STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE

 

Tom Cruise powrócił jako agent Ethan Hunt! Ale ta informacja mało kogo wprawiała w specjalną ekscytację. Wiadomo, że z niegdyś najbardziej uwielbianego aktora świata przeistoczył się we wroga publicznego numer jeden, ale o tym pisze się już we wstępach każdej recenzji na jego temat od kilku lat, więc nie będę się powtarzać. Co gorsza jednak, to znienawidzenie bardzo odbiło się na wynikach finansowych filmów z Tomem w roli głównej. Nawet kolejna część popularnego w końcu cyklu „Mission: Impossible” nie zwiastowała żadnej zmiany w tej kwestii. Jednak informacje nadchodzące zza oceanu zaczęły zaskakiwać. Wyniki okazywały się nadzwyczaj dobre, choć niektórzy upatrują głównego powodu takiego stanu rzeczy w puszczanych przed "M:I" zwiastunach nowego filmu o Batmanie. Jednakże wraz z tymi wynikami przychodziły bardzo pozytywne recenzje wskazujące na ten film jako najlepszy akcyjniak ostatnich lat. Czy tak jest, można przekonać się już w Polsce, gdyż tym razem dystrybutor stanął na wysokości zadania i nowa odsłona Misji Niemożliwej już zawitała do naszych kin.

   


Podstawowe pytanie: jak jest? Odpowiem wprost: jest świetnie! Nowe „Mission: Impossible” to kapitalne kino akcji spełniające wszystkie wymogi porządnego blockbustera. Ale zacznijmy od początku, czyli od fabuły. Ta, co trzeba przyznać, specjalnie imponująca nie jest. Agencja IMF do której przynależy Hunt oraz agentka Carter i geniusz komputerowy Benji, przestaje istnieć po nieudanej akcji w Rosji zakończonej wysadzeniem w powietrze Kremla. Jak się okazuje, wybuch jest jedynie przykrywką dla niejakiego Hendricksa, który w ten sposób zdobywa kody do rakiet nuklearnych należących do Rosji. Główni bohaterowie muszą mu przeszkodzić zanim doprowadzi do wybuchu wojny atomowej, a pomaga im w tym analityk Brandt, który kryje w sobie pewne tajemnice. Na dodatek po ich piętach depczą rosyjscy agenci… Jak widać sztampa goni sztampę i jakbym się nie starał nie byłem w stanie ubarwić tego opisu. Dodam także, że wprost absurdalnie wygląda plan czarnego charakteru, który ogranicza się do wystrzelenia rakiety w Stany Zjednoczone, a potem…się zobaczy!

Dlatego, zanim tym opisem fabuły skutecznie odrzucę was od myśli o obejrzeniu tego filmu, przejdę błyskawicznie do zalet. A największą z nich jest bez wątpienia sama akcja. Na ekranie dzieje się naprawdę dużo, efektownie, ale jednocześnie niezwykle pomysłowo. Sceny są momentami przeszarżowane do granic możliwości, jakby Brad Bird zapomniał, że nie kręci drugiej części „Iniemamocnych”, ale cały czas idzie w kierunku wyznaczonym przez poprzednie części. Tyle że zostawia je daleko w tyle. Tak, tak, zapomnijcie o kultowym włamaniu z Tomem Cruisem wiszącym na linie parę centymetrów nad podłogą, tylko podziwiajcie niesamowitą scenę wspinaczki na hotel Burj Dubai. Scena ta to fantastyczne połączenie niesamowitej kaskaderki i kapitalnie dawkowanego napięcia, bo jak można się spodziewać podczas podróży w tę i z powrotem, co rusz agent Hunt będzie napotykał jakieś trudności. Ale to nie jedyna atrakcja: mamy tu bijatykę w więzieniu, akcję z ekranem na Kremlu, zakończoną wysadzeniem tego budynku, pościg na pieszo i samochodami w burzy piaskowej, czy wreszcie finałowe starcie w skomputeryzowanym parkingu – każda scena akcji ma swój urok i zadziwia świetnymi pomysłami. Całe szczęście, że dodatkowo całość jest naładowana bardzo fajnym humorem, na który składają się błyskotliwe teksty Benjiego (niezawodny Simon Pegg) czy też świetne zgrywy z poprzednich części, jak np. nieudana detonacja wiadomości. Jeśli chodzi o muzykę to film z kolei ogranicza się do wałkowania w różnych wersjach znanego wszystkim tematu głównego i zaznaczam – żadna wersja nie przebiła oryginału.

   


O aktorstwie zasadniczo trudno dłużej się rozpisywać bo i żadnych wielkich kreacji w takim filmie nie uświadczymy. Tom Cruise mimo upływu lat wciąż niezmiennie czaruje wyglądem, nienagannym uśmiechem, fryzurą, której nie jest w stanie zniszczyć nawet burza piaskowa, ale przede wszystkim fantastyczną kondycją. Zainteresowanym odpowiadam: Tak, Tom Cruise znowu dużo biega! Oprócz tego jest także przepiękna Paula Patton, której wygląd w scenie balu w Indiach wzbudzi na pewno zachwyt męskiej części widowni, zawadiacki Jeremy Renner, który pokazuje, że w kinie akcji czuje się znakomicie i stanowi świetny kontrapunkt dla Cruise’a oraz wspomniany już Simon Pegg. Szkoda natomiast słabo zarysowanej postaci Hendricksa granego przez Michaela Nyqvista, znanego z trylogii „Millenium” oraz totalnego niewykorzystania znanego z „Zagubionych” Josha Hollowaya.

Przyznaję, że sam nie spodziewałem się tak fantastycznego zakończenia filmowego roku dla mnie w kinach. Oczywiście nie mamy tutaj żadnego arcydzieła, ale to niezwykle solidnie przygotowana superprodukcja, która zapewnia 2 godziny doskonałej zabawy i dzięki doskonałemu tempu nie nudzi ani na chwilę. Seria „Mission: Impossible” notuje tą częścią swoje wielkie chwile i mam nadzieję, że kolejna część, która już jest zapowiedziana, znów wyjdzie spod ręki Brada Birda, gdyż facet wyraźnie z radzi sobie z akcją w świecie rzeczywistym nie gorzej niż w animowanym.

Ocena: 8/10


Mission Impossible 4 - Ghost Protocol

Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 133 min.
Reżyseria: Brad Bird
Scenariusz: André Nemec, Josh Appelbaum
Zdjęcia: Robert Elswit


Aktorzy:

Tom Cruise, Paula Patton, Simon Pegg, Jeremy Renner, Michael Nyqvist, Vladimir Mashkov, Samuli Edelmann


Autor tekstu: Piotr Gauza - PEGAZ [e-mail]  Klub Miłośników Filmu, 4 stycznia 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]


STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE

 


 


 

Podziel się