Mimo iż segregacja rasowa została przewałkowana na wiele sposobów przez
amerykańskich twórców filmowych, i choć przestała być tematem tabu, to
jednak wciąż problem istnieje i ma się dobrze. Wielu reżyserów
przedstawiało i analizowało problem, zastanawiano się nad źródłem
takiego stanu, nad tym co wzbudza w białych niechęć czy odrazę do ludzi
kolorowych (najczęściej afro amerykanów), pokazywano jak wygląda
prześladowanie z najdrobniejszymi szczegółami, pytano o cel w takim
postępowaniu. W niektórych przypadkach doszukiwano się nawet środków
zaradczych i choć zagadnienie jest niezwykle obszerne (nie sposób jest
objąć tego w kilku czy kilkunastu filmach), to na bazie tego można
przyjąć naukę, wysnuć wnioski i zastanowić się (bo to jest głównym
problemem, rasiści najwyraźniej boją się myślenia). Niestety, mimo
starań filmowców rasizm wciąż objawia się w różnych sferach naszego
życia, nie została zepchnięta na margines, że o całkowitym zduszeniu
problemu nie wspomnę.
Do grona hollywoodzkich nauczycieli, którzy uznali że sprawy nie można
pozostawić bez komentarza, dołączył Alan Parker. Jego "Mississippi w
ogniu" nie jest filmem trudnym, to pozycja skierowana do mniej
wymagającego widza, szukającego raczej rozrywki, ale nie gardzącego
nauką z niej płynącą. Parker stawia sprawę jasno, może nawet trochę za
bardzo, jego postaciom brakuje chwilami pierwiastka ludzkiego, są zbyt
czarno-białe... ale o tym za chwilę. Film przedstawia wydarzenia, które
miały faktycznie miejsce w stanie Mississippi w 1964 roku.
|
"- Lubi pan baseball?
- Tak, to... jedyna okazja, kiedy czarny może pomachać kijem na
białego... i nie wywołać rozruchów."
|
W małym, południowym miasteczku, z rąk ludzi szeryfa (o czym
dowiadujemy się na początku), ginie trzech chłopców, dwóch białych i
czarny. Wkrótce po tym na miejsce przyjeżdżają dwaj agenci FBI, w celu
odnalezienia, jak sądzili, zaginionych. Agent Anderson (Gene Hackman) to
stary wyjadacz, pochodzi z południa, dobrze wie jak traktowani są tam
kolorowi, ale nie podchodzi do tego jak do zbrodni, lecz raczej jak do
przyjętego w tej części stanów zwyczaju (czy tradycji, jak by tego nie
nazwać brzmi absurdalnie). Agent Ward z kolei (Willem Dafoe) jest młody,
ambitny, chce zmienić świat na lepszy i jest święcie przekonany, że jest
w stanie. Jest typem studencika, podczas dochodzenia ściśle trzyma się
zasad i przepisów, a niektóre z nich nie biorą pod uwagę pewnych
ludzkich zachowań, reakcji, co czasami daje efekty odwrotne od
zamierzonych.
Pewnym urozmaiceniem jest fakt, że to agent Ward prowadzi śledztwo, a
Anderson mu pomaga. Obserwujemy dużo sytuacji, w których to młodszy
poucza starszego, a starszy z kolei okazuje młodszemu szacunek, należny
przełożonemu. Dalej jest bardziej sztampowo. Jak nietrudno przewidzieć,
młody przejrzy na oczy i doceni wyższość doświadczenia starszego, ten z
kolei wyjdzie z cienia by w ostatniej chwili uratować sytuacje. Wracając
jednak do fabuły, ci dwaj agenci przyjeżdżają na miejsce, ale to co tam
spotykają nie robi na nich większego wrażenia (przynajmniej tego nie
widać). W miasteczku funkcjonuje Ku Klux Klan, kieruje nim miejscowy
biznesmen, niemalże cała społeczność pała płomienną nienawiścią do
czarnych, co zresztą okazuje na każdym kroku, a nad wszystkim pieczę
sprawuje szeryf i jego biuro, pilnuje by kolorowym nie żyło się za
dobrze. Ale nie to jest największą rewelacją, faktem jest iż cała
Ameryka była świadoma tego jakie są nastroje społeczne na południu,
rasizm nie był żadną tajemnicą, choć do jego określenia używano bardziej
przystępnych zwrotów, na przykład takich jak "segregacja rasowa".
Najbardziej poraża fakt, że musiało zginąć dwóch białych chłopaków, żeby
ktokolwiek z zewnątrz zainteresował się sprawą i przyjrzał się temu z
bliska.
Parker podsuwa tę myśl, ale na tym koniec, nie doszukuje się źródeł
takiego stanu rzeczy, u niego biali są źli, a czarni są święci. I na tym
koniec, zabrakło tu pytań (nie wymagam odpowiedzi, bo to szalenie trudne
i niezwykle niebezpieczne), czegoś co dałoby mi do myślenia, czegoś co
podważyłoby mój tok rozumowania, bądź stanowiło jego poparcie. Nic. I
wielka szkoda, bo historia jest autentyczna, nakreślona przez życie,
daje więc olbrzymie możliwości analizy zagadnienia.
Mimo tego to naprawdę dobry kawałek kina od strony technicznej i
aktorskiej. Jest sprawnie opowiedziany, w równym tempie, pośród scen
bardziej dynamicznych są statyczne, ale broń Boże nudne, głównie za
sprawą ciekawych zdjęć. Na pochwałę zasługuje oprawa dźwiękowa, mroczne,
syntetyczne brzmienia, przeplatane czarną muzyką gospel. I aktorstwo,
które stoi na bardzo wysokim poziomie. U niektórych z występujących
aktorów to norma (Gene Hackman, Willem Dafoe, Frances McDormand, R.Lee
Ermey), ale na przykład Michael Rooker, aktor bardzo charakterystyczny,
ale w dokonaniach dość nierówny, tutaj bardzo wyrazisty i niezwykle
przekonujący.
Podsumowując, "Mississippi w ogniu" to film prosty jak
konstrukcja cepa, ale ze wszech miar broniący się realizacją i
aktorstwem. Żeby wyciągnąć z niego jakąś naukę, trzeba zapoznać się z
innymi produkcjami o podobnej tematyce, sam w sobie nie mówi niczego
nowego. Parker relacjonuje autentyczne wydarzenia, ale nie płynie z tego
żaden morał, niestety.
Ocena : 7/10

 |
MISSISSIPPI W OGNIU
Tytuł oryginalny: Mississippi
Burning
Tytuł polski: Mississippi w ogniu
Reżyseria: Alan Parker
Scenariusz: Chris Gerolmo
Zdjęcia: Peter Biziou
Muzyka: Trevor Jones
Czas trwania: 128 minut
Produkcja: 1988 / USA
Występują:
Gene Hackman, Willem Dafoe,
Frances McDormand, Brad Dourif,
R. Lee Ermey,
Stephen Tobolowsky, Michael Rooker,
Gailard Sartain, Pruitt Taylor Vince,
Badja Djola |
| Autor recenzji: Tomasz Stankunowicz - PHONIK |