jego mocy,
aby zinfantylizować swoją propozycję i dostosować ją do oczekiwań
widzów, którzy w połowie lutego mają rzekomo w głowach tylko serduszka i
amorki. Proces wtłaczania filmu we wściekło – lukrowany romantyczny
szablon rozpoczęto od zmiany mało chwytliwego tytułu "Jeux d'enfants"
("Dziecięca gra") na wziętą z sufitu "Miłość na żądanie". Następnie w
miasto poszły cytaty z prasy zagranicznej jakoby film "stał w jednym
szeregu z >>Amelią<<". Zwieńczeniem tej promującej romantyczne związki
kampanii stał się zaś przecudny różowo – niebieski plakacik
przedstawiający parę wymieniającą płyny ustrojowe w strugach deszczu.
Kto więc najpewniej wybierze się do kina obejrzeć "Miłość na żądanie"?
Odpowiedź A: nikt
Odpowiedź B: te szczęśliwe pary, które zobaczyły już wszystkie
tegoroczne rewelacje oscarowe
Odpowiedź C: miłośniczki dominacji koloru różowego w konfekcji
damskiej
Tymczasem nic bardziej mylnego. "Miłość na żądanie" to kino niezwykle
specyficzne. Nie każdemu widzowi spodoba się zapewne cała masa
fabularnych niedorzeczności beztrosko płynących po srebrnym ekranie. Nie
każdemu spodoba się także dzika metaforyka francuskiego reżysera -
debiutanta Yanna Samuela. Kto jednak znajdzie już raz swoje miejsce w
tej oryginalnej historii, ten z pewnością doceni "Miłość na żądanie",
nie zwracając uwagi na zabiegi marketingowe. Te zaś, z racji okołowalentynkowej daty premiery filmu, nie są chyba niczym dziwnym.
Tymczasem historia "dziecięcych gier" Juliena i Sophie to grubymi nićmi szyty, fascynujący filmowy symbol.
Zabawa zaczyna się w dzieciństwie. Dwoje dzieci – oryginałów
osamotnionych nieco w szarej, szkolnej rzeczywistości – zaprzyjaźnia
się. Ich związek cementuje rodzaj odważnej gry polegającej na rzucaniu
sobie nawzajem czasem trudnych, czasem szalonych, a z biegiem czasu
coraz bardziej perwersyjnych wyzwań. Symbolem przyjęcia zadania jest
przekazanie w ręce przeciwnika kolorowego pudełka w kształcie karuzeli.
A czynności tej towarzyszy coraz bardziej sakramentalne z biegiem filmu
pytanie: "GRASZ?".
"GRAM!" – odpowiada zawsze przeciwnik. I wykonuje
kuriozalne zadanie, jak np. radosne zsikanie się w pokoju dyrektora, czy
rzucenie paroma przekleństwami w czasie lekcji francuskiego. W tym
miejscu sławetna część obrazu nawiązująca stylistyką i sposobem narracji
do miłosnych uniesień Amelii powoli zaczyna się kończyć. Bohaterowie z
dnia na dzień (dosłownie i w przenośni) dorastają, lecz studencka miłość
nie pojawia się. Zamiast tego drastycznej zmianie ulega charakter gry.
Kolejne wyzwania mają za zadanie zranić drugą stronę rozgrywki. Pytanie
"GRASZ?" jest więc niczym sztylecik wbity w wątrobę oponenta. Z biegiem
czasu jednak bohaterowie, raniąc się coraz mocniej, stają się po prostu
zmęczeni tym nieustannym pojedynkiem. Gra zmierza w ten sposób w
kierunku ostatecznych rozstrzygnięć. Może śmierć rozwiąże problem? Może
Sophie powinna stanąć na torach kolejowych i zaczekać na przejeżdżający
pociąg?
Pełnometrażowy debiut Yanna Samuella jest więc
ekscentryczną, przerysowaną, lecz przy tym również niezwykle trafną i
łatwą do odczytania metaforą związków międzyludzkich. Miłość Juliena i
Sophie zmierzyć się musi najpierw z ich własnymi ograniczeniami. Uczucie
ma za zadanie zatriumfować nad listą wzajemnych żądań i oczekiwań. Czas
wyzwań kiedyś musi się zakończyć, aby zacząć mógł się czas ustępstw i
wspólnoty. A zapewniam, że tak dosłownego przedstawienia aktu
SCEMENTOWANIA miłości w kinie jeszcze nie było.
W głowie reżysera i scenarzysty "Miłości
na żądanie" panował chyba w trakcie pisania rodzaj bardzo egzotycznego i
szalenie osobistego twórczego bałaganu. Absurd powyższy, prezentowany na
dużym ekranie, zdaje się jednak czarować i uwodzić widza. Pozorna
naiwność fabuły na naszych oczach przemienia się bowiem w symbolizm.
Symbolizm często kiczowaty, wyolbrzymiony i urągający zdrowemu
rozsądkowi. Zabieg to rzadki i – z tego tytułu – jednocześnie cenny we
współczesnym kinie. I jeśli komuś różowo – niebieskie plakaty
niestraszne, niech czym prędzej spróbuje wejść w tę nietuzinkową
rzeczywistość srebrnego ekranu. A jako że w warstwie fabularnej (i tu
dystrybutor faktycznie miał rację) "Miłości na żądanie" zdecydowanie
bliżej jest do kultowego "Trainspotting", niż do poetyckiej "Amelii",
taka próba okazać się może dość ciekawym doświadczeniem...
Metafora,
przerysowanie i - na zewnątrz idiotyczna, wewnątrz zaś bardzo
konsekwentna - poetyka srebrnego ekranu – jeśli tak zaczyna Yann Samuell
to aż strach się bać, co będzie dalej. A tymczasem na drobną niespójność
filmu czy też nierówne miejscami prowadzenie aktorów proponuję przymknąć
oko. Nie od razu wszak ARKADIĘ*
zbudowano ...
*Arkadia
– warszawskie centrum rozpusty wszelakiej
8\10
Miłość na żądanie
("Jeux d'enfants",
"Love Me If You Dare")
BELGIA, FRANCJA, 2003 | czas trwania: 93 minuty
| premiera w Polsce: 4.02.05 | dystrybutor: MONOLITH PLUS |
|
 |
Scenariusz i reżyseria:
Yann Samuell
Zdjęcia: Antoine Roch
Muzyka: Philippe Rombi
Scenografia: Jean Michel Simonet
OBSADA:
MARION COTILLARD (jako SOPHIE)
GUILLAUME CANET (jako JULIEN)
EMMANUELLE GRONVOLD (jako MATKA JULIENA)
GERARD WATKINS (jako OJCIEC JULIENA)
GILLES LELLOUCHE (jako SERGUEI)
LAETIZIA VENEZIA (jako CHRISTELLE) |
 |
| Autor recenzji
:
Jacek Kozłowski - SENK |
|
Klub Miłośników Filmu |
06.II.2005
|