"Misja" Rolanda Joffé jest filmem
wyjątkowym. Przede wszystkim opowiada o Wierze, czyli czymś w pędzie
dzisiejszego życia wręcz nieproszonym, Wierze przez duże "W". Po drugie,
podejmuje temat trudny, którego być może nigdy nie rozwikłamy: pojedynek
pomiędzy zaufaniem i pokojem a walką o wolność z mieczem w ręku. Po
trzecie, należy do tej rzadkiej, prawie niespotykanej grupy filmów,
które poruszają i wzruszają widzów od najmłodszych do najstarszych.
Można śmiało powiedzieć, że jest to arcydzieło, obraz wybitny, nie do
zapomnienia. To dla takich utworów nie lubimy, lecz kochamy X muzę. Dla
utworów, które łączą wszystkie zmysłowe walory (zdjęcia, scenografię,
muzykę...) z głębokim duchowym przeżyciem. "Misja" jest filmem, po
którym można się nawrócić, sięgnąć po Biblię, zacząć myśleć o sile
miłości, miłosierdzia i sensie cierpienia.
Głównymi bohaterami są ojciec Gabriel (Jeremy Irons), twórca misji na
pograniczu Paragwaju i Argentyny, oraz handlarz niewolników Rodrigo
Mendoza (Robert De Niro), który po zabójstwie swojego brata nawraca się i
wstępuje do zakonu Jezuitów. Akcja toczy się wokół konfliktu pomiędzy
misją a europejskimi plantatorami kłócącymi się o granice. Z tego powodu
osada nawróconych Indian, wznosząca się nad wodospadami, ma zostać
zlikwidowana; Jezuici będą musieli powrócić do miast, a tubylcy - do
dżungli. Jednak ani jedni, ani drudzy nie chcą się na to zgodzić. Będzie
więc trzeba misję zlikwidować siłą. Mendoza i kilku innych księży bierze
broń do ręki i rusza do obrony, jednocześnie wypowiadając posłuszeństwo
Gabrielowi, który gromadzi się w kościele i postanawia zwrócić się w
modlitwie ku Bogu...
"Misja" jest filmem o nawróceniu i
spełnieniu swojego powołania. Nawraca się Rodrigo, przedtem bezlitosny
handlarz, zawistny i samolubny człowiek, który nie waha się zabić
własnego brata. Nawracają się Indianie, prymitywni ludzie dżungli.
Umacniają też swoją wiarę Jezuici, którzy chyba do końca wątpili w
powodzenie Gabriela nad wodospadami. Przede wszystkim jednak obraz ten
stawia pytania o sens wiary, poświęcenia i męczeństwa, podążania drogą,
z której jest łatwo zboczyć, gdy nadchodzi słabość, a ścieżka zaczyna
się stromo piąć w górę.
Dla kogoś stojącego z boku, walka o misję może wydać się bezsensowna. "Co
może zrobić grupka zakonników i tłum dzikusów wobec zbrojnego ataku
żołnierzy?". Jest to pytanie, które zadajemy sobie przez cały czas.
Mnie, jako Polakowi, po części kojarzy się ono z burzliwą historią
naszego kraju, rozbiorami, I i II Wojną Światową. Jaki sens miało
buntowanie się przeciwko zaborcom, pielęgnowanie ojczystego języka,
czytanie polskich książek, nawoływanie do walki, jeżeli groził za to
Sybir i śmierć? Miało. Dawało nadzieję i wiarę. A walka Polaków podczas
II Wojny? Czy nie mogliśmy się poddać, jak np. Francja? Dlaczego
walczyliśmy? Dlaczego pozwoliliśmy zniszczyć Warszawę, gdy większość
miast ulegała napastnikowi? Co dostaliśmy za tę ofiarę? Sprzedano nas
Stalinowi. Czy było warto? A jednak było.
W dzisiejszym świecie obserwujemy
z jednej strony ucieczkę od cierpienia. Zauważa się tendencję
polegającą na tym, że zdrowy człowiek nie może ofiarować swojego życia
komuś innemu (głoszenie haseł pacyfistycznych i rozsyłanie ulotek jest
bezpieczniejsze; nikt nie myśli o, na przykład, Kubie i Korei, chyba, że
chodzi o bombę nuklearną), ale z kolei nienarodzone dzieci, które
'trafiły pod zły adres', muszą być usunięte, aby w przyszłości nie
zapełniać sierocińców i 'nie cierpieć'. Chcemy omijać szerokim łukiem
to, co zadaje ból, a później cieszymy się jak głupcy, że mieliśmy drobne
i wrzuciliśmy dwa złote do puszki dla głodujących dzieci w Afryce. Z
drugiej strony, są nadal tysiące, miliony ludzi, którzy wciąż myślą o
zachowaniu tradycyjnych wartości, wierzą w Boga, w sens cierpienia, nie
uciekają od tego, co ciężkie. Łatwiejsza droga rzadko prowadzi do
zbawienia. Ktoś powiedział, że nie sztuką jest nie bać się niczego,
sztuką jest zmierzenie się ze swoim strachem. I jest to święta racja.
Poświęcenie jest wielką rzeczą i wymaga wielkiej wewnętrznej siły. Nie
tylko w chrześcijaństwie. W chwili, gdy to piszę, TVN24 podaje
informację, że muzułmanie i Żydzi, tak samo jak katolicy, modlą się za
zdrowie Papieża Jana Pawła II. Dla mnie jest to dowód na istnienie
uniwersalnych wartości, którym warto pozostać wiernym, aż do śmierci.
Gabriel i Jezuici mogli uciec. Mogli się poddać, a mieliby nawet niezłe
wytłumaczenie: "musimy nieść Dobrą Nowinę innym, przepraszamy, może tym
razem się uda". Lecz nie zrobili tego. Dlaczego? Być może żyliby długo,
nauczali, nawracali. Byliby bohaterami, w końcu utworzona na wodospadach
misja, już była niezwykłym osiągnięciem. Ale tą jedną decyzją, opuszczeniem
tych, których przyrzekli strzec i oświecać, przekreśliliby sens swojej
wiary.
Czy Mendoza postąpił źle, biorąc
broń do ręki? Nie. Postąpił słusznie. Czy więc
Gabriel nie pomylił się, do końca wierząc, że modlitwa wszystko odmieni?
Skądże. Obaj zrobili tak, jak im podpowiadało serce. Zrobili to, co było
w ich mocy. Nie zwątpili. Nie poddali się. Genialne aktorstwo Jeremy'ego
Ironsa i Roberta De Niro podkreśla dosadnie, że ci dwaj, na pozór
zupełnie różni ludzie, są bardzo do siebie podobni. Gdyby nie byli,
Mendoza nigdy by się nie nawrócił. Bohaterów połączyła wiara i miłość do
Boga. Siła przebaczenia okazała się największą mocą (niezapomniana
scena, gdy Indianie rozpoznają w ubłoconym Mendozie handlarza). Czy są
wyidealizowani? Według mnie, nie. To po prostu niezwykle silni ludzie,
jedne z piękniejszych sylwetek w historii kina. Nigdy nie zapomnę
momentu, gdy oglądałem "Misję" po raz pierwszy. Miałem chyba z dziesięć
lat, może trochę więcej, w każdym razie byłem tak naiwny, że, poduczony
"Gwiezdnymi Wojnami", wierzyłem, że wszystko dobrze się skończy. Podczas
sceny, gdy Gabriel wychodzi z Indianami z kościoła, wśród kurzu i dymu,
i trafia w niego kula, ryczałem jak nigdy przedtem i potem na
jakimkolwiek filmie. Niemała w tym chyba zresztą zasługa porywającej,
niezapomnianej muzyki Ennio Morricone, autora jednego z największych i najlepszych
soundtracków w historii, który sam w sobie jest arcydziełem...
Gabriel i Mendoza nie poddali się, zginęli w kurzu i dymie, otoczeni
płomieniami liżącymi budowaną ich własnymi rękami osadę. Czy poza
męczeństwem coś osiągnęli? Tak. Przyznaje to na samym końcu kardynał
Altamirano, mówiąc: Ci księża nie żyją, ja zaś pozostałem przy życiu.
Lecz tak naprawdę, to ja umarłem, a oni wciąż żyją, bowiem ich duch
przetrwa w pamięci żyjących.
 |
MISJA
Mission
Reżyseria: Roland Joffé
Scenariusz: Robert Bolt
Muzyka: Ennio Morricone
Zdjęcia: Chris Menges
Wystąpili:
Robert De Niro .... Rodrigo Mendoza
Jeremy Irons ......... Father Gabriel
Ray McAnally .............. Altamirano
Aidan Quinn ...................... Felipe
Cherie Lunghi ................. Carlotta
Ronald Pickup .................. Hontar
Chuck Low ...................... Cabeza
Liam Neeson .................. Fielding
Bercelio Moya ............ Indian Boy
Klub
Miłośników Filmu | 09 IV 2005 |
|
| Autor recenzji:
Maciek Kukowski - Kakapo |