Strona główna KMF



"People are afraid to merge on freeways in Los Angeles..."


I znów zastanawiam się, jak daleko sięga wyrachowanie producentów z Fabryki Snów. Przyjęło się wiązać najgorszą nawet ekranizację z oryginałem książkowym. Piszemy w notatkach biograficznych: trzy z jego powieści zekranizowano. Jakby samo w sobie stanowiło to jakąś wartość. Owszem, stanowić może - komercjalną jednak. Lecz co w momencie, gdy filmowa adaptacja jedynie wypacza i upraszcza przekaz pierwowzoru, paradoksalnie wyśmiewającego obieranie Pieniądza jako celu samego w sobie? Dobrze byłoby, gdyby obnażający materialistyczną mentalność obraz stał się kasowym hitem - o ile jest filmem dobrym, czytaj: uczciwym. Co innego, jeżeli oryginał książkowy miażdży łatwiznę lekkostrawnych błyskotek - a jego adaptacja okazuje się właśnie taką lekkostrawną błyskotką.


Film jest zgoła innym medium niż książka - słowo pisane rządzi się swoimi prawami, a taśma celuloidowa swoimi. Czasami jednak porównanie - cyniczne, może nierozsądne, ale natarczywe - pojawia się w głowie czytelnika i widza, i wybucha jak bomba. Zderzają się powiem dwa zupełnie autonomiczne twory, które jednak - w bardzo przykry dla mnie, jako czytelnika, sposób - łączy jeden tytuł. Pierwszy twór to króciutka, minimalistyczna powieść, której autor nie udaje, że nie jest nawalony, a, wprost przeciwnie, mówi: jestem naćpany, jestem napieprzony, jestem śmieszny, i chociaż nic z tym nie zrobię, mogę chociaż to wyśmiać, pokazać, jakim jestem dzieciakiem, jakimi my wszyscy jesteśmy dzieciakami, strasznymi, rozpieszczonymi szczeniakami. Drugi to twór filmowy, którego twórcy - równie nawaleni jak wspomniany pan literat (zresztą bardzo młody, bo wystukujący swoją debiutancką powieść podczas amfitaminowego szaleństwa w cudownym wieku dziewiętnastu lat), lub, wprost przeciwnie, zupełnie trzeźwi, w białych koszulach i pod krawatami, mówią: zrobimy tym rozpieszczonym, naćpanym dzieciakom szkołę. Bo dragi są złe. Alkohol jest zły. A świat nieprzyjemy.


Ktoś powie: "Less Than Zero" Breta Eastona Ellisa nie nadaja się do ekranizacji w stanie "surowym". Fabuła sklecona z luźno powiązanych epizodów, dialogi o niczym, antypatyczni bohaterowie. Jednak po chwili odkrywamy, iż to, co z pozoru niemożliwe do "przełożnia", jest w istocie bardzo... bardzo filmowe. Wszak głównemu bohaterowi, Clayowi, świat jawi się - jako film właśnie. Świat, do którego idealnie pasuje parafraza Pierwszego Listu do Koryntian św. Pawła, stanowiąca motto "Wiwat aspidistra!" Orwella: "trwają wiara, nadzieja, pieniądz; z nich zaś największy jest pieniądz". Świat z kolorowych magazynów, świat drogich samochodów, ekskluzywnych drinków, garniturów od Armaniego i przeciwsłonecznych okularów Wayfarera (nawiasem mówiąc, późniejsza, najsłynniejsza i chyba najlepsza książka Ellisa, "American Psycho", to w dużej mierze detaliczna wyliczanka marek i luksusowych gadżetów). Clay jest w tym świecie zblazowanym reporterem z lufką w ręku, zdającym beznamiętnie relację z kolejnych libacji i przyjęć. Porusza go tylko ekstremum: widok trupa, gwałt na dwunastolatce. Wydarzenia... tak filmowe właśnie. Dodać zresztą należy, iż Clay niczego nie roztrząsa, nie powtarza - zapomina. Traktuje te momenty słabości - jak wyjście z projekcji pornograficznego filmu, w którym koleś wbija małej dziewczynce gwóźdź w gardło - tak, jakby działy się one na zgoła innej płaszczyźnie rzeczywistośći. Może nawet w kinie. Nieważne.




Jak do tego wszystkiego odnoi się film? Ano nijak. Kanievska przeforsowuje bowiem Tezę - a sztuka, jak wiadomo, na tępe Tezy, na dodatek przekazywane z wyjątkowym zacięciem, jest mało odporna. To lata osiemdziesiąte, więc Teza brzmi: narkotyki są złe. Narkotyki to pułapka. Bogate dzieci uciekają w narkotyki. I są przez to nieszczęśliwe. Prawda, że proste i logiczne? Zło pochodzi zawsze z zewnątrz. Biały proszek wyżre ci mózg. I uczucia. I rozum. I zabierze przyjaciół.


Sukces Ellisa tkwi w tym, że on sam ma niezwykły dystans do tego, co pisze: minimalistyczny, pozornie obojętny styl jest narzędziem jego satyry. W "Less Than Zero" czuć zresztą wpływ Joan Didion i jej "Graj jak się da" - zarówno pod względem formy, jak i tonu. Minimalizm skali, stylu i materii ma też zastosowanie na kolejnym poziomie przekazu: otóż Ellis tak konstruuje swoje utwory, by przybierały one kształt odpowiedni do treści. W "American Psycho", wyszydzając zamiłowanie do przemocy i pornografii, ironicznie serwuje nam danie właśnie z nich złożone; "Less Than Zero" oraz późniejsze "Odloty godowe", a także opowiadania ze zbioru "Informatorzy", stanowią "literackie batoniki" (określenie pochodzi z "Księżycowego Parku", gdzie Ellis podsumowuje swój artystyczny dorobek), możliwe do przeczytania w kilka godzin, przejrzyste stylistycznie, atrakcyjnie rozkładające akcenty, tak, by hipotetyczny czytelnik, nie tak bardzo różniący się od głównego bohatera, mógł przyswoić sto króciutkich rozdziałów pomiędzy jednym a drugim drinkiem, gdzieś na brzegu swojego basenu. Jest to zabieg całkowicie świadomy (dla porównania proponuję lekturę "Odlotu" dwadzieścia lat młodszego Nicka McDonella), gdyż minimalizm musi być wyborem, a nie koniecznością.


Ale co z owym dystansem robi film? W filmie dystans nie istnieje. Linearna, uporządkowana fabuła to zaledwie początek: sama w sobie szkody nie czyni, za to czynią ją jej następstwa. Otóż apatyczna, znudzona galeria ellisowskich postaci obdarzona zostaje błogosławieństwem reżysera. Samotni i zepsuci, bez nadziei na porozumienie, Clay, Blair i Julian miotają się przy akompaniamencie niezłej, lecz niepotrzebnej i niewłaściwej, muzyki Thomasa Newmana: historia rozbitej przyjaźni i przegranej miłości równie smętnie uzupełniają czarno-białe flashbacki. Raport skacowanego nastolatka zostaje zastąpiony przez sensacyjną fabułę, mającą na celu wywołanie u widza wypaczonej, taniej wersji katharsis. "Mniej niż zero" w wersji filmowej posiada wyraźnie określony morał, jeden cel krytyki - kokainę właśnie. Ellis, chociaż opowiada o wąskiej grupie społeczeństwa, zawsze sprawia wrażenie, jakby pojedynczymi, lakonicznymi zdaniami malował cały fresk: jego bohaterowie żyją bowiem w raju, który okazuje się piekłem zepsucia, a który i tak chcielibyśmy zwiedzić. Marka Kanievska nie interesuje społeczeństwo. Interesuje go tylko trójka głównych bohaterów - klisze spłodzone na rzecz wspomnianej już Tezy. Clay, w którym budzi się sumienie; niezbyt bystra, rozkapryszona Blair; zaćpany i rozpaczliwie próbujący wydostać się z podziemnego bagna Julian. Paradoksalnie, to stanowiąca jądro Tezy rola, Juliana właśnie, w interpretacji Roberta Downeya Jr. stanowi najmocniejszy aktorsko punkt "Mniej niż zero". Andrew McCarthy jako Clay pozostaje bowiem zupełnie bezbarwny, a Jami Gertz irytuje niezmiernie.




Mamy więc tu rezygnację z pokazania anonimowości (tak kapitalnie uchwyconej w, nieudanej skądinąd, adaptacji "American Psycho") na rzecz pospolitych w gruncie postaci. Próba wykrzesania emocji kończy się fiaskiem: to tani trik. W scenie nad basenem, podczas wigilii u Blair, smutny temat Newmana ilustruje rozmowę Juliana i Claya, gdy ten pierwszy prosi przyjaciela o pięćdziesiąt kawałków. Niebieskie światło pada na spocone twarze. Wyliczmy: lęk, niepewność, gniew, bezradność. Ellis gdzieś się zagubił. Ellis, u którego rozpacz zapija się jackiem danielsem, wypiera ze świadomości. Ellis, który pisze: niespełnieni rodzice zjadają własne dzieci.


A gdzie są te dzieci? Tragedia Juliana pozostaje w odosobnieniu. Gdzieś tam pojawia się koka, ale nie za często. To takie prywatne piekiełko, a nie piekło totale, epidemia bezmyślności czy plaga próżności. Zepsucie istnieje - ale istnieją też uczucia. Seks w łazience podczas bożonarodzeniowej kolacji? Czemu nie. Przy czym film ani na chwilę nie przestaje być "poważny". Pieprzenie w toalecie jest bardzo serio. Ale Clay ma przecież dobre serce. W oryginale refleksje nachodzą go jakby mimochodem, bo chce mu się rzygać od życia w mieście (Mieście Aniołów, rzecz jasna) - to jednak chwilowy przebłysk, tak zwany moral, bełkotanie o abstynencji w czasie ołowianego kaca. Kac w filmie nie nadchodzi, bo nie ma powodu: Clay pije niewiele, jest chłopcem grzecznym i ułożonym.


Żeby było sprawiedliwie: "Mniej niż zero" ogląda się bardzo miło, bo to ładny obrazek z życia bogatych studentów: wielkie, puste pokoje, olbrzymie baseny, szklane windy, błyszczące maski kabrioletów. Ale za podstawę tego obrazka mogłoby służyć cokolwiek. Akceptuję przerówkę literackiego materiału, wiele wybitnych dzieł w ten sposób powstało - lubię filmowe wariacje, które wzbogacają przekaz, inteligentnie zmieniają perspektywę. W przypadku filmów kalibru "Mniej niż zero" pozostaje jednak tylko jedno pytanie: po co?


No właśnie - po co?


"People being drived mad by living in the city..."



MNIEJ NIŻ ZERO


Tytuł oryginalny: Less Than Zero
Rok produkcji: 1987
Kraj: USA
Czas trwania: 98 minut

Reżyseria: Marek Kanievska
Scenariusz: Harley Peyton
Na podstawie powieści: Bret Easton Ellis
Zdjęcia: Edward Lachman
Muzyka: Thomas Newman

Obsada:
Andrew McCarthy   .....Clay Easton
Jami Gertz   .....Blair
Robert Downey Jr.   .....Julian Wells
James Spader   .....Rip


Wyślij e-mail Autorka recenzji:
Klara Kukowska - ARTEMIS
Klub Miłośników Filmu
15.04.2008