Chyba każdy z nas ma w swoim otoczeniu osobę na której guście czasem zdarza mu
się polegać. Nieważne czy chodzi o kino, teatr, muzykę czy książkę. Słyszysz
idź, przeczytaj, posłuchaj i po prostu robisz to, bo wiesz, że się nie
zawiedziesz. Dlatego gdy w sobotę usłyszałem od kolegi:
byłem na MI4, a
zaraz po tym:
było COOL - pomyślałem, no tak, do Sylwestrowej nocy
jeszcze kilka ładnych godzin, a on już zaczął pić (nie podejrzewałem go o
korzystanie z innych używek, ale zaznaczę, że było blisko). Mój sceptycyzm,
argumenty na NIE oraz gesty palca wirującego po trajektorii walca w okolicach
skroni skwitował słowami:
idź, zobacz sam, jeżeli nie spodoba Ci się film, to
przynajmniej zobaczysz futurystyczne BMW, kilka fajnych lasek i najwyższy
budynek na świecie... Zachęcony w wyżej opisany sposób, poniedziałkowy
wieczór postanowiłem spędzić w kinie.
Po godzinnej jeździe samochodem, kilkunastu minutach spędzonych w kolejce po
bilet, popcorn i colę, mogłem wreszcie zapaść się w fotelu, by oglądając
zapowiedzi styczniowych premier, oczekiwać na film. Nie napiszę, że sala pękała
w szwach, ale frekwencja była na przyzwoitym poziomie, co spowodowało, że w
głowie zakiełkowała mi pocieszająca myśl:
nie tylko ja dałem się nabrać.
Światła zgasły, maszyna ruszyła. Niepokój o stan umysłu przyjaciela rósł wprost
proporcjonalnie do tego, jak często na ekranie pojawiało się nazwisko Cruise (a
pojawiało się często, bardzo często). Postanowiłem jednak poczekać i zobaczyć
przynajmniej te obiecane laski oraz furkę, przy której ścigacze z Fast Five
ponoć miały okazać się pożal się Boże pierdzikółkami. Czekałem, czekałem i
czekałem, aż wreszcie minęło pierwsze dziesięć minut filmu i okazało się, że w
tym czasie zdążyłem już kilka razy "wyszczerzyć ząbki" (jak to mówią pingwiny z
pewnej wyspy) i zachwycić się urodą jednej z w.w. laseczek (mowa o znanej z
niespotykanej urody bohaterce thrillera "Deja Vu" - Pauli Patton, prawdziwa
wisienka na torcie;)). Pomny jednak traumatycznych doświadczeń, jakie przyniosła
za sobą trzecia część przygód Ethana Hunta, postanowiłem nie chwalić dnia przed
zachodem słońca i z optymistycznym:
hurra! poczekać do finałowych
napisów.
Z każdą kolejną minutą Cruise i spółka powodowali, że moja wiara w powrót
Mission Impossible na piedestał filmów akcji, odbudowywała się cegła po cegle. „Ghost
Protocol” to film z teledyskową akcją, wszystko dzieje się szybko i z rozmachem,
a przy tym nie jest pozbawione humoru (genialny w swojej roli Simon Pegg - sceny
z jego udziałem powodowały, że uśmiech sam pojawiał się na twarzy). Grane przez
aktorów postaci może nie zachwycają (w kilku scenach drewno drewnem pogania) ale
poziomem nie odbiegają zbytnio od tegorocznej konkurencji, powiedziałbym nawet,
że od niektórych "hiciorów" (jak np: „Pirates of the Caribbean: On Stranger
Tides" czy „Transformers 3”) prezentują się o niebo lepiej. Na uwagę zasługuje
też "tło" w jakim rozgrywa się akcja filmu. Piękne plenery Rosji, Indii czy ZEA
to może nie widoki jak z "The Last of the Mohicans", ale scena w Burdż Chalifa
robi piorunujące wrażenie i każdy kto ją widział, zapamięta na długo...
Po około 60 minutach seansu doszedłem do wniosku, że mój kolega jednak nie jest
wariatem a film prezentuje całkiem przyzwoity poziom i warto posiedzieć w kinie
do końca (całe 2h13min). Reżyser ewidentnie nawiązuje do starszego kina spod
znaku "ratuj świat". Widać inspiracje filmami szpiegowskimi z lat 80., a
gadżety, przebrania i "niezniszczalność" głównego bohatera przypominają
"Świętego" z Killmerem, co w moim przypadku procentuje, ale nie każdemu muszą
odpowiadać tego typu klimaty. Fabuła jest prosta jak budowa cepa, a treścią
przypomina jedno z poprzednich dzieł Birda, mianowicie animację: „Iniemamocni” -
gdyby tak dodać Huntowi (superbohater) w pakiecie do BMW, żonę oraz dzieciaki,
to byłby Mister Incredible jak malowany.
Nic dodać, nic ująć. Nie będę tego filmu bronił jak przysłowiowej niepodległości
i zdaję sobie sprawę, że obraz stworzony przez Brada Birda jest nieco zbyt
fantastyczny, nie trafi do każdego i nie każdemu przypadnie do gustu. „Mission:
Impossible - Ghost Protocol” to kino bardzo lekkie i przyjemne w odbiorze, o ile
nie oczekuje się po nim jakiegoś super hitu na miarę Oscara. Dobra rozpierducha,
gadżeciarstwo, humor i ładna dziewczyna (że o autkach nie wspomnę) to fundamenty
czwórki. Dla jednych zbyt słabe, dla innych wystarczające na tyle, żeby wydać
kilkanaście złotych i przez ponad dwie godziny być gościem w świecie Ethana
Hunta.
Tom Cruise powraca w naprawdę dobrym stylu. Widać, że wreszcie dorósł do swojej
roli. Z zatwardziałego indywidualisty, który wszystko musi zrobić sam (bo
oczywiście zrobi to najlepiej) przemienia się w lidera zespołu, współpracującego
z innymi ludźmi i często oddającego swoje życie w ich ręce. Sprawnie dobrana
ekipa sprawia, że obraz partnerstwa który widzimy na ekranie, przekonuje nas do
siebie praktycznie natychmiastowo i przez cały czas kibicujemy nie tylko Huntowi,
ale i pozostałym członkom jego drużyny. Cruise, którego twarz (i tylko jego)
reklamowała poprzednie trzy części, po raz pierwszy w historii serii wpuścił na
plakaty kinowe kogoś innego niż siebie samego. „Ghost Protocol” na tym
ewidentnie zyskuje, bo zaciera się monotonny wymiar części 1-3, w których
bohaterem był Hunt, Hunt i Hunt raz jeszcze. Cieszy mnie fakt, że zdecydowałem
się zobaczyć ten film, bo naprawdę warto. Z czystym sumieniem POLECAM!
Ocena:
8/10
|
 |
Mission Impossible 4 - Ghost Protocol
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 133 min.
Reżyseria: Brad Bird
Scenariusz: André Nemec, Josh Appelbaum
Zdjęcia: Robert Elswit
Aktorzy:
Tom Cruise, Paula Patton, Simon Pegg, Jeremy Renner, Michael Nyqvist, Vladimir Mashkov, Samuli Edelmann
|
|
Autor tekstu:
Arkadiusz Woch - RINZLER
|
Klub Miłośników Filmu, 5 stycznia 2011
Oprawa html:
Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE