Misja Morricone
czyli pewnego razu w dzikim Krakowie...

Ledwo minął miesiąc od 22. Zjazdu, a KMF znalazł kolejną okazję, by się spotkać. Tym razem był to występ słynnego włoskiego kompozytora filmowego Ennio Morricone w czwartek 7 czerwca w Krakowie. Pomimo tak wielu czyhających za każdym rogiem i w co drugiej toalecie (?) niebezpieczeństw współczesnego świata, na miejscu stawiła się liczna ekipa Klubowiczów (12 osób: Dziadek, Grail, Hunter, Dobermann, Deina, Kelley, Alieen, Karol, Beowulf, Dagmara, Artemis i Bocian). Zjechali się także: Vera i ShOOmir (znowu nie przyjechał żukiem...) oraz dawno niewidziana stała współpracowniczka Arrakin - miłośniczka mangi i anime. Co ciekawe napatoczyła się drugiego dnia w barze wietnamskim. W sumie mało to ciekawe, bo anime raczej nie powstaje w Wietnamie. Karol przywiózł jeszcze dwie koleżanki (Zośka i Ewka - pozdrowienia!), ale po kilku godzinach w naszym towarzystwie stwierdziły, że zwiedzanie miasta jest ciekawsze ;).
Pomysłodawcą całego zajścia był Dziadek, który w swej nieskończonej naiwności myślał, że jak zaprosi KMF do siebie na takie wydarzenie, to przyjadą mu 2-3 osoby ;). Plusem jego pomyłki był nocleg w całkiem przytulnej kamienicy na Kazimierzu, zamiast szerokiego wachlarza krakowskich mostów. Na koncert należało się udać przynajmniej 1,5 godziny wcześniej (o 21:00 zaczynała się cała impreza) żeby znaleźć sensowne miejsce na krakowskim rynku (wstęp był wolny). W oczekiwaniu na występ słynnego w niektórych kręgach Ennio (Hunter np. dociekał czy to czasem nie będzie występ Enyi, a Dziadek stawiał na Enrico Palazzo ;) pośmialiśmy się jeszcze trochę z siebie i przechodzących Krakusów (Artemis z Verą dokonały nawet rozboju na przechodzącym obok dziecku i zabrały mu papierową koronę ;), natomiast Deina zmieniła szpilki na niebieskie tenisówki, co by dodać kolorytu zbliżającemu się wydarzeniu ;). Koncert okazał się przyjemny, ale bez rewelacji. Wielu sądziło, że będzie widowiskowo i z przytupem, a ostatecznie zabrakło nawet westernowych kawałków. Zamiast tego maestro zafundował nam muzykę "spokojniejszą" (lub pogrzebową, jak to stwierdził Dziadek). Zaczął od oratorium "Pieśń o Bogu ukrytym" popartym recytacją Jerzego Treli. Później poleciały utwory z "Karola: człowieka który został papieżem" oraz "Karola: papieża, który pozostał człowiekiem". Trwało to dosyć długo i w pewnym momencie zaczęliśmy podejrzewać, że trafiliśmy na zły koncert i słuchamy "Best of Karol" ;). Najlepsze jednak Ennio zostawił na sam koniec. Kolejno: "Dawno temu w Ameryce" (Deina omal nie pękła z radości słysząc to na żywo ;), "Vatel", "Ofiary Wojny" oraz "Misja". Niestety nagłośnienie było dość średnie, przez co najlepszy fragment koncertu został wyzbyty odpowiedniej potęgi. Mistrz zebrał gorące owacje, po czym na bis zaserwował fragment "Pieśni o Bogu ukrytym"... No cóż, nie każdy może dostać to, czego chce - po występie reakcje Klubowiczów były różne, jednak najbardziej zawiedziony zdawał się być Hunter, który przez cały czas czekał na motyw przewodni z Indiany Jonesa ;). Niemniej jednak dla samej "Misji" warto było uczestniczyć w tym wydarzeniu, nie wspominając już o możliwości ujrzenia na żywo jednej z legend muzyki filmowej.
Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
Po koncercie tłumnie udaliśmy się do krakowskiego przybytku o dumnie brzmiącej nazwie "Wręga", z której wróciliśmy do mieszkania Dziadka o stosunkowo późnej porze, uważając przy tym na straszliwą landlady czającą się w zakamarkach klatki schodowej (do tematu tajemniczej landlady jeszcze wrócimy ;). Niestety nie wszyscy mieli wolny piątek i część osób (Vera, Dobermann, ShOOmir) musiała wracać jeszcze tej nocy. Zatem kulturalnie ich pożegnaliśmy, ktoś ponoć nawet pokazał ShOOmirowi gest Kozakiewicza na dobrą drogę... Natomiast większość pozostała w Krakowie aż do soboty...


De Ring Of Fajer...

A w sobotę miejscami naszego pobytu były: wietnamska restauracja, Galeria Kazimierz, ogródek piwny przy hotelu Astoria oraz - a jakże - imprezowe, przestrzenne mieszkanie Dziadka :). W wietnamskiej restauracji spotkaliśmy Kobietę-Ojoj, czyli Arrakin (jak już wspominaliśmy na początku tej minirelacji), dowiedzieliśmy się, ze Babilończycy potrafili liczyć tylko do 164 (po wybudowaniu tylu pięter wieży Babel nie wiedzieli co dalej czynić, więc poszli budować coś innego ;), a Alieen został uświadomiony, że sos pięciu smaków to nie pięć różnych sosów, a jeden: słodko-kwaśno-słono-gorzko-ostry, czyli ogólnie kurczaka to mu chyba wodą polali ;). Do Galerii Kazimierz udaliśmy się na pyszne lody - na miejscu co niektórzy wpadli na pomysł rozkręcenia własnego interesu przysmakowego, gdzie w menu znajdowałyby się takie rarytasy jak lody o smaku ryby czy wątróbki oraz lemoniada o smaku schabowego ;). Natomiast w ogródku piwnym delektowaliśmy się... piwem (oryginalnie) i odpoczywaliśmy przed nocną imprezą w dziadkowej kamienicy, ochrzczonej przez kogoś KMF-ową meliną ;). W międzyczasie doszło też do fuzji Karola z Artemis, i tak oto powstał... Klarol ;). Chcielibyśmy napisać, że mieszkanie Dziadka pękało w szwach (mieszcząc ponad 20 osób), ale że było to mieszkanie stosunkowo duże i przestronne, to tego nie napiszemy ;). Prócz KMF-owej braci pojawili się na imprezie tacy znamienici goście, jak Koxu, czyli człowiek strzelający śmiechem, Fabian, czyli emerytowany Wolverine czy Kuba, czyli... emerytowany rycerz ;). W jednym z pokoi średnio raz na 10 minut dało się słyszeć utwór "Up is down" z najnowszej części "Piratów z Karaibów", jednak prawdziwym hitem wieczoru okazał się "Ring Of Fire" Johnny'ego Casha (który w godzinach porannych znalazł idealnego fana w postaci Alieena wykonującego coraz to nowsze covery z niesłabnącą pasją i zaangażowaniem) oraz "Raindrops keep falling on my head" z performance'em Dziadka i Beowulfa (pod parasolem i przy - nie wiadomo dlaczego - wiatraku ;). Prawdziwy hardcore zaczął się dopiero po tym, jak wyrzuciliśmy wszystkich znajomych Dziadka ;). Na fali ostatnich filmów o superbohaterach, trójka Klubowiczów postanowiła dźwigać brzemię herosów walczących o dobro ludzkości (?). I tak powstali: Człowiek-Chewbacca a.k.a. Człowiek-Naszyjnik a.k.a. Pankracy (Alieen), Człowiek-Kołchoz a.k.a. Ja Yeti (Dziadek) oraz Człowiek-Karimata a.k.a. Karimata-san (Beowulf). Trójkę tych jakże durnych superbohaterów przyjmujących równie durne pozy uwiecznił aparatem wielce zdumiony Kelley. A na drugi dzień wszyscy szybko i sprawnie od Dziadka uciekli, żeby uniknąć straszliwej landlady, hihi.
Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
Karol, Zośka, Ewka, Hunter, Kelley, Bocian, Dejna, Artemis, Beowulf i Arrakin
Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
W środku Polish Brokeback Mountain, a po bokach komiksowi superbohaterowie
Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
Dziadek kontra wiatrak, komiksowe duo i atak Człowieka-Karimaty na Karola
Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
Dziadek Sanchez, Brokeback Beowulf, gitarzysta Kelley i posiłek Pankracego
Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
Człowiek-Karimata z dzieckiem, śpiący Alieen Kłapouchy, Davy Jones dla ubogich
i performance "Raindrops keep falling on my head"
P.S. Rozwijając temat tajemniczej landlady warto dodać fakt, iż Dziadek po zorganizowaniu tego dość wesołego spotkania został przez nią z mieszkania eksmitowany - klubowy kolega jednak szybko nas uspokoił, że z landlady miał już na pieńku od dawna i przez długi czas psychicznie przygotowywał się na to wydarzenie, heh. W każdym razie jeśli ktoś ma w Krakowie jakieś mieszkanie do wynajęcia, to proszę kontaktować się e-mailowo z Dziadkiem ;))).

P.S. 2. Pozdrawia Was Michał... ;)
e-mail Autor tekstu: BEOWULF
Zdjęcia: ZOŚKA

STRONA GŁÓWNA | SPOTKANIA KMF